Strona Główna

Makeup Geek, Blush Romance

piątek, 24 czerwca 2016


W tym miesiącu ukazała się odświeżona odsłona róży do policzków marki Makeup Geek, a wraz z nią całkiem nowe odcienie. Ja żadnego z nich póki co nie posiadam, natomiast cieszę się i chętnie korzystam z jednej sztuki z wersji pierwotnej. Tym różem jest odcień Romance, który zawsze cieszył się ogromnym zainteresowaniem, co wcale mnie nie dziwi, ponieważ sam kolor jest przecudowny. Krążą głosy, że Romance stanowi odpowiednik różu NARS Orgasm. Niestety nie wiem jak bardzo kolory te są do siebie zbliżone, gdyż narsowego nie posiadam, ale załóżmy, że w jakimś stopniu są do siebie podobne.


Romance ma bardzo subtelny kolor i pomimo znajdujących się w nim połyskujących drobinek doskonale spełnia się w roli różu na co dzień. To kolor z ciepłymi tonami będący połączeniem brzoskwini i różu. Idealnie komponuje się z moją karnacją, a najpiękniej prezentuje się na skórze delikatnie muśniętej słońcem. Jest raczej stworzony dla jasno-średnich typów urody, choć i te porcelanowe powinny się z nim lubić. Ma uroczo lśniące wykończenie, które jest zasługą ślicznych, mieniących się na złoto mikroskopijnym drobinkom. Są one na tyle drobno zmielone, że nie ma obawy migracji po całej twarzy. Róż posiada z resztą wyjątkowo przyjemną konsystencję. Jest bardzo miałki, cudownie aksamitny i świetnie stapia się ze skórą. W zależności od wyboru pędzla może w trakcie kontaktu z włosiem nieznacznie pylić, ale jest to prawie niezauważalne. Dobrze przylega do pędzla i tak samo przenosi się na policzki. W związku z tym, że posiada świetną pigmentację jest różem banalnie prostym we współpracy. Kolor z powodzeniem można wzmacniać, a w razie przedobrzenia ilości, błąd da się szybko naprawić, bowiem róż rozciera się niezwykle łatwo. Lubię takie bezproblemowe produkty, które nie wymagają ogromnego wysiłku czy profesjonalnej wprawy, bo sama jestem zwykłym amatorem makijażu i nie zawsze radzę sobie z wpadkami. Jeśli chodzi o trwałość to spokojnie wytrzymuje większość dnia, a przy bardziej intensywnym dniu po około 8-9 godzinach delikatnie się ściera więc wymaga wtedy poprawek.
Po recenzjach róży z nową formułą słyszałam, że odświeżony Romance ma odrobinę inny kolor, a i sama konsystencja jest nieznacznie inna. Czy zdecyduję się na wersję ''ulepszoną''-nie wiem. Być może z ciekawości, ale obstawiam raczej, że wybiorę jakiś zupełnie inny kolor, bo ten ''stary'' Romance mi bardzo odpowiada i z ogromną chęcią z niego korzystam.


Laura Mercier, Secret Brightening Powder For Under Eyes

środa, 22 czerwca 2016



Gwarancją dobrze zagruntowanego pod oczami korektora jest zdrowo wyglądające spojrzenie. Nie ma chyba nic gorszego niż zbierający się w załamaniach czy zmarszczkach produkt, który dodatkowo przesuszy skórę i w efekcie tylko doda niechcianych lat, przez co czuć będziemy się nieatrakcyjnie. Ja z doborem właściwych kosmetyków w okolicy oczu mam szczególny problem, ponieważ ta strefa jest u mnie wyjątkowo delikatna i podatna na przesuszenia. Ostrożnie muszę dobierać i łączyć produkty, tak aby ze sobą współpracowały i dawały oczekiwany rezultat. Do zagruntowywania korektora bardzo lubię używać pudrów Shaping marki Mac z serii Pro, jednak zawsze ciekawił mnie Secret Brightening z Laura Mercier i gdy wreszcie udało mi się ten produkt upolować szybko zabrałam się za testy. Swój mam w wersji kolorystycznej numer 1 i chociaż wiem, że był kiedyś dostępny jeszcze numer 2 (bardziej żółty) nigdzie nie mogłam go zakupić. Nie wiem czy został wycofany, w każdym razie nie jest to aż tak ważne.


Puder pod oczy Secret Brightening w odcieniu numer 1 jest transparentnym produktem, który znakomicie służy do utrwalania korektora. Pomimo białego koloru, nie wykazuje właściwości barwiących i bardzo ładnie stapia się ze skórą. Jego ogromną zaletą jest rewelacyjna formuła. Zmielony obłędnie drobno, pod palcami jest właściwie niewyczuwalny. Jego aksamitność i niewyobrażalna jak puch lekkość, sprawia że aplikacja staje się czystą przyjemnością. Należy jednak być czujnym, ponieważ nietrudno tu o przesadę i wtedy efekt nie jest tak spektakularny. Puder swoje właściwości najlepiej ukazuje jeżeli zostanie zaaplikowany w minimalnej ilości, w przeciwnym razie skóra okolic oczu może wyglądać na obciążoną i uwydatnią się wszelkie jej defekty.
Do aplikacji pudru używam zarówno większych pędzli do oczu, jak i tych średnich, których przeznaczeniem jest konturowanie/rozświetlanie, ważne aby włosie było miękkie i puchate, wtedy kosmetyk daje mi najlepszy efekt. W związku z tym, że pojemniczek nie ma konkretnego siteczka, a jedynie sporej ilości dziurki, puder na zewnątrz wydostaje się bardzo chętnie. Brak tu także puszka więc musiałam jakoś zaradzić niepotrzebnemu rozsypywaniu się i pyleniu. Po pierwsze nie zdjęłam fabrycznej naklejki, tylko odkleiłam ją do połowy co zapobiega nadmiernemu ''wypływaniu'' pudru, a brak puszka czy wieczka zabezpieczającego przed robieniem bałaganu, nadrobiłam wsadzeniem złożonego płatka kosmetycznego. Pomaga mi to w zachowaniu znośnego porządku, bo nie ukrywam, do form sypkich mam awersję.  Przechodząc do aplikacji, najbardziej odpowiada mi wysypanie małej ilości pudru do zakrętki, skąd nabieram go na pędzel.



Secret Brightening nie jest pudrem zawierającym drobinki chociaż nazwa mogłaby na to wskazywać. Nie ma także rozświetlającego czy satynowego wykończenia. Moim zdaniem jest ono matowe, dlatego właśnie należy uważać z ilością jaką zaaplikuje się pod oczy, żeby nie skończyć z efektem suchego placka. Tajemnica pudru tkwi w tym, że odbija on światło dlatego też optycznie wygładza skórę, przez co jej koloryt wydaje się ujednolicony, a spojrzenie świeższe. Właściwie zaaplikowany robi takiego delikatnego photoshop'a, a chyba każda z nas lubi gdy skóra w okolicach oczu jest bliska doskonałości. U mnie cienie są minimalnie rozjaśnione, ale nie zniwelowane, więc pod tym względem tak średnio, raczej bez rewelacji. Korektor jest za jego sprawą dosyć dobrze zagruntowany, jednak po jakimś czasie zbiera mi się w dolnych złamaniach, co na szczęście można łatwo poprawić. Nałożony w odpowiednio małej ilości wygląda naturalnie i utrzymuje się przez kilka godzin bez potrzeby korekty. Dzięki temu, że nie trzeba stosować go dużo, jest bardzo wydajnym produktem.
Przyznam się, że z ciekawości aplikowałam go na całą twarz i początkowo skóra wygląda na bardzo wygładzoną, co oczywiście jest porządane, niestety z upływem czasu podkreśla jej suchość i wspomaga efekt ciasteczkowania się podkładu. Doszłam więc do wniosku, że jego oryginalne przeznaczenie pod oczy, sprawdza się najlepiej i przy tym pozostałam.



Pojemność: 4g
Termin ważności: 18 miesięcy

Skład:

KIKO, Long Lasting Stick 8 Hours No-Transfer Eyeshadow

sobota, 18 czerwca 2016


Chociaż w moim mieście Kiko jest dostępny już jakiś czas, ja ten sklep po raz pierwszy odwiedziłam całkiem niedawno i muszę przyznać, że bardzo mi się tam spodobało. Może nie wszystko zauroczyło mnie w tym samym stopniu, jednak cienie spowodowały, że serce zaczęło bić mi znacznie mocniej. Zainteresowały mnie również cienie w kredce, szczególnie jeden uśmiechał się do mnie tak intensywnie, że gdy tylko maznęłam się nim po dłoni wiedziałam, że wróci ze mną do domu. Jego pełna nazwa to Long Lasting Stick 8 Hours No-Transfer Eyeshadow. Na stronie producenta dostępne są 32 odcienie, ale w sklepie było chyba trochę mniej. W każdym razie kolor, który tak mnie zauroczył ma numerek 38 i opisany jest jako Golden Taupe. Ma on przepiękny odcień fioletu zmieszanego z brudnym brązem, w którym zatopione są cudownie opalizujące, złote drobinki. Według mnie kolor jest rewelacyjny. Świetny do samodzielnego makijażu jak również idealny jako baza pod cienie tradycyjne. Ale od kiedy kredkę kupiłam najchętniej stosuję solo, ponieważ efekt jaki można nią uzyskać jest tak śliczny, że nie trzeba nakładać dodatkowych produktów.


Cień ma przyjemnie kremową konsystencję, nie jest klejący ani nie stwarza oporu w trakcie aplikacji, dlatego pracuje się nim w sposób szybki i łatwy. Z powodzeniem można rozcierać go pędzlem jak i palcem dlatego też sprawdza się w sytuacjach awaryjnych, gdy na wykonanie makijażu nie ma się za wiele czasu, ale chcę mieć bardziej podkreślone oko. Nasycenie koloru można bardzo łatwo stopniować, dlatego też efektem końcowym może być delikatna mgiełka lub głęboki, soczysty odcień taupe. Wszystko zależy od humoru i upodobań. 




Po jakimś czasie od aplikacji cień delikatnie zastyga i trwa na swoim miejscu tak jak obiecuje producent. Po 8 godzinach nie zauważam żeby brzydko się rolował czy rozmazywal, może kolor po tak długim czasie traci odrobinę na intensywności, jednak nie jest wypłowiały. Co do złotych drobinek te nie migrują ani w momencie rozcierania koloru ani po całym dniu, więc nie ma obawy o niechciany błysk gdzieś w okolicach policzków. W związku z tym, że cień jest bardzo trwały wcale nie jest łatwo go zmyć. Najlepiej skorzystać z kosmetyków na bazie olejków, które go rozpuszczą i dzięki temu usunięcie nie będzie wymagało silnego pocierania.
Jeśli o mnie chodzi dopatruję się w tym produkcie samych zalet, nawet opakowanie jest na plus, czarne, dobrze wykonane, nic dodać nic ująć. Dostajemy tutaj świetną jakość za całkiem przystępną cenę, a wachlarz kolorów jest spory, zatem każdy znajdzie coś dla siebie. Mnie cień w kredce przekonał na tyle, że zdecydowanie mam ochotę na wypróbowanie innych kolorów.


Pojemność: 1.64g
Termin ważności: 24 miesiące

Skład:


NARS, All Day Luminous Powder Foundation, Fiji

piątek, 17 czerwca 2016


Na myśl o produktach NARS zawsze przychodzą mi charakterystyczne, gumowe opakowania, które bardzo lubią łapać odciski z palców. I chociaż ogromne grono z tego powodu nie pała do nich miłością, tak ja na przekór wszelkim głosom w niewytłumaczony sposób bardzo je lubię. Do tej pory pozytywnie wspominam puder Light Reflecting, korektor Radiant Creamy i nadal doceniam brązer Laguna, który już prawie zdenkowałam. Kolejnym produktem jaki postanowiłam tej wiosny wypróbować był All Day Luminous Powder Foundation. Byłam go mocno ciekawa , ponieważ jak sama nazwa wskazuje jest to podkład w pudrze i zastanawiało mnie czy się polubimy czy wręcz przeciwnie.
Fiji jest kolorem jaki wybrałam z pośród 15 dostępnych w ofercie. Określony jako jasny z żółtymi podtonami, wydał mi się odpowiednim kandydatem na moje blade, pozimowe lico. Jako, że zamawiałam przez internet, nie miałam dokładnego odzwierciedlenia koloru na żywo, co niestety okazało się być zgubne. Odcień Fiji taki zupełnie jasny nie jest, czym byłam lekko zasmucona, ponieważ musiał swoje chwilę w szufladzie przeleżeć, do momentu aż załapię pierwsze promienie słońca. Korzystałam z niego w miesiącu kwiecień/maj, dla mnie okresie przejściowym po zimowej bladości, a przed letnią opalenizną. Fiji mogę zatem określić jako lekko średni kolor z ciepłymi żółtawymi tonami, które nie do końca, ale odrobinę wpadają w brzoskwinię. Obecnie znowu szufladkuje, ponieważ stał się za jasny (chyba, że wykorzystuję go przy ciemniejszych podkładach, bo ja taka kombinatorka jestem i staram się radzić na wszelkie sposoby, gdy odcienie poszczególnych produktów mi nie pasują).


Opakowanie tego pudro-podkładu tym razem mnie nie przekonuje. I tak naprawdę nie mam nic do wyglądu zewnętrznego, bowiem kwadratowy, kanciasty kształt kasetki jest jako tako do przełknięcia, tak nie podoba mi się zaprojektowanie wnętrza. Już wyjaśniam dlaczego, bo przecież jest tu i lusterko i miejsce na gąbeczkę, więc niby wszystko zostało należycie przemyślane. Otóż nie do końca, ponieważ część gdzie znajduje się lusterko uchyla się tylko do pewnego stopnia i o możliwości rozchylenia na 180* można zapomnieć. A jako, że ja jestem przyzwyczajona do bardziej mobilnych opakowań, tego po prostu nie polubiłam.



