Strona Główna

Charlotte Tilbury K.I.S.S.I.N.G. Lipstick Penelope Pink

czwartek, 23 listopada 2017


O pomadkach Charlotte Tilbury wiedziałam tyle co nic. Orientowałam się jedynie, że występują w trzech seriach: Matte Revolution, Hot Lips oraz K.I.S.S.I.N.G. Samych odcieni do wyboru jest całkiem sporo, ale nie każdy był na stanie w czasie gdy robiłam zakupy. Zdecydowałam się więc na Penelope Pink z linii K.I.S.S.I.N.G kierując się jedynie kilkoma zdjęciami na blogach oraz informacją ze strony producenta, że jest to kolor nude z różowymi tonami.


Kolor okazał się być prawie takim jak liczyłam, aczkolwiek istnieje różnica pomiędzy tym jak wygląda w opakowaniu, a jak prezentuje się na ustach. Penelope Pink jest całkiem jasną pomadką i tutaj opis producenta jak najbardziej odpowiada temu co widzimy w rzeczywistości. Połączenie delikatnego beżu z kremową nutą różu to jedyne co ciśnie mi się na myśl kiedy na nią spoglądam. Ma stosunkowo neutralny w kierunku ciepłego ton, co czyni ją bardzo uniwersalnym kolorem. Nie wiem dlaczego ale bywa, że na moich ustach jednego dnia wygląda bardzo ładnie i kiedy już zaczynam się do niej przekonywać przy kolejnym użyciu zdaje się być zupełnie innym odcieniem. Z tego powodu mam co do niej mieszane uczucia, ponieważ raz się lubimy, a raz jest tak sobie.



Pomimo że formuła pomadki jest kremowa to na ustach nie odczuwam większego nawilżenia, wręcz przeciwnie kiedy mam gorszy dzień wszelkie suchości stają się podkreślone, więc bez dodatkowego produktu w postaci balsamu bądź czegoś podobnego raczej się nie obejdzie. Trochę szkoda, ponieważ byłam przekonana, że jest to pomadka w miarę nawilżająca i sama z siebie zapewni dostateczny komfort, ale niestety nie podołała zdaniu. Przypominam, że moje usta są bardzo kapryśne i być może ktoś nie mający aż takich problemów jak ja uzna tę pomadkę za wystarczająco komfortową.
Nasycenie koloru jest tutaj przeciętne , przy jednym pociągnięciu uzyskuję półtransparentne krycie, które można zbudować do lekkiego średniego. Wygląda to bardzo naturalnie dlatego uważam, że jest doskonałą pomadką do użytku codziennego, ale ze względu na wysoki wskaźnik zjadania się z ust wymaga częstych poprawek. Zapewnia ładnie połyskujące wykończenie, nic nachalnego, ale wystarczająco odbija światło, dzięki czemu usta są ładnie podkreślone.


Bardzo podoba mi się opakowanie, które na myśl przywodzi pomadki retro, jest szalenie eleganckie, solidnie zamykane, a jego kolor zdecydowanie wyróżnia się na tle mojej, nazwijmy to ''mini kolekcji''. Problem mam jedynie przy wykręcaniu szminki, ponieważ pomimo że nie jest złamana ani w jakikolwiek sposób uszkodzona, to za każdym razem zahacza o krawędź tubki i brzydko ''nadgryza'' się wciąż w tym samym miejscu. Dodam, że absolutnie nie naciskam jej w trakcie aplikacji, więc nie wiem czym jest to spowodowane, ale nigdy nie uświadczyłam takiej usterki.
Na plus zasługuje zapach, który jest słodki (pachnie trochę jak aromat waniliowy) ale wystarczająco subtelny, więc raczej ne powinien nikogo drażnić. Mnie bardzo umila aplikację.



Missha, M Perfect Cover BB Cream

poniedziałek, 20 listopada 2017


Z Perfect Cover BB Cream pierwszy raz miałam styczność kilka lat temu, kiedy na koreańskie kremy BB był niemały szał. Pomijając ton, który był dla mnie nieodpowiedni, wspominałam ten kosmetyk nawet dobrze, dlatego też gdy odkryłam, że marka Missha ma w ofercie dwa ciemniejsze kolory, postanowiłam odnowić znajomość z tym BeBikiem.


