Strona Główna

NARS, Pressed Powder, Eden

środa, 21 października 2015


NARS Pressed Powder jest trzykrotnie zmielonym prasowańcem o jedwabistej teksturze, który ma zapewniać delikatne naturalne krycie. Przeznaczony do utrwalania makijażu ma zmiękczać kolor i wygładzać powierzchnię skóry nadając w zarysie promiennego wyglądu. Miękka niewyczuwalna konsystencja pudru ma łatwo rozprowadzać się po twarzy utrzymując zdrowo wyglądającą skórę w ryzach, ponadto jest niesamowicie miałka w związku z czym ma nie nawarstwiać się. Puder ma wyrównywać koloryt cery, a także wchłaniać nadmiaru sebum co wiąże się z przedłużeniem trwałości makijażu. Idealny także do dyskretnych poprawek w ciągu dnia.



Puder dostępny jest w 7 odcieniach. Ja wczesną wiosną zdecydowałam się na Eden, który według opisu przeznaczony jest dla średniej karnacji z głębokimi żółtymi podtonami. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tym pudrem, dlatego do końca nie byłam pewna jaki będzie rzeczywisty kolor, ponieważ zamawiałam przez internet. Na żywo okazał się niestety dużo jaśniejszy niż oczekiwałam i pomimo ciepłych tonów, według mnie bardziej nadaje się dla jasnej i jasnośredniej karnacji NC20-25, niż średniej jak brzmi opis. Zakładam, że odcień Beach byłby bardziej odpowiedni, ponieważ jest nieco ciemniejszy. Z racji tego że kolor dobrałam źle, puder posłużył mi głównie wiosną gdy moja skóra była po zimie nadal blada, Chociaż i tak ten odcień nie do końca mi pasował. Wykorzystywałam go również latem w połączeniu z za ciemnym podkładem, który to Narsowy puder delikatnie rozjaśniał. Także pomimo nietrafienia z kolorem i tak potrafię radzić sobie z jego użytkowaniem. Liczę, że tej zimy zużyję go do końca.


Dołączoną do kompaktu gąbeczkę wyrzuciłam, ponieważ źle mi się z niej korzystało, a poza tym nie miała ona osobnej przegródki, więc nie widziałam sensu w trzymaniu jej. W środku umieszczona jest co prawda dodatkowa osłonka, która odseparowuje przed bezpośrednim kontaktem z produktem, jednak ja poprawki i tak wykonuję zawsze pędzlem który zabieram ze sobą do torebki, więc dla mnie taka gąbka jest zbędna. Samo opakowanie bardzo mi się podoba i chociaż jest to typowe gumowo-matowe tworzywo z jakiego wykonane są produkty NARS, ma w sobie coś co mnie urzeka. Jest czarne, proste, solidnie wykonane, z lusterkiem. Mam świadomość, że brudzi się łatwo i łapie wszelkie odciski, jednak wilgotną ściereczką można zabrudzeń pozbyć się raz dwa.



Prasowańca tego kupiłam z ciekawości, ponieważ bardziej interesuje mnie puder All Day Luminous, ale kolor który chciałam, był wtedy wykupiony, więc wyszło inaczej. Z rozbieżnych opinii na jego temat nie do końca wiedziałam czego spodziewać się, bo przez jednych uznawany był za zwykły bubel, a z drugiej strony liczne grono zaliczało go do swoich ulubieńców. Ja po czasie mogę umieścić swoje odczucia gdzieś pośrodku. 
Zacznę od oceny konsystencji. Puder rzeczywiście ma miękką i przyjemnie jedwabistą formułę, ale jednocześnie jest suchy. Odrobinę pyli podczas kontaktu z pędzlem, ale do włosia przylega aż za dobrze i z tego powodu konieczne jest otrzepanie nadmiaru znajdującego się na pędzlu produktu. 
Nie nadaje się do utrwalania podkładów mocno nawilżających, ponieważ zaaplikowany na bardziej mokrą skórę, wchłania się w nią tworząc brzydkie plamy, które ciężko porozcierać. Z kolei na podkładach posiadających wykończenie bardziej matowe staje się widoczny, bowiem lubi osiadać na włoskach, a że jest zdecydowanie pudrowy to na twarzy poniekąd robi maskę. Najlepiej współpracuje z podkładami o wykończeniu satynowym, ładnie stapia się wtedy nadając jednolity efekt.
Stopień krycia jaki zapewnia ten puder określiłabym jako lekki w kierunku średniego. Nie polecam nakładania zbyt wielu warstw, ponieważ czuć wówczas ściągnięcie i przesuszenie skóry. Użyty rozmyślnie będzie wyglądał naturalnie, utrzyma makijaż w ryzach przez jakiś czas, ale po kilku godzinach wymagane będą drobne poprawki, gdyż nie jest to puder silnie matujący. Ze względu na suchawą konsystencję zdarza się, że podkreśla suche skórki i drobne zmarszczki, czasami lubi wchodzić również w pory. Na zdjęciach z fleszem twarz często jest jaśniejsza od reszty ciała, dlatego nie polecam go przy ważniejszych wyjściach, chyba że komuś  taki efekt nie przeszkadza. 
Według mnie z tego pudru bardziej zadowolone powinny być osoby z cerą tłustą i mieszaną. Na mojej suchej sprawdza się średnio, ale nie uważam, że jest fatalny i należy mu się miano bubla. Wypracowałam odpowiednią metodę aplikacji i wiem w połączeniu z którymi produktami wygląda całkiem dobrze, jednak właścicielkom cer suchych odradzam.


Cena: 25£/36$
Pojemność: 8g
Ważność: 2 lata od otwarcia

Skład:

MAC, Eyeshadows/ Cienie do powiek cz.3

wtorek, 20 października 2015


Dzisiaj już ostatnia część z mojej sagi o posiadanych cieniach MAC. Jeśli ktoś zainteresowany jest dwoma poprzednimi wpisami to zapraszam do zerknięcia tu część I oraz tu część II. Na koniec pozostały mi dwa dolne rzędy z większej palety i żeby nie przeciągać przechodzę do krótkich opisów każdego koloru z osobna.

Coquette (Satin) - typowy odcień taupe, czyli szarobrązowy kolor, w chłodnej tonacji, z matowym wykończeniem. Ma delikatną, odrobinę suchawą konsystencję i na pierwszy rzut oka wydaje się być jasny, ale naniesiony na powiekę staje się dużo bardziej wyraźny. Rozciera się z łatwością, może być również stosowany do wypełniania brwi.


Cork  (Satin) - przytłumiony, średni brąz o matowym wykończeniu z ciepłymi tonami. Nie jest tak suchy jak Coquette, ma bardziej satynową formułę, doskonale sprawdza się jako kolor przejściowy oraz do zaznaczania załamania. Świetnie wygląda zarówno w makijażach dziennych jak i tych mocniejszych. Ma dobrą pigmentację, rozciera się bez problemów, nie osypuje.


Soba (Satin) - średni złoty brąz, posiadający złote mikrodrobinki, posiada bardzo ciepłe tony. Ma bardzo miękką formułę i w trakcie nabierania na pędzel lubi pylić, dlatego zużycie jest aż tak duże. Niemniej jednak ma świetne nasycenie koloru i dobrze rozciera się na powiece. Soba posiada aksamitną konsystencję i półmatowe wykończenie, złote drobinki na powiece są prawie niewidoczne. Jest to jeden z moich ulubionych kolorów, stosuję go zarówno solo, jak i w połączeniu z różnymi odcieniami.


Shale (Satin) - średniociemny odcień mauve. To przydymiony śliwkowy kolor, posiadający tