Strona Główna

Oskia, Renaissance Cleansing Gel

wtorek, 24 maja 2016



Gdy zużyłam próbkę Reinaissance Cleansing Gel z Oskia wiedziałam, że zakup pełnowymiarowego produktu będzie tylko kwestią czasu. O tym, że warto porwać się na wydatek, przekonała mnie dodatkowo recenzja u Hexanny z bloga >>1001 Pasji<<, Żel, o którym głośno jest od dawna, skrada serca wielu użytkowniczkom i bardzo szybko zyskał miano ulubieńca, nie jest jak nazwa mogłaby wskazywać czymś z serii pieniących się kosmetyków, a produktem który w kontakcie ze skórą zamienia się w olejek, dzięki czemu nie działa ściągająco czy wysuszająco. Jego zadaniem jest oczyszczanie oraz pielęgnacja skóry, w czym pomagać mają dobroczynne składniki w nim zawarte. Znaleźć tutaj można między innymi enzymy z dyni oraz witaminy A, C i E. Za ich sprawą pory mają być oczyszczone, zaczerwienienia zredukowane, skóra ukojona i odświeżona.


Zazwyczaj żel stosuję w drugim etapie oczyszczania mojej twarzy, ponieważ nieprzerwanie od dawien dawna, do zmywania makijażu używam oleju kokosowego, którym rozpoczynam proces wieczornej/lub późno-popołudniowej pielęgnacji. Renaissance Cleansing Gel służy jako dodatkowy czyścik, którym domywam pozostałe resztki zanieczyszczeń. Jest mi go również zwyczajnie szkoda przeznaczać na sam początek mojej codziennej rutyny oczyszczania skóry, ponieważ ja zawsze zmywam makijaż w kilku etapach i gdyby tak było, żel byłby mniej wydajny, aniżeli jest w tym momencie. 
Dla moich potrzeb wystarczaja zwykle jedna, maksymalnie dwie pompki żelu, który bardzo łatwo wydobywa się z pojemnika działającego na zasadzie airless. Opakowanie bardzo do mnie przemawia, ponieważ proste, nieprzerysowane i solidnie wykonane (w tym wypadku mamy do czynienia z białym, grubym plastikiem) lubię najbardziej. Dodatkowo butelka jest lekka, dlatego w razie konieczności odbycia podróży nie obciąża znacznie bagażu. Jedynym minusem jest brak kontroli nad ubywającym produktem, bowiem nie sposób podejrzeć ile go w środku pozostaje.


Żel należy stosować na suchą skórę poprzez rozcieranie go po jej powierzchni. Działa to na zasadzie delikatnego masażu, co jest dodatkowym czynnikiem pielęgnacyjnym. Wiem, że niektórzy lubią zostawiać żel na dłuższą chwilę, traktując go jako maseczkę  czemu wcale się nie dziwię, gdyż uczucie jakie towarzyszy aplikacji tego produktu jest bardzo przyjemne i relaksacyjne, ja jednak nie wykonuję tego kroku. Gdy mam ochotę po prostu przedłużam nieco proces rozcierania, a gdy uznam, że wystarczająco dopieściłam swoją skórę, delikatnie ją zwilżam co sprawia, że żel przybiera lekko mleczny odcień i zamienia się w kremową emulsję. Następnie zmywam go ciepłą wodą, czasami gdy odczuwam potrzebę korzystam przy tym z muślinowej ściereczki. Dla kogoś nie mającego wcześniej do czynienia z konsystencją tego typu, po umyciu twarzy może wydawać się, że produkt nadal jest na skórze, dzieje się tak ponieważ żel nie uszkadza nam delikatnej warstwy lipidowej, pozostawiając ją nawilżoną i miękką. Mnie bardzo to odpowiada, gdyż nie toleruję uczucia ściągniętej skóry jakby mnie coś zassało i wszelkich produktów mogących doprowadzać do takiego stanu, staram się omijać szerokim łukiem.
Lubię również zapach jaki roztacza się w trakcie używania żelu. Jest otulający, ale nie przytłaczająco intensywny, a pachnie kwiatowo, jak świeżo ścięte róże. Wrażliwcom może to przeszkadzać, przeciwnikom różanych aromatów także, mnie nie.
Żel jako produkt oczyszczający sprawdza się u mnie świetnie i nie wydaje mi się abym mogła do czegokolwiek się przyczepić. Skóra po jego zastosowaniu za każdym razem jest nawilżona i niezwykle miękka. Nie mam natychmiastowej potrzeby sięgać po krem to twarzy, bo uczucie jakie mi zawsze towarzyszy, jest takie, jakbym kolejny krok w pielęgnacji miała już za sobą. I pomimo jakby dodatkowego filmu na skórze, nie jest ona lepka ani tłusta i co ważniejsze nie zapycha się. Polecić mogę każdemu, kto lubi olejowe oczyszczanie twarzy lub zna takie produkty jak olejek do demakijażu Resibo, Emma Hardie Moringa Cleansing Balm czy Clarins Take the Day Off, które działają na identycznej zasadzie.


