Strona Główna

Make Up For Ever | STEP 1 Skin Equalizer Smoothing Primer

poniedziałek, 31 października 2016


Baz pod makijaż używam sporadycznie, nie są one dla mnie niezbędnikiem i raczej sięgam po nie gdy mam znacznie więcej czasu na makijaż lub też świadomie nie pominę tego kroku. Z tego powodu nie mam wyrobionego zdania na ich temat, ponieważ przerobiłam stosunkowo niewielką ich ilość, a gdy decyduję się na zakup całkowicie polegam na istniejących recenzjach. 
Swego czasu głośno było o bazach Make Up For Ever, które firma wypuściła w obfitej ilości, każdą z przeznaczeniem do konkretnych celów. O ile się nie mylę w ofercie dostępna jest matująca, nawilżająca, odżywcza, korygująca zaczerwienienia, rozświetlająca i wygładzająca, Dodatkowo nabyć można je w standardowej 30ml, jak i mniejszej pojemności (15ml) i tu właśnie pojawiło się moje zainteresowanie odnośnie tymże kosmetykiem. Nie ma dla mnie nic lepszego niż możliwość zakupu nowej nieznanej rzeczy w mniejszej objętości, bo jeśli coś pójdzie nie tak to moja frustracja nie będzie aż tak ogromna. Dlatego takie podróżne opakowania są świetnym rozwiązaniem właśnie dla mnie.



Zdecydowałam, że Smoothing Primer czyli baza wygładzająca będzie najbardziej przydatna. Rzecz jaka rzuciła mi się po pierwszych testach to spore podobieństwo do bazy z Benefit POREfessional. Obydwie bowiem mają porównywalną konsystencję oraz niemal identycznie zachowują się na skórze. Niestety nie jestem w stanie stwierdzić tego w 100%, ponieważ bazy z Benefit obecnie nie posiadam, ale stosowałam ją wystarczająco długo, żeby mieć zachowane w pamięci najważniejsze detale. Tak czy inaczej osoby , które znają POREessional mogą mniej więcej wiedzieć czego oczekiwać po bazie z MUFE. Dla tych co jednak styczności z nią nie mieli już spieszę z większą dawką informacji.
Może zacznę od formuły, która jest gęsta i zbita, ale bardzo łatwo rozprowadza się po powierzchni skóry. Jak na typową bazę silikonową przystało, tworzy aksamitną powłokę co daje się już wyczuć w trakcie aplikacji. Nie jest kosmetykiem ciężkim dlatego też po naniesieniu na twarz nie wyczuwa się jej. Do aplikacji nie potrzeba za wiele, porcja małego ziarenka groszku/kawy to wystarczająca ilość, aby pokryć najważniejsze części twarzy. U mnie są to nos i okolice, środek czoła oraz broda. Ogólnie im mniej zastosuję to lepszy efekt osiągam, ponieważ na grubszej warstwie bazy, podkład często dziwnie się zachowuje więc wolę nie przedobrzać.
To, że baza została użyta widać gołym okiem, ponieważ faktura skóry momentalnie staje się bardziej sprasowana, drobniejsze pory i załamania zostają wypełnione i optycznie jest ich mniej. Oczywiście nie ma cudów i nie należy oczekiwać, że skóra nagle będzie wyglądać jak po liftingu, ale baza jej stan wizualnie polepsza. W dotyku jest przyjemnie aksamitna, ale jeśli ma się tendencje do suchych skórek to należy uprzednio wykonać peeling, gdyż większe skórki raczej zostaną podkreślone. Zauważyłam natomiast, że jeśli mam problem z suchymi plackami, które zwłaszcza w obecnym okresie lubią mi się pojawiać, to wcale nie stają się bardziej widoczne, co szczerze mnie zaskoczyło. Śmiało mogę zgodzić się z producentem, że jest to baza wygładzająca, bo taki efekt mi dostarcza. Faktura skóry w subtelny sposób jest polepszona i lepiej przygotowana do dalszych kroków w makijażu.
Jeśli chodzi o kompatybilność z podkładami to nie zauważyłam aby baza gryzła się z jakimkolwiek który posiadam. Raczej wszystkie współpracują z nią identycznie i zachowują swoje oryginalne właściwości. Czy dzięki niej makijaż trzyma się dłużej? Odrobinę tak lecz w moim przypadku baza nie wydłuża jakoś szalenie trwałości, a raczej wpływa na dopieszczanie podkładu w jego normalnym trybie noszenia. To znaczy, że podkład zachowuje swoje właściwości i tak jak wyglądał świeżo zaaplikowany, podobnie prezentuje się po kilku godzinach. Jedynie w dni kiedy cera sprawia mi więcej problemów niż zazwyczaj  to czy poratuję się bazą, czy innym specyfikiem wyglądam i tak niewyjściowo i każdy ulubiony kosmetyk nie jest w stanie tego zmienić.
Najważniejsze pytanie brzmi natomiast, czy polecam? Moja odpowiedź jest taka: uważam, że jeśli posiada się cerę w dosyć dobrej kondycji to jest to rzecz zupełnie zbędna, natomiast dla osoby która nie posiada już skóry nastolatki, a pragnie żeby podkład jeszcze lepiej stapiał się z cerą warto ją wypróbować. Ja nie mam nic przeciwko tej bazie, jest fajnym dodatkiem do makijażu ale potrafię obyć się bez niej, dlatego też nie korzystam z niej codziennie. Najważniejsze, że mnie nie przesusza, ale osobiście wolę jednak produkty które dodatkowo mają właściwości rozświetlające, dlatego następnym razem zdecyduję się chyba na wersję rozświetlającą - Radiant Primer Yellow ;)