W przeszłości używałam odcienia 21 oraz 23. Ze względu na ich jasną jak dla mnie kolorystykę korzystałam z nich w okresie zimowo-wiosennym, ale nie dało się ukryć, że ciężko stapiały się z moją skórą, głównie przez zbyt chłodny ton. I chociaż numerki te mają zabarwienie beżowe, bez szczególnych różowych podtonów, to niestety są za bardzo ziemiste, przez co moja cera zawsze wyglądała na poszarzałą i pomimo pomocy brązera, różu bądź pudru, zauważalnie odcinała się od reszty ciała. Natomiast kolor 27 Honey Beige, na którym pragnę się skupić jest zupełnie inny. Po pierwsze jest sporo, ale to sporo ciemniejszy, nawet dla mnie, dlatego też korzystać mogę z niego jedynie latem bądź w okresie gdy jestem mocno opalona(co wcale nie jest tak częste). Ma zdecydowanie ciepłe tony, z których wybija się delikatny brzoskwiniowy kolor. Nie jest niestety idealnym odcieniem, ale potrafię pokombinować z nim na tyle, żeby wystarczająco stapiał się z moją karnacją.



Krem posiada bardzo wygodne, miękkie opakowanie, które wyposażone w dobrej jakości pompkę świetnie dozuje potrzebną ilość produktu. Jest dodatkowo perfumowany, jego zapach zaliczyć można do średnio intensywnych i zakwalifikować do tych raczej przyjemnych.


Pomimo gęstej i bardzo kremowej konsystencji nie przeszkadzało mi stosowanie kremu latem. Najprawdopodobniej wpływ na to ma moja sucha cera, bo jednak przy tłustej mogłoby nie być tak kolorowo. W każdym razie nie miałam problemów ze spływającym produktem, ale też nie nakładałam go na twarz w nadmiernej ilości. Perfect Cover ma wszak masełkową formułę i aplikowany nawet cieniutką warstwą, na skórze jest dosyć wyczuwalny. Liczyć trzeba się z tym, że ma on postać bogatego kremu nawilżającego, który świetnie wtapia się w skórę, ale nigdy na niej nie zastyga, więc tym bardziej jeśli zależy mi na trwałości warto go czymś przypudrować. U mnie najlepiej sprawdza się każdy sypki bądź sprasowany puder wykańczający. Przy próbach utrwalenia BeBika czymś bardziej napigmentowanym prawie zawsze makijaż prędzej czy później ciastkował się i całość wyglądała zbyt ciężko. 
Co do aplikacji, u mnie sprawdza się wszystko. Zarówno pędzel jak i gąbeczka świetnie radzą sobie z rozprowadzaniem kremu BB, ale najczęściej nanoszę go palcami, co przyznaję jest moją najmniej ulubioną metodą już od bardzo dawna, jednak w tym przypadku daje najlepszy efekt. Perfect Cover ogólnie aplikuje się bardzo szybko i przyjemnie, zupełnie tak jak miałabym do czynienia z jakimś gęstym, odrobinę lepkim kremem odżywczym. Zaletą jest brak widocznych smug, dodatkowo bardzo dobrze łączy się ze skórą nie podkreślając porów. Z uwagi na silnie kremową formułę lubi zbierać się w zmarszczkach bądź wszelkich załamaniach, dlatego nie wyobrażam sobie nie utrwalać go. 
Stopień krycia jest wbrew pozorom niczego sobie. Przy jednej cienkiej warstwie, czego zawsze jestem zwolenniczką, uzyskuję pół średnie, generalnie porządne krycie. Skóra staje się mocno świetlista, dlatego stosowanie dodatkowych baz czy rozświetlaczy jest zbędne. I tu nawet ja odczuwam potrzebę delikatnego zminimalizowania owego blasku coby zanadto się nie świecić. 
Szkoda, że gama kolorystyczna jest mocno okrojona, bo niestety ciężko jest mi dopasować właściwy odcień. Krem sam w sobie moim zdaniem jest godny uwagi i gdyby tylko dostępny był jakiś fajny pośredni żółtek to chętnie bym do niego regularnie wracała. 
Trwałość ma przeciętną, w zależności od warunków atmosferycznych i tempa dnia po ok. 4 godzinach skóra zaczyna się bardziej wyświecać. Mniej więcej po takim też czasie lubi zanikać, szczególnie z nosa i okolic, ale wygląda to w miarę naturalnie. 
Dla mnie jest to przyzwoity krem BB do stosowania w zwykłych, niezobowiązujących sytuacjach, kiedy mam ochotę na wyrównanie kolorytu cery, a jednocześnie zakrycie drobniejszych niedoskonałości i wiem, że makijażu nie będę nosić przez wiele godzin. Nie lubię go jedynie za łatwość transferowania na wszystko co będzie miało kontakt z twarzą, krawędź ubrania czy ekran telefonu momentalnie brudzą się, więc zawsze uważam, żeby nie dopuścić do takich sytuacji.

Pojemność: 50ml
Termin ważości: 12 miesięcy

Skład:

NARS, Illuminator Laguna

sobota, 18 listopada 2017



Wracam. Po długiej przerwie, ale w końcu jestem. Mam sporo produktów, o których chciałabym coś napisać i z tego powodu ogromnie się cieszę. Niestety część gotowych zdjęć do postów mi przepadła, ale wiele czeka tylko na tekst, zatem mam nadzieję, że będzie dobrze :) To w kwestii sprostowania byłoby na tyle :)

Dzisiaj o produkcie, który z założenia jest kosmetykiem wielofunkcyjnym, ponieważ można stosować go na wybrane partie ciała samodzielnie lub mieszać z kremami, podkładami lub czym tylko zechcemy. Illuminator NARS, bo o nim mój wywód, daje jednym słowem wiele możliwości, ale w moim przypadku tylko hipotetycznie. 
W praktyce wyszło nieco inaczej niż sobie wszystko wyobrażałam. Do zakupu Illuminatora skłoniłam się po dobrych relacjach z brązerem Laguna. Myślałam, że wersja kremowa będzie równie świetna i dodatkowo za sprawą formuły, bardziej uniwersalna. Przyznam, że trochę się rozczarowałam, ponieważ liczyłam jednak na coś innego, pomimo to nauczyłam się wykorzystywać ten kosmetyk do osiągania równie ciekawych efektów.


Illuminator dostępny jest w 6-ciu kolorach, jednak moja opinia tyczy się tylko odcienia Laguna. Nie wiem jak pracuje się z pozostałymi i jaki efekt dają na skórze, być może są zupełnie inne, ale nie jest to w obecnej chwili istotne. Skupmy się na tym co mam. A więc...
Laguna przez producenta opisana jest jako brąz ze złotymi drobinkami. Wszystko byłoby wporządku gdyby kolor był odzwierciedleniem brązera Laguna, niestety odcień Illuminatora jest owszem-brązem, ale ze sporą dawką pomarańczowego tonu. Rozczarowanie, to pierwsza myśl jaka nasunęła mi się, gdy po raz pierwszy dokonałam testu na skórze. Okazało się, że o samodzielnym stosowaniu Laguny mogę zapomnieć. Założyłam sobie, że będzie to taki tint na lato, który zastąpi podkład w momentach kiedy nie będę miała ochoty na pełny makijaż. Niestety każda próba aplikowania tego produktu solo kończyła się porażką. Moja skóra na twarzy przybierała kolor dziwnie brudny, jednocześnie jakby dotknięty reakcją alergiczną. Było to jedno wielkie nieporozumienie. Nie dałam jednak za wygraną i próbowałam wszelakich aplikacji. I tak na przykład w połączeniu z kremem wcale nie było lepiej, z bazą nawilżającą podobnie. Skóra nadal nie wyglądała dobrze, ponieważ kolor wciąż był za pomarańczowy. Postanowiłam sprawdzić jak to coś wypadnie w połączeniu z podkładami. Testowałam go zarówno z tymi bardziej kryjącymi, jak i lżejszymi tudzież rozświetlającymi, ale nie zauważyłam większych różnic w łączeniu. Efekt zwykle jest bardzo podobny, co oznacza, że w oświetleniu można zauważyć pojedyncze drobinki, te które zatopione są w Illuminatorze, ale nie jest to nic nadzwyczajnego. Dodam, że nie rozmieszczają się one równomiernie, szczególnie w połączeniu z podkładami silniej kryjącymi. 


Po licznych zawodach byłam bliska zrezygnowania z dalszych prób, ale postanowiłam sprawdzić coś jeszcze. Przyszło mi do głowy, że być może Laguna posłuży mi jako środek do podkreślania opalenizny nóg. I to był strzał w dziesiątkę. W połączeniu z balsamem do ciała Illuminator wreszcie ukazał swój potencjał. Skóra zarówno nóg jak i rąk, nabierała cudownego blasku, a mieniące się w słońcu złote drobinki ślicznie uwydatniały opalone ciało. Kluczem było dobranie odpowiednich proporcji, zwykle podwójna ilość balsamu w stosunku do Illiminatora dawała świetny efekt,ale nawet mocniejsze rozcieńczenie brązowego mazidła mnie zadowalało.



Sam produkt nie posiada zapachu, jednak jego konsystencja jest odrobinę dziwna. Pomimo iż ma kremową formułę rozsmarowuje się dosyć skomplikowanie. Chodzi o to, że na małej powierzchni (jak chociażby na swatchu powyżej) wszystko wygląda ładnie, ale zaaplikowany na przykład na twarzy pozostawia brzydkie smugi. Na szczęście dzieje się tak tylko w momencie stosowania go samodzielnie, gdyż zmieszany z czymś jeszcze problemu nie robi. 
Szkoda, że ten Illuminator mogę wykorzystać jedynie na moich kończynach, chociaż z drugiej strony dobrze że i tak znalazłam dla niego jakiekolwiek zastosowanie. Moim zdaniem jest to produkt idealny dla osób o ciemnej skórze, ponieważ sprawdzi się zarówno na twarzy jak i całym ciele, ale właścicielki z karnacją średnią nie wykorzystają jego wszystkich możliwości (o posiadaczkach cer jasnych nie wspominając). Sporo go jeszcze w opakowaniu pozostało, jednak na zużycie zmuszona jestem czekać do lata, kiedy dane będzie mi załapać lekką opaleniznę, wtedy ponownie pozwolę sobie na jej podkreślenie. Bo coby nie mówić, opalone nogi za jego sprawą zyskują na atrakcyjności. Nasza relacja natomiast na jednej tubce zakończy się bez większych żali, bo z powodzeniem znajdę coś o wiele lepszego. Tego jestem pewna ;)


Pojemność: 30ml
Termin ważności: 12 miesięcy

 Skład:

Maybelline Lash Sensational Luscious Mascara

piątek, 30 czerwca 2017



Lash Sensational Lucious marki Maybellnie jest tuszem do rzęs względem, którego mam bardzo mieszane uczucia. Zwykle potrafię wyczarować nim naprawdę spektakularnie wyglądające spojrzenie, ale aby uzyskać taki efekt muszę być bardzo uważna, ponieważ wystarczy chwila i zamiast ładnego wachlarza mogę skończyć z posklejanymi niczym odnóża pająka rzęsami. 
Minusów jest wiele więc żeby było spójnie zacznę może od formuły, bo chyba w niej tkwi największy problem. Jest ona bowiem zbyt mokra, przez co trzeba odczekać dłuższą chwilę żeby mieć pewność, że tusz nie odbije się gdzieś na powiece. Początkowo było to dla mnie irytujące, dlatego postanowiłam, że najlepszym wyjściem będzie jeśli tusz trochę ''poleżakuje'', przez co dam mu szansę dojrzeć i konsystencja stanie się bardziej odpowiednia. Czekałam długo, ponieważ przez pierwsze tygodnie nic się nie działo i maskara wciąż była zbyt mokra. Zmiana zaszła dopiero w około 3 miesiącu od kiedy zaczęłam tusz używać, z jednej strony to bardzo długi okres, ale patrząc na to od strony pozytywnej, lepiej późno niż wcale. Po tym czasie konsystencja nieznacznie zgęstniała, wystarczająco żeby lepiej rozprowadzać się na rzęsach.


Tutaj niestety pojawia się kolejny problem jakim jest szczoteczka, która pomimo iż posiada interesujący kształt za bardzo oblepiona jest samym tuszem. Moim zdaniem w głównej mierze to winą opakowania, które ma zbyt szeroki otwór, przez co w momencie wyjmowania szczoteczki nie zbiera wystarczającej ilości tuszu, dlatego ten w nadmiarze na niej pozostaje. Odrobinę węższy otwór i najprawdopodobniej wszystkie problemy związane z kłopotliwą aplikacją byłyby rozwiązane. Tutaj przy wyjmowaniu szczoteczki nawet czuć, że nie ma tego typowego dla maskar zassania, więc nie ma się co dziwić, że szczoteczka aż ocieka nadmiarem produktu.


Sama szczoteczka ma ciekawie przemyślany kształt, który zwęża się ku końcówce, dzięki czemu łatwo jest manewrować nią w wewnętrznej części oka, tuż przy najkrótszych rzęsach. Nie jest najmniejsza, jednak przy moich małych oczach spokojnie radzę sobie z aplikacją bez obawy, że niechcący podrażnię oko. Silikonowe wypustki są tutaj rozmieszczone w średniej ilości i chociaż początkowo myślałam, że niewystarczająco poradzą sobie z wyczesaniem rzęs, tak ostatecznie okazało się, że szczoteczka zaprojektowana jest bardzo dobrze. Wypustki od szerszej do węższej części mają taką samą wielkość, a dzięki temu że są średnio długie szybko pokrywają wszystkie rzęsy.



Maskarę Lash Sensational Lucious lubię za wyrazisty efekt pięknie wydłużonych rzęs. Jedno przeciągnięcie zapewnia konkretny rezultat, ale żeby go osiągnąć muszę ostrożnie operować szczoteczką, ponieważ nadmiar tuszu znajdujący się na niej w chwilę potrafi rzęsy skleić w jedno brzydkie coś. Przy odrobinie szczęścia można to jakoś naprawić, ale trud jaki trzeba włożyć nie zawsze się opłaca. Z tego powodu moje relacje z tym tuszem są dziwnie złożone. 
Lubię czerń jaką pozostawia na rzęsach. Jest ona intensywna i pokrywa rzęsy od nasady po same końcówki, a te na moich rzęsach są bardzo, bardzo jaśniutkie dlatego też głębia koloru tego tuszu jak najbardziej mi odpowiada. Maskara również spektakularnie wydłuża, tutaj nie mam jakichkolwiek wątpliwości, dodatkowo rzęsy subtelnie podkręca, utrzymując przy tym ich wywinięcie, czego na przykład nie robił tusz the Rocket Volum' Express. W trackie dnia nie rozmazuje się, co jest już powalającym wyczynem, bowiem jest to mój odwieczny problem związany z tuszami do rzęs. Zaobserwowałam także, że po wyczesaniu pozostawia elastyczne, miękkie rzęsy, ale to prawdopodobnie zasługa zawartych olejków, bodajże arganowego i różanego. A ponieważ tusz nie rozmazuje się w trakcie dnia, to jak najbardziej obecność tłustych składników mi nie przeszkadza, ważne że rzęsy nie są sztywne, natomiast sam tusz nie kruszy się. 

Na zdjęciach rzęsy przed i po pociągnięte jedną warstwą tuszu Maybelline Lash Sensational Lucious



Naked Skin Color Correcting Fluid Urban Decay

wtorek, 20 czerwca 2017


Kilka miesięcy temu postanowiłam bardziej zgłębić temat korekcji kolorem, tym bardziej, że już raz robiłam podejście do tego tematu, niestety z marnymi skutkami. Na pierwszy ogień wzięłam kolor zielony, który ma za zadanie kamuflować zaczerwienienia, wypryski i popękane naczynia krwionośne. Zdecydowałam się na korektor z Urban Decay, Naked Skin Color Correcting Fluid w odcieniu GREEN, ponieważ doszłam do wniosku, że jego kremowa formuła, która jest identyczna jak w ich tradycyjnym korektorze, sprawdzi się najlepiej. Zależało mi głównie na ładnym wtopieniu się w skórę, przy jednoczesnym zachowaniu nawilżenia. 


Producent podaje informację, że jeśli chcemy zneutralizować ogólne zaczerwienienia  to należy  korektor zmieszać z bazą pod makijaż. Oczywiście można także stosować go samodzielnie, ale najważniejsze w tego typu produktach jest używanie ich przed aplikacją korektora i podkładu. Ma to na celu zakrycie przebijającego odcienia, który zastosowany przy makijażu twarzy na samym końcu, choćby nie wiem co, mniej bądź bardziej, ale widoczny będzie. Ważne jest również żeby nie przesadzać z ilością, ponieważ im mniej go użyjemy tym uzyskany efekt będzie bardziej satysfakcjonujący.


Color Correcting Fluid za sprawą przyjemnie kremowej konsystencji świetnie spaja się ze skórą. Zastyga w dosyć krótkim czasie więc nie ma obawy, że będzie rolował się czy zbierał. Jest wyjątkowo lekki dlatego też późniejsze użycie korektora i podkładu nie spowoduje zciastkowania się tych produktów w wybranym miejscu.
Do aplikacji najwygodniej używa się pędzelka oraz gąbeczki, jednak najlepszy efekt roztarcia zapewniają mi palce. Ciepło opuszków sprawia, że fluid bardzo ładnie harmonizuje się ze skórą i tworzy niewidoczne przejścia. Zapewnia matowe wykończenie, ale w słonecznym świetle można dotrzeć malusieńkie drobinki, których jak mniemam zadaniem jest poprzez odbijanie światła optyczna redukcja niedoskonałości.
Korektor posiada również średnio wyczuwalny, sztuczny zapach, który ulatnia się w miarę szybko, ale dla wrażliwców może produkt ten dyskwalifikować.



Odcień, który posiadam czyli Green moim zdaniem wcale w użytkowaniu łatwy nie jest. Otóż bardzo często z zielonym korektorem jest jeden problem- kolor ten lubi przebijać pomimo warstw makijażu. Miałam tak w przeszłości, dlatego też wbrew powszechnym stwierdzeniom, że korekcja kolorem pomaga w ukryciu wielu problemów, zwykłemu laikowi może przysporzyć więcej problemów niż dobrego. Nie inaczej jest w przypadku produktu Urban Decay, ponieważ on także nieodpowiednio zastosowany może okazać się naszym wrogiem. Aby uzyskać zamierzony cel czyli zneutralizować zaczerwienienia to kluczem do tego jest użycie jak najmniejszej ilości oraz dokładne roztarcie. Niby kwestia oczywista, jednak przy wykonywaniu makijażu w pośpiechu łatwo można ten punkt zaniedbać. Z tego względu jeśli chcemy bawić się w korekcję kolorem uważam, że trzeba zarezerwować trochę dodatkowego czasu, żeby osiągnąć właściwy efekt, a nie skończyć z ziemistymi plackami, bo takie można przy zielonym korektorze otrzymać.
Czy warto zatem zawracać sobie głowę tym produktem? Otóż niekoniecznie. Co prawda zapewnia subtelny rezultat korekcji zaczerwienionych miejsc na skórze, czy też ciemnych/czerwonych blizn po pryszczach, ale w przypadku tych drugich nie gwarantuje, że będą niewidoczne całkowicie. Sam korektor ma świetną formułę i korzysta się z niego bardzo łatwo, ale jeśli ktoś lubi na makijaż poświęcać jak najmniejszą ilość czasu to nie powinien zawracać sobie nim głowy. Przyznam się, że częściej stosowałam go zaraz po zakupie, bo byłam ciekawa rezultatów, ale z upływem czasu zwyczajnie zaczęłam zapominać o jego istnieniu. 

Pojemność: 6.2g
Termin ważności: 12 miesięcy

Skład:

GlamShadows, beztalkowce

czwartek, 15 czerwca 2017


Beztalkowce czyli cienie do powiek niezawierające talku są jedną z ostatnich nowości w ofercie GlamShop-u. W szczególności jest to gratka dla osób, które są w jakiś sposób na ten składnik uczulone i z tych bądź innych powodów zwykłych cieni stosować nie mogą. Na chwilę obecną w sprzedaży dostępnych jest 27 odcieni, ale kto wie czy w przyszłości nie pojawi się ich jeszcze więcej, chociażby o innym typie wykończenia.


Aktualne cienie posiadają tylko jedno wykończenie, połyskująco-metaliczne, które prześlicznie wygląda na powiekach. Nie mają żadnych drobinek, efekt jaki zapewniają to czysta tafla koloru. Nie pylą, są miękkie, a jednocześnie dobrze zbite, w konsystencji  wyjątkowo przyjemne. Są poniekąd mokre i  niebywale kremowe. Dobrze przylegają do pędzla, ale nie z każdym rodzajem lubią się jednakowo. Tak jak Hania wspominała w filmiku premierowym, najlepiej nakładać je jakimś zbitym, ponieważ im jest on mniej puchaty, tym pigment lepiej przylega do powieki, a i sam efekt jest ładniejszy. Aplikacja palcem daje równie piękny rezultat, szczególnie jako akcent na środku powieki. Cienie nawet na sucho są bardzo intensywne, różnica w nakładaniu ich na mokro polega głównie na wykończeniu. Efekt jaki uzyskamy jest wtedy bardziej foliowy.



Największym atutem cieni beztalkowych jest to, że w trakcie blendowania kolor ani nie traci na głębi ani nie zanika, więc tak naprawdę nie trzeba dokładać go stopniowo, żeby zbudować natężenie odcienia. Te cienie rozcierają się same w sobie i dodatkowo pięknie łączą się z innymi kolorami, nie tworząc jednej zbitej plamy. Na powiekach trwają przez cały dzień, nie tracą przy tym na intensywności. Uważam, że seria beztalkowców jest wyjątkowo udana, zarówno pod względem formuły jak również kolorystycznym.





Odcienie, które posiadam (w nawiasie opis producenta):
Słodzone Mleko - (bardzo jasny, rozbielony róż) - neutralno-chłodny odcień wyblakłej waty cukrowej, wpadający w zabarwioną perłową biel.
Perlage - (jasny rozświetlający beżowy kolor) - prześliczny ciepły odcień jasnego piaskowego beżu, który niesamowicie rozjaśnia wewnętrzne kąciki oczu.
Piaskowiec -(złoto-beżowy kolor) - jasny, delikatnie zgaszony złocisto-żółty kolor, jako akcent świetnie uzupełnia makijaż.
Drewniany - (złocisty aksamitny odcień ciepłego brązu) - średni odcień jasnego brązu z domieszką starego złota oraz miedzi, cudo.
Cynamon - (brązowy kolor na bazie ciepłego różu)  - kolor, który ciężko sprecyzować, ani to brąz ani fiolet tylko coś pomiędzy, nie mniej jest bardzo ładny.
Butelka - (kolor tzw butelkowej zieleni)  - wreszcie zieleń, która jest widoczna na moich powiekach, kolor niezwykle wyrazisty, którego nie sposób nie dostrzec w makijażu.
Ołówkowy- (średni ciepły szaro srebrny kolor) - nazwa jak najbardziej adekwatna do koloru i chociaż nie należę do fanek srebrnych odcieni, w tym wypadku zaryzykowałam. Genialny do makijaży typu ''przyymione oko''.






 
template design by designer blogs