Żel po wyciśnięciu z butelki ma postać galaretki (jak wyżej), która w kontakcie ze skórą przybiera formę olejku, a po dodaniu wody (zdjęcie poniżej) zamienia się w kremową konsystencję.


Pojmność: 100ml
Termin ważności: 9 miesięcy od otwarcia

Skład:

Too Faced, Natural Matte

czwartek, 19 maja 2016


Na wstępie, po bardzo długiej nieobecności wypadałoby abym wyjaśniła ciszę jaka panowała na moim blogu. Nie, nie chorowałam, ogólnie nic mi nie dolegało, jestem cała i zdrowa. Brak wpisów spowodowany był raczej tymczasowym zanikiem weny. Przyznaję, że nawet w tym momencie nie do końca czuję się gotowa na nazwijmy to ''powrót'', ale gdzieś w środku nadal drzemie we mnie chęć tworzenia własnego miejsca w sieci. I może ktoś się zaśmieje, bo pośród niezliczonej ilości blogów, mój jest tylko takim malutkim, niepozornym, ale zakładając go robiłam to z ciekawości, z zamiarem dzielenia się szczerymi opiniami, nie dla sławy czy zysku. A gdy widzę co się obecnie w blogosferze dzieje, to nie ukrywam jestem tym przerażona. Dla mnie robienie zdjęć i pisanie tekstów jest zabawą, a gdy nie odczuwam przyjemności z tego co robię, efekt końcowy nigdy nie będzie mnie zadowalał. Dlatego wolę raz na jakiś czas zniknąć, niż na siłę zamieszczać niedbałe posty. Być może to nie dla mnie, ponieważ nie czuję identycznego zapału jaki towarzyszył mi jeszcze dwa lata temu, z drugiej strony nie jestem jeszcze gotowa na zupełne odcięcie się od tego, co przez ten czas stworzyłam. Póki co jestem, nadal śledzę ulubione blogi, może częściej jako cichy obserwator, ale nadal. I miło mi, że tutaj także zaglądacie.
Żeby jednak nie przedłużać tego dziwnego wstępu czas obrać kierunek na paletę, na której dzisiaj pragnę się skupić. Będzie to Too Faced Natural Matte, paleta mniej znana aniżeli kultowe już ''czekoladki'', jednak równie ciekawa, szczególnie dla fanek cieni matowych, ponieważ jak można wywnioskować z nazwy, znajdują się tutaj same matowe kolory. Jest ich 9, a umieszczone zostały w trzech poziomych rzędach, gdzie cień bazowy jest dużo większy od pozostałych. Producent podpowiada nam, ze możemy zatem stworzyć makijaż dzienny (DAY), klasyczny ( CLASSIC) lub ekstrawagancki (FASHION), a pomóc w tym ma ulotka na której zamieszczone są trzy propozycje dla każdej z kategorii. Ja natomiast tym papierkiem nie sugeruję się zupełnie i sam dowolnie mieszam ze sobą cienie, tak jak w tego typu wypadkach robi to zapewne większość z nas.



Odchodząc na moment od samych cieni, skupię się na opakowaniu w jakim je dostajemy. Tutaj jest to sprawa indywidualna czy pod względem wizualnym paleta będzie się podobać czy też nie, ja nie do końca potrafię się określić. Natomiast przeszkadza mi trochę, że jest wykonana z blaszki, bo po doświadczeniu z Naked2 wiem, że z czasem lakier będzie się brzydko zadrapywać. W trakcie zamykania i otwierania część z lusterkiem minimalnie się chybocze, co także nie wróży dobrze na przyszłość (ale na szczęście po trzech miesiącach użytkowania jeszcze nic się nie poluzowało). Mnie ogólnie takie opakowanie kojarzy się z puszką i zdecydowanie wolę obudowy plastikowe.



Powracając teraz do cieni. Mamy tutaj 9 stonowanych matów, od jasnych, bazowych do bardziej intensywnych brązów. Jest to mieszanka kolorów ciepłych i neutralnych.
Heaven - to najjaśniejszy z pośród wszystkich kolorów, ma kremowy odcień, który na mojej powiece jest praktycznie niewidoczny. Sprawdza się do zagruntowania korektora, który pelni u mnie rolę bazy oraz pod łuk brwiowy, na powiece jest niestety dosyć kredowy.
Cashmere Bunny - to średni szaro-brązowy kolor z neutralnymi tonami, jest dobrze napigmentowany i bez problemu się rozciera.
Sexspresso - to ciemny, neutralny odcień zgaszonego brązu, jest bardzo intensywny lecz w trakcie rozcierania lubi sprawiać problemy.
Lace Teddy - to bardzo jasny łososiowo-brzoskwiniowy kolor, który podobnie jak Heaven jest na mojej powiece słabo widoczny. Jest przeze mnie najmniej lubiany i chociaż w palecie wygląda ładnie rzadko z niego korzystam. Na powiece jest trochę kredowy.
Strapless - to średni ciepły odcień brązu z ceglastymi podtonami, jeden z moich ulubionych w tej palecie. Sprawnie się rozciera i ma zadowalającą pigmentację.
Risqué - to ciemny przytłumiony śliwkowo-brązowy odcień, który ma dobrą pigmentację ale niestety ciężko się rozciera.
Nudie - ma jasny kawowy kolor, z neutralnymi tonami, idącymi w kierunku ciepłych, idealny do podkreślenia załamania powieki lub jako kolor przejściowy.  Rozciera się bardzo dobrze.
Honey Butter - to średni brzoskwiniowo-pomarańczowy odcień brązu posiadający ciepłe tony.
Chocolate Cookie -  to ciepły odcień średniego, intensywnego, czekoladowego brązu. Pracuje się z nim dosyć łatwo, a intensywność można z powodzeniem budować.

Po ujrzeniu palety Natural Matte po raz pierwszy, byłam bardzo podekscytowana, ponieważ na pierwszy rzut oka posiada ona kolory jakie bardzo lubię i z powodzeniem mogę stosować w różnych kombinacjach makijażowych. Mój zapał zmalał niestety gdy okazało się, że cienie wcale nie są tak idealne jak myślałam. Po pierwsze w kontakcie z pędzlem pylą się bardzo mocno, dlatego koniecznym jest porządne strzepnięcie nadmiaru cienia, bo w innym wypadku wszystko to wyląduje nam po oczami. Można to na szczęście łatwo usunąć, ale kto chciałby dodatkowej roboty, która do przyjemnych nie należy. A co dziwniejsze cienie (poza dwoma wyjątkami) wcale nie są kredowe i suche, a wręcz przeciwnie, mają przyjemną satynową formułę co gryzie się z ich pudrową konsystencją. Większość z nich jest dobrze napigmentowana, ale już w momencie tworzenia makijażu nie każdy cień zachowuje się identycznie. Część z nich sprawia kłopoty w trakcie rozcierania i trzeba poświęcić im więcej czasu, natomiast większość kolorów można budować. Pechowo składa się tak, że trwałość także nie jest mocną stroną tych cieni. Tuż po aplikacji makijaż oczu wygląda nienagannie, czy to przy użyciu kolorów jaśniejszych czy tych bardziej ''mrocznych'' wszystko jest ładnie i cacy. Natomiast po całym dniu cienie nie prezentują się już tak intensywnie, jak nałożone na świeżo. Są takie jakby wypłowiałe. Jednym słowem smuteczek. A szkoda, ponieważ nie jest to zła paleta cieni. Oczywiście znam i mam lepsze, jednak z tymi da się pracować. Ciekawa jestem jak w porównaniu do osławionych ''czekoladek'' mają się cienie z tej palety, ponieważ wciąż mnie one kuszą, ale nie wiem czy warto. Może jakieś sugestie?




 
template design by designer blogs