 Pojemność: 15ml (wersja podróżna)
Termin ważności: 12 miesięcy

 Skład:

L'Occitane Ultra Rich Lip Balm

piątek, 28 października 2016


W kwestii nawilżania ust jestem bardzo wymagająca i nie ukrywam, że od produktu który ma je odpowiednio pielęgnować oczekuję wiele. Przerobiłam już sporą ilość w tej kategorii i niestety nieliczne z nich okazały się rzeczywiście pokrywać z obietnicami producenta. Niedawno w moje ręce wpadł zupełnie nie zanany mi wcześniej balsam marki L'Occitane. Wiem, że ta firma ma swoich zwolenników jak również spore grono osób twierdzących, że produkty są przeciętne, a nawet nie warte swojej ceny, dlatego tym bardziej byłam ciekawa co z tego wyjdzie.


Balsam ma konsystencję zbliżoną do wazeliny, a przynajmniej mnie tak się kojarzy. Pomysł zamknięcia go w tubce uważam za bardzo dobre rozwiązanie, ponieważ tego typu opakowania są dla mnie wygodniejsze i zwyczajnie bardziej do mnie przemawiają. Opakowanie tubki jest również miękkie, więc dodatkowo nie trzeba walczyć z produktem, nie ma też obaw, że niechcący wyciśnie się zbyt wiele, odpowiednią ilość jakiej potrzebuję można z łatwością kontrolować. Design jest stonowany i przyjemny, całość koloru białego z granatowymi napisami oraz identycznego koloru nakrętką kupiło mnie momentalnie.
Istotniejszą kwestią jest jednak zawartość, ponieważ o nią się w tej recenzji rozchodzi ;) I tak szczersze to nie ma co się za wiele rozpisywać. Balsam jest koloru transparentnego i stanowi bardzo dobrą bazę pod szminki. Samodzielnie działa średnio i już wyjaśniam dlaczego. Otóż zaraz po aplikacji i jeszcze jakiś czas później wszystko jest w porządku. Odnoszę wrażenie, że usta są nawilżone, wydają się także gładsze. Jeśli jednak są w nieciekawym stanie, z nadzieją czekam na ich regenerację oraz polepszenie ogólnej kondycji. Niestety początkowy komfort z czasem przeobraża się w dziwne uczucie dyskomfortu. Usta wstępnie miękkie i dopieszczone, doznają nagłego szoku, którym jest jakby wyssanie z nich wilgoci. Początkowo winą za to obwiniałam inne produkty, bo przecież balsam ten wydawał się działać wzorowo. Sytuacja powtarzała się niestety za każdym razem kiedy Ultra Rich Lip Balm zaaplikowany był na moich ustach, więc nie mogłam dłużej tego ignorować. Po dłuższych obserwacjach doszłam do wniosku, że ten balsam ust nie nawilża, a raczej natłuszcza co nie jest porządanym przeze mnie aspektem. To, że siedzi na nich i właściwie nie robi nic specjalnego stawia go na średniej pozycji i świadczy, iż jest to taki sobie natłuszczacz, który nie dostarcza moim ustom zbyt wiele. Przyjemne uczucie jakie towarzyszy na początku to dla mnie zdecydowanie za mało, ponieważ od balsamu do ust oczekuję długotrwałego nawilżania i odżywiania, a ten produkt niestety mi tego nie oferuje. Używam go zatem okazjonalnie po to aby go zdenkować i pewna jestem, że gdy to nastąpi na ponowny zakup niestety się nie zdecyduję.

Pojemność: 12ml
Termin ważności: 6 miesięcy

Skład:

Makeup Geek Eyeshadows część 1

wtorek, 25 października 2016


Osoby które zaglądają do mnie częściej doskonale wiedzą, że mam nieukrywanego bzika na punkcie cieni do powiek. Jeden powie, phi...to nic takiego, a inny że powinnam zacząć powoli się leczyć. Ja sama czasami zastanawiam się czy potrzebuję aż tylu cieni, jednak z drugiej strony korzystam ze wszystkich (oczywiście nie naraz) i regularnie robię przegląd. To co mi się nie sprawdza posyłam gdzieś dalej, a to co nie jest najświeższe ląduje wiadomo gdzie. Wszak każdy produkt kiedyś się starzeje.
Tego roku do mojej kosmetyczki dołączyły wreszcie cienie Makeup Geek. Nie ukrywam, że czaiłam się na nie przez bardzo długi czas i jedyne co mogę napisać, to że żałuję iż na zakup nie zdecydowałam się znacznie szybciej. Ich formuła jest genialna, zdecydowanie jedna z lepszych jakie dane było mi używać, jeśli nie najlepsza. Pracuje się nimi z nieukrywaną przyjemnością, bez cienia niezadowolenia czy irytacji. Pigmentacja zasługuje na medal, ponieważ w dziecinnie prosty sposób kolory przenoszą się na powieki. Cienie matowe rozcierają się wspaniale nie tworzą plam ani prześwitów, podobnie sprawa ma się w przypadku cieni perłowo-metalicznych. Zaznaczyć muszę natomiast, że część matów w kontakcie z pędzlem lubi się pylić, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, choć być może dla osób które tych cieni nie znają może to odgrywać znaczącą rolę. Z kolei nie są suche, mają raczej przyjemnie aksamitną formułę dzięki czemu nie podkreślają faktury skóry powiek co często matowym cieniom się przydarza. O cieniach posiadających inne wykończenia również nie mogę powiedzieć złego słowa, ponieważ mają miękką, przyjemnie masełkową konsystencję i z powodzeniem można aplikować je nawet palcem. Wtedy efekt koloru jest jeszcze bardziej wzmocniony, można również cienie perłowe aplikować na mokro, co także podbija ich kolor.
Ja swoją pierwszą 12 dorwałam szczęśliwie na promocji kiedy to na stronie BeautyBay było -50% na cały asortyment Makeup Geek. Od tamtej pory moja rodzinka zdążyła się delikatnie powiększyć, ale cóż mogę rzec na usprawiedliwienie. Te kolory są tak piękne i uzależniające, że nie potrafię ich nie przygarniać. Czy jest tu ktoś kto mnie poprze?