Puder zaskoczył mnie również swoją konsystencją, bo nie wiedzieć czemu spodziewałam się bardziej luksusowego w dotyku produktu. Roztarty palcem na dłoni stwarza wrażenie delikatnego, przyjemnie aksamitnego i dobrze komponującego się ze skórą. Niestety jest również bardzo pudrowy, jakby suchy. Bez problemu nadaje się do aplikacji miękkim pędzlem do pudru na cala twarz, w celu wykończenia makijażu, ale niezbędne jest wtedy użycie jakiejś mgiełki scalającej wszystkie warstwy. Wydaje mi się, że w tym zamyśle spokojnie nadawałby się dla cer bardziej tłustych, bo ja z moją suchą nie często korzystam z tej opcji. Jako produkt do poprawek w ciągu dnia ze swojej strony odradzam, ponieważ ma tendencję do ciastkowania się. Chociaż nie twierdzę, że taki efekt zachodzi u każdego.
 Ale czas na najważniejszą ocenę, gdyż należy pamiętać, że jest to podkład w kamieniu i jego zastosowanie powinno być samodzielne. W tym celu najlepiej sprawdza się mój pędzel z Ecotools - Domed Bronzer Brush, który jest silnie zbity, ma przyjemne włosie i rewelacyjnie nadaje się do aplikacji wszelkich mineralnych podkładów. Lubię także wykorzystywać Real Techniques Buffing Brush, mniejszy ale równie przyjemny w aplikacji takich produktów. All Day Luminous rozprowadza się po twarzy szybko i sprawnie lecz całemu procesowi towarzyszy delikatne pylenie. Nie jest to porządane, jednakże nie uniknione. W związku z tym, że formuła produktu jest suchawa bez mgiełki czy fixera się nie obejdzie. Stopień krycia nie jest silny, ja zaliczam je do delikatnie średniego i odradzam przesadne stopniowanie, ponieważ z każdą kolejną warstwą twarz nabiera dodatkowych lat. Zaobserwowałam także, że podkreśla wszelkie suche skórki i włoski, ponadto lubi wchodzić w pory co nieładnie je eksponuje. Dla pełniejszego krycia producent zaleca aplikować go na mokro dołączoną gąbeczką, ale u mnie ta opcja wogóle się nie sprawdziła.
Wykończenie jakie uzyskuję jest w pełni matowe i niestety nie zauważam tutaj jakiejkolwiek świetlistości jak wskazuje nazwa produktu. I chyba jest to właśnie największym rozczarowaniem jakie spotkało mnie przy zakupie tego podkładu. Nie powiem, że sam puder jest jakiś tragiczny bo z niego korzystam i staram się zużyć, ale nie jestem w stanie zaliczyć go do tych ulubionych. Nie uważam, że jest on odpowiedni dla cery suchej jak moja i być może w tym tkwi cały problem. Gdybym była posiadaczką cery tłustej niewykluczone, że w ocenie wypadłby znacznie lepiej, tego jednak nie wiem. Pewna jestem natomiast, że ponownie go już nie kupię.





Pojemność: 12g
Termin ważności: 24 miesiące

Skład:

Smashbox, Photo Finish Primer Water

wtorek, 14 czerwca 2016


Photo Finish Primer Water marki Smashbox kupiłam w celu ściągania pudrowości z mojej twarzy. Tak naprawdę jest to produkt wielozadaniowy, ponieważ może być stosowany jako baza przygotowująca skórę do makijażu, w celu odświeżania cery w ciągu dnia lub do zespalania warstw makijażu jako spray utrwalający. Producent informuje, że Primer Water pełen jest rewitalizujących elektrolotów, które poprzez rozpylającą się mgiełkę, tworzą idealną bazę dla makijażu, nawilżają skórę na długie godziny oraz odżywiają ją. Mnie ciekawiło jak wypadnie ten kosmetyk w porównaniu z Fix+ MACa, czy chociażby mgiełki b6 od Urban Decay.


Stosowanie Primer Water niczym nie różni się od innych tego typu produktów. Mgiełkę należy w tym wypadku zaaplikować na twarz z odległości 20-25cm i chwilkę odczekać aż wyschnie/wsiąknie. W związku z tym, że nie zawiera alkoholu nie widnieje tutaj informacja o konieczności zamykania oczu, co oczywiście jest na plus. Jest dodatkowo bezzapachowa, co dla bardziej wyczulonych osób może być istotnym czynnikiem. Osobiście nie mam nic przeciwko subtelnym aromatom, bo te nawet umilają aplikację, ale taka ''czysta'' postać sprayu też jest w porządku. Opakowanie również wypada pozytywnie, design jest miły dla oczu, atomizer działa bezusterkowo, nic się nie zacina, produkt nie wycieka, wszystko jest super.
Zaskoczeniem natomiast była dla mnie moc z jaką mgiełka zostaje rozpylona na twarz. Przyzwyczajona do delikatnej, otulającej wręcz formy jaką oferował produkt Urban Decay czy nawet MAC, na początku byłam wręcz rozczarowana, że podobnego uczucia nie doznaję stosując Primer Water. Tutaj jedno psiknięcie jest tak intensywne, że większa ich ilość grozi przedawkowaniem produktu i niepotrzebnym świeceniem. Jednak bez obaw, na mgiełkę wcale się nie obraziłam, nie rzuciłam w kąt i powiedziałam jej spadaj, tylko po kilku razach nauczyłam się jak mam ją aplikować aby efekt był taki jak oczekuję. Zwykle psikam niewiele powyżej twarzy, kręcąc głową na lewo i prawo, aby wszystko równomiernie osiadło na skórze. Gdy mam potrzebę pompkę naciskam dwa razy, ale nie więcej, ponieważ twarz robi się wtedy za bardzo błyszcząca.


Primer Water stosuję głównie do scalania pudru, aby pozbyć się widocznego suchego nalotu. Bo chociaż mam cerę suchą to w obecnym okresie często używam podkładu w pudrze, ale żeby czuć się komfortowo, a nie jak zassana rodzynka muszę czymś to uczucie niwelować. Mgiełka Smashbox spisuje się w tej sytuacji bardzo dobrze, rewelacyjnie redukuje pudrowość lecz nie nawilża w tak dużym stopniu jak tego oczekuję. Dużo lepiej wspominam Fix+, ponieważ z obydwu zadań wywiązywał się idealnie, nawilżając na bardzo długo. Niestety nie lubię używać jej do utrwalania makijażu kiedy korzystam z tradycyjnego podkładu, ponieważ sprawia, że makijaż za bardzo się świeci i chociaż lubię efekt rozświetlenia, to nie jest on taki jak oczekuję. Nieźle sprawdza się z kolei jako baza, czy do samodzielnego zastosowania w celu odświeżenia i nawilżenia, chociaż miałam raz sytuację, gdy mocno przesuszyła mi się broda, odczuwałam wtedy okropne ściągnięcie, a jednak mgiełka nie dawała rady.
Primer Water sprawdził mi się dokładnie w tych celach do jakich go przeznaczam, więc zakup uważam za udany. Pudrowość na twarzy niweluje wzorowo, ale byłabym bardziej zadowolona gdyby mgiełka rozpylała się z mniejszą intensywnością.

Pojemność: 116ml
Termin ważności: 24 miesiące

Skład:

Makeup Geek, Duochrome Eyeshadows/ Voltage, I'm Peachless, Karma, Ritzy, Havoc, Steampunk

piątek, 10 czerwca 2016


Druga połowa kwietnia i maj były okresem w którym naszło mnie szaleństwo zakupowe. Uzupełniłam swoją kosmetyczkę o brakujące produkty, a także zrealizowałam sporo moich makijażowych marzeń. Jednym z nich była chęć posiadania cieni Makeup Geek. Jako pierwsze sprawiłam sobie cienie z serii duochrome, ponieważ doszłam do wniosku, że na okres wiosenno-letni będą świetną opcją do makijażu oczu, oprócz tego ponownie nabrałam chęci malowania moich ślepi. Zdecydowałam się na aż 6 z 12 dostępnych odcieni, chociaż kusiło mnie żeby dorzucić jeszcze 2/3 inne, ale stwierdziłam, że jeśli będzie z tego miłość, to więcej dokupię kiedy indziej. Kolorami, które najbardziej mnie oczarowały są Voltage, I'm Peachless, Karma, Ritzy, Havoc i Steampunk.


lewa: Voltage/I'm Peachless/Karma                                                  prawa: Ritzy/Havoc/Steampunk
Voltage - kolor opisany jest jako waniliowy z szampańsko-żółtym poblaskiem. To zdecydowanie ciepły odcień, po który sięgam najczęściej ze wszystkich sześciu. Trochę przypomina mi rozświetlacz z Nars Albatross, z tymże Voltage ma znacznie intensywniejsze złote, wręcz żółte refleksy. Mieszanka kremowo-metalicznej bazy sprawia, że cień ten pięknie wygląda u mnie w wewnętrznych kącikach oczu genialnie je rozświetlając.
Voltage
I'm Peachless - kolor opisany jest jako płowożółty z brzoskwiniowo-różowym poblaskiem. Obok cienia Voltage jest kolorem po który sięgam bardzo często. Najatrakcyjniej prezentuje się na moich powiekach kiedy cerę mam delikatnie muśniętą słońcem. I'm Peachless jawi się jako delikatny róż wymieszany z niedojrzałą brzoskwinią i w zależności od padania światła odbija na bardziej brzoskwiniowo albo szaro-różowo. Nałożony na całą powiekę bez bazy, potrafi czasami po kilku godzinach zbierać się w zagłębieniach.
I'm Peachless
Karma - kolor opisany jako głęboka morela ze złoto-zielonym poblaskiem. Choć jest to z pozoru jasny odcień do subtelnych na pewno nie należy. Na powiekach jawi się jako nasycone metaliczne złoto, przez które przebija ciepła morela. Dostrzegam również delikatne refleksy zieleni, coś mniej więcej jakby limonki zmieszanej z żółcią.
Karma
Ritzy - opisany jest jako ciepły czerwono-brązowy, z zielonym i złotym poblaskiem. Byłam nastawiona, że to ten cień stanie się moim ulubieńcem, niestety do tego nie doszło. Na pierwszy rzut oka Ritzy jest taki jak opisuje go producent, jednak na moich powiekach zieleń oraz złoto zanikają, a na pierwszy plan wybija się czerwień pomieszana z brązem. I to bez znaczenia jakim rodzajem pędzla cień zaaplikuję, nawet wklepany palcem nie wygląda jakbym tego oczekiwała. Aby wydobyć więcej zieleni oraz złota niezbędne jest zastosowanie kolorowej bazy.
Ritzy
Havoc - opisany jest jako ciepły, czerwono-brązowy z zielono-niebieskim poblaskiem. Tutaj sprawa ma się podobnie jak z Ritzy. Havoc wygląda przepięknie, ale jego uroku nie jestem w stanie bez zastosowania kolorowej bazy przenieść na powieki. To typowy kameleon, jaki występuje w wielu innych markach, różnicą są zazwyczaj bardziej lub mniej zielone bądź niebieskie podtony. W Havoc dominują tony zielone, ale te na mnie zanikają i wybija się z tego cienia zbyt wiele czerwieni, co sprawia, że wyglądam niezdrowo. Kolor jest piękny, ale wymaga dodatkowych zabiegów, żebym jego moc ukazała na powiekach.
Havoc
Steampunk - opisany jest jako czarny z głębokim miedzianym poblaskiem. W trakcie rozcierania piękny miedziany blask zanika i na pierwszy plan wysuwa się zwykła poszarzała czerń. Ten cień bardzo mnie rozczarował, ponieważ nie potrafię za bardzo dostrzec w nim efektu duochrome. Z czarną bazą jest zwykłym czekoladowym brązem z domieszką miedzi i tylko wtedy wygląda naprawdę ładnie. Bez kolorowego podłoża efekt mi się nie podoba.
Steampunk
Żaden z duochromów nie osypuje się, dzięki czemu praca z nimi jest przyjemna. Mają miękką i odrobinę kremową konsystencję co sprawia, że łatwo się rozcierają i nie pylą w trackie aplikacji. Dodatkowo dobrze przylegają do wszystkich moich pędzli. Jaśniejszym kolorom nic nie jestem w stanie zarzucić, natomiast trzy najciemniejsze bez kolorowej bazy nie odzwierciedlają tego co widać w opakowaniu. Niemniej jestem zadowolona z zakupu, ponieważ z powodzeniem można łączyć je ze sobą na powiekach, co tworzy bardzo ciekawe efekty. Gdybym jednak miała ponownie dokupić te duochromy wybrałabym tylko Voltage, I'm Peachless oraz Karma, bo właśnie po tą trójkę sięgam najchętniej i najczęściej.




 
template design by designer blogs