Strona Główna

Estée Lauder, podkład Perfectionist Youth-Infusing

wtorek, 29 grudnia 2015


Moja przygoda z podkładami Estée Lauder nie należy do najlepszych. Liczyłam, że zdanie zmienię dzięki Perfectionist Youth-Infusing, ponieważ zbiera sporo pochlebnych opinii, a i same obietnice producenta są zachęcające. Na hasła brzmiące - bardziej promienna, pełna blasku skóra zawsze reaguję pozytywnie, a że podkład ma być beztłuszczowy, bezzapachowy, nie wywoływać trądziku i dodatkowo optycznie redukować widoczność linii oraz zmarszczek tym bardziej zachęciło mnie to do zakupu.



Jak zwykle z recenzją zwlekałam bardzo długo, ale było to spowodowane wieloma podejściami do tego podkładu, które za każdym razem nie dawały mi oczekiwanego rezultatu. Jako że należę do osób niezwykle wymagających, musiałam mieć pewność, co do ostatecznego werdyktu. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. Spoglądając na szklaną, elegancko zaprojektowaną buteleczkę, która została wyposażona w dobrze działającą pompkę oczami wyobraźni widziałam jak miło będzie korzystać z nabytego kosmetyku. Również po nadgarstkowych próbach wszystko wyglądał bardzo obiecująco. Czar zaczął niestety pryskać gdy podkład wylądował na twarzy.
To że moja cera jest trudna, podkreślam zawsze i zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie sprawić aby za sprawą makijażu była idealna. Jednak gdy nakładam podkład oczekuję jakiejś zmiany na lepsze, ujednolicenia i zakrycia drobnych niedoskonałości, natomiast gdy widzę, że po zastosowaniu podkładu moja skóra wygląda gorzej niż przed, to coś jest nie tak. A dokładnie takie doświadczenia mam po zastosowaniu podkładu Perfectionist Youth-Infusing.



Mój kolor to 2W2 Rattan (dostępny w UK w 21 odcieniach, w PL 6-ciu), jest średnim beżowym żółtkiem pochodzącym z gamy odcieni ciepłych (W-Warm). Ma niestety tendencję do utleniania, dlatego po kilku godzinach ciemnieje o jakiś 1 ton i robi się lekko pomarańczowy. Zjawisko dobrze mi znane jeśli chodzi o styczność z podkładami EL. Bardzo tego nie lubię, ponieważ szczególnie w chłodniejszych miesiącach wygląda to u mnie brzydko i sztucznie. Zmuszona jestem w tego typu sytuacjach kombinować z pudrami aby odpowiednio wyważyć kolor i w miarę wyglądać ''wyjściowo''.


Podkład posiada na tyle gęstą konsystencję, że nie spływa ze skóry ale nie należy też do kategorii tych zbitych i ciężkich. Sprawia wrażenie stosunkowo lekkiego, kremowego, natomiast ja go wyczuwam. Nie jest jakoś silnie obciążający choć nie da się ukryć, że komfort w trakcie noszenia makijażu do najprzyjemniejszych nie należy. Ja na przykład mam zawsze wrażenie, że jest go za dużo, albo coś dziwnego dzieje się z kosmetykami jakie nałożyłam na twarz. Specyficzny jest także zapach. Wyrazista woń migdałów i jakby drożdży nie każdemu może przypaść do gustu, mnie bardzo przypomina zapach podkładu MAC Studio Sculp, który też trochę podobnie zachowuje się na buzi. Najwięcej problemów za każdym razem sprawia mi aplikacja. Bez względu czy wykorzystam do niej pędzel, gąbeczkę czy palce, efekt i tak zawsze jest identyczny. Podkład wprawdzie rozprowadza się względnie łatwo, ale niestety nie przekłada się to na efekt końcowy. W trakcie aplikacji lubią pojawiać się smugi, które jeśli nawet uda się rozetrzeć, nie są tak straszne jak fakt podkreślania wszelkich porów w miejscach nawet mi niewiadomych. Każda sucha skórka jest uwydatniona, okolice nosa wyglądają fatalnie, a czoło wygląda jak u staruszki. Suchość skóry i efekt pudrowości to nie jest coś, co marzy mi się od podkładu. Wiem, że wszystko brzmi strasznie lecz tak ten kosmetyk działa na moją skórę. Cera jest postarzona o kilka lat, wygląda na zmęczoną, brak w tym przypadku jakiegokolwiek ujednolicenia, a podkreślenie każdego jednego pora jaki mam na twarzy nie jest czymś co pragnę uzyskać. Nie widzę tutaj również rozświetlania oraz nawilżania o jakim wspomina producent, wprawdzie efekt końcowy nie jest matowy, bowiem skóra ma lekko satynowe wykończenie, ale zamiast być rozpromieniona wygląda nieciekawie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Osobom poszukującym  silnego krycia odradzam, co najwyżej można wypracować tutaj krycie lekko średnie, ale nic więcej. O dokładaniu kolejnych warstw ja na przykład mogę zapomnieć, ponieważ wtedy jest tylko gorzej i bardziej przygnębiająco. Podkład wymaga zdecydowanego przypudrowania, w przeciwnym razie będzie się nierównomiernie ścierał. Ale co najdziwniejsze, zdarza się, że po użyciu pudru ostatecznie wygląda trochę lepiej niż solo. Niestety na twarzy jest nadal bardzo widoczny, czego darować mu nie mogę. Trwa na skórze poniżej przeciętnej normy, zwykle już po 4 godzinach waży się lub ściera tworząc dziwne placki. Na nieszczęście lubi mnie zapychać, ponieważ po jego użyciu wyskakują mi pryszcze:(
Bardzo liczyłam, że podkład Perfectionist Youth-Infusing będzie fajnym produktem na codzienne, zwykłe wyjścia, ale niestety gorzko się rozczarowałam. Z tak fatalnym podkładem nie spotkałam się już dawno i nawet nielubiany przeze mnie Designer Lift GA nie był aż tak kiepski. Ośmielę się nawet stwierdzić,że podkład EL jest moim największym rozczarowaniem kosmetycznym tego roku i jednym z najgorszych podkładów jakie używałam.

 Cena: 38£/45$/224zł
Pojemność: 30ml
Termin ważności: 24 miesiące od otwarcia

 Skład:

Urban Decay, Chill Makeup Setting Spray


Mgiełki utrwalające makijaż traktuję jako dodatkowy akcent, głównie w sytuacjach kiedy chciałabym aby makeup wytrzymał na swoim miejscu nieco dłużej niż zazwyczaj. Nie mam w tej kategorii jednego, wyjątkowego ulubieńca, ale po pomyślnym doświadczeniu ze sprayem All Nighter Urban Decay (pisałam o nim w tym poście), kwestią czasu było tylko wypróbowanie wersji Chill. Byłam bardzo ciekawa czy ta, podobnie jak oryginał będzie kompatybilna z moją skórą, ponieważ jej zadaniem jest dodatkowe chłodzenie oraz nawilżanie. A jako, że jesień i zima to okres kiedy cerę mam częściej odwodnioną aniżeli w pozostały porach roku, opcja nawilżania jest jak najbardziej wskazana.



Korzystanie z mgiełki Chill wygląda identycznie jak w przypadku wersji, którą posiadałam poprzednio. Gdyby jednak istniały jakieś wątpliwości przypomnę, że według zaleceń producenta spryskuję się nią twarz po wykonaniu makijażu z odległości 15-20cm, kreśląc 2-4 razy znak ''X'' albo ''T'', a wszystko to po uprzednim wstrząśnięciu butelką. Jednak tak naprawdę jeśli robię to po swojemu i na przykład wykonuję dowolne zygzaki i wężyki, to absolutnie działanie produktu nie jest gorsze czy słabsze. Sam proces, w którego trakcie spray osiada na skórze, uważam za bardzo przyjemny ale nie zauważyłam szczególnej różnicy pod względem właściwości chłodzących. Owszem przez moment czuje się jakby świeża morska bryza zraszała twarz, jednak identycznie doznania miałam w trakcie używania All Nighter. Zauważyłam także pewien minus podczas aplikacji, ma to związek z dozownikiem, który w trakcie rozpylania czasami wypuszcza jednocześnie kilka większych kropel, a te niestety nie są przyjemnym odczuciem gdy osiadają na skórze. Nie zdarza się to często, nie mniej jednak przy oryginalnej wersji nigdy nie miałam takiego problemu. Być może trafił mi się jakiś wadliwy dozownik, natomiast najważniejsze, że kropelki te po wyschnięciu nie są na skórze widoczne, to znaczy nie tworzą dziwnych plam ani tym podobnych zjawisk.
Mgiełka po zastosowaniu wchłania się w trakcie kilku sekund, ładnie zespalając wszystkie warstwy makijażu. Efekt pudrowości w mgnieniu oka zostaje zniwelowany, ale mam wrażenie, że przy cerze tłustej wersja Chill mogłaby okazać się zbyt bogata w substancje nawilżające. Mnie to nie przeszkadza, bowiem posiadam cerę suchą i  wszelkie produkty mające na celu dodatkową opcję nawilżającą są jak najbardziej wskazane. Z drugiej strony w moim odczuciu Chill nie różni się od All Nighter aż tak bardzo jak sądziłam. Czasami mam nawet wrażenie, że jest gorsza pod względem utrzymywania makijażu przy życiu, bo zamiast mi go przedłużać, świecę się znacznie częściej co wpływa na rozwarstwianie się podkładu. Nie jest to zjawiskiem powszednim, ale nie ukrywam, że od czasu do czasu taki stan rzeczy zachodzi. Plus przyznaję za wydajność, subtelny, prawie niewyczuwalny zapach, a najważniejsze - brak zapychania i uczulania, bo o te dwie rzeczy u mnie nietrudno. Ogólnie mgiełka nie jest produktem złym, ponieważ swoje zadanie spełnia bardzo dobrze, jednak gdybym miała polecić wersję Chill, a All Nighter, to ta druga wydaje się jakby lepsza.

Cena: 21£/30$/115zł
Pojemność: 118ml
Termin ważności: 6 miesięcy od otwarcia

Skład:

 
template design by designer blogs