Kolory jakie prezentuję poniżej, to opis według mojego indywidualnego odczucia i doskonale zdaję sobie sprawę, że niekoniecznie musi być właściwy ;)

Peach Smoothie - jasny beż z subtelnymi brzoskwiniowymi tonami, mat, jest raczej neutralny, używam go jako cienia bazowego, sprawdza się także pod łuk brwiowy
Créme Brulee - jasno średni beż, taka mieszanka odcienia piaskowego ze zgaszonym rozbielonym kakaem, idealny jako cień transferowy
Frappé - to  średni, ciepły brąz z subtelną domieszką brudnego różu, jest matem choć dostrzec można w nim minimalne drobinki, ale te na powiece są niewidoczne
Chickadee - średni, mandarynkowy pomarańcz z żółtymi tonami o matowym wykończeniu
Preppy - średni mat, nie do końca oczywisty brąz, wygląda jak połączony ze zgniłą zielenią, kolor na pierwszy rzut nieciekawy, ale właśnie takie bardzo lubię na swoich powiekach
Tiki Hut - karmelowo kakaowy odcień z żółtymi tonami, który posiada matowe wykończenie
Wild West - ciemny odcień zgaszonej śliwki z której delikatnie wybija się brąz 
Unexpeted - jasno-średni mat w odcieniu lawendowo-wrzosowym
Pretentious - piękny metaliczny odcień złotego brązu, ma bardzo kremową konsystencję
Moondust - metaliczny, srebrny taupe, jest zdecydowanie chłodnym odcieniem o kremowej formule
Dragonfly - morski (zielono-niebieski) mat, który najlepiej wybija się na zbliżonej do siebie bazie
Shore Thing - bardzo jasny, pastelowy, seledynowo-miętowy odcień, ma wykończenie matowe, jednak bez bazy ginie, dlatego ta jest koniecznością







NYX Soft Matte Lip Cream Stockholm

wtorek, 18 października 2016


Matowe pomadki w płynnej formie zyskały tak ogromną sławę, że bez problemu można je obecnie nabyć prawie wszędzie, ponieważ wiele firm ma w swojej ofercie tego typu produkty. Nie ukrywam, że mnie ten trend bardzo się spodobał, ale matowe usta wolałam podziwiać u innych. Spowodowane było to nie tyle rozmiarem moich dosyć małych usteczek, co ich podatnością na pierzchnięcie, bo wiadomo że skoro pomadka jest zastygająca to raczej ze względu na długotrwałe działanie nie będzie raczej ust oszałamiająco nawilżać. Szkoda było mi zatem wydawać pieniądze na produkt, który być może okazałby się wrogiem dla tej części mojej twarzy. Jednak ciekawość wzięła górę i zdecydowałam, że na początek wypróbuję coś niedrogiego, a cieszącego się w miarę dobrymi opiniami. Wybór padł na serię Soft Matte Lip Cream z NYX. Odcieni w ofercie jest wiele, więc bez problemu mogłam sobie coś dobrać, tym razem stacjonarnie, ponieważ tu gdzie mieszkam NYX jest dostępny w Boots. Chciałam coś w miarę neutralnego, jasnego, wpadającego w różowy brąz. Odcień Stockholm wydał się odpowiedni, jednak oświetlenie w sklepie nieznacznie przekłamało kolor, który po powrocie do domu okazał się trochę inny. Ale liczyłam, że może się tak stać, wszak nie pierwszy raz zdarzyła mi się taka sytuacja,to że sklepowe światła zmieniają trochę kolory wiadomo nie od dziś.


Sam odcień Stockholm jest bardzo ładny, to zdecydowanie bezpieczny kolor, który idealnie nadaje się do codziennego użytku. Ja widzę w nim zgaszony, brudny róż, a na moich ustach wybija się jeszcze odrobina jakby ciemnej brzoskwini, ma on tony raczej neutralne i na pierwszy rzut oka stwarza wrażenie ślicznego koloru. Niestety ładnie wygląda jedynie na dłoni, gdyż po zaaplikowaniu na usta czar pryska. I nie jest to winą samego koloru tylko dziwnie zachowującej się konsystencji produktu. Pomadka ma dosyć skomplikowaną formułę, to jakby kremowy mus, który w trakcie nanoszenia na usta zachowuje się dziwnie i sam proces niestety należy do bardzo wkurzającego. Produkt niby ma fajnie lekką, trochę piankową postać i wydawałoby się, że będzie prostym do ogarnięcia. Zamiast szybkiej i przyjemnej aplikacji otrzymuję niestety proces przebiegający we frustracji, ponieważ ta dziwna konsystencja za nic nie chce rozprowadzić się równomiernie i precyzyjnie. W zamian mazia się paskudnie i tworzy brzydkie prześwity, a każda próba zaprzyjaźnienia się z tym produktem kończy się fiaskiem. Gdy aplikuję cienką warstwę, usta nie pokrywają się kolorem wystarczająco i wygląda to śmiesznie, z kolei jeśli próbuję dokładać odrobinę więcej to efekt jest jeszcze gorszy. Nie sposób rozprowadzić aplikatorem tej pomadki równomiernie, tworzą się wtedy smugi, a nadmiar zbiera się w środkowej części ust, co już zupełnie jest nieestetyczne. Bardzo trudno wypośrodkować mi właściwą dozę i bez pomocy palca nie mam co myśleć o tym, żeby to jakoś wyglądało. Proces zastygania również jest jakimś żartem. Trzeba czekać długo, bo pomadka ma opory przed zaschnięciem i w jego trakcie przekonałam się, że lepiej nie dociskać dolnej wargi do górnej, ponieważ wszystko się wtedy roluje. Kiedy jednak już zaschnie (choć nie jest to 100%) to niestety koszmarek trwa nadal, bowiem ten produkt z każdą upływającą minutą przesusza usta coraz bardziej i bardziej, by po około dwóch godzinach zrobić z nich wiór i dodatkowo nierównomiernie się zetrzeć. Ja czemuś tak kłopotliwemu szybko powiedziałam nie. Pomimo kilku usilnych prób wszystko przebiegało tak samo. Zarówno aplikacja jak i sam moment noszenia kończył się identycznymi odczuciami i efektem. Czy to z balsamem czy bez nic nie pomaga, więc doszłam do wniosku, że nie ma sensu się męczyć i dawać nowych szans czemuś co zwyczajnie się nie sprawdza. Moim zdaniem to jakieś nieporozumienie i choć początkowo myślałam, że na jednym kolorze się nie skończy tak w chwili obecnej nie zamierzam kontynuować  znajomości z tą serią płynnych pomadek. Jedyny plus jaki dostrzegam to przyjemny, słodkawy zapach (ciasteczek?), ale to niestety za mało żeby mnie przekonać. Być może płynne pomadki są nie dla mnie? Czas pokaże ;)

Jestem bardzo ciekawa czy tylko ja jedna mam taki problem z tą serią pomadek NYX, czy może to wina samego odcienia? Z ciekawością dowiem się również jakie Wy płynne pomadki polecacie i które są Waszymi ulubionymi?


Na zdjęciu aż tak nie widać jak pomadka nierówno się rozprowadza, ale w rzeczywistości wygląda to dużo gorzej, być  może jest ''fotogeniczna'' i stąd ten przekłamany efekt.
zdjęcie górne - 10 min po aplikacji
zdjęcie dolne - zaraz po aplikacji


Pojemność: 8ml
Termin ważności: 18 miesięcy

Skład:
 
template design by designer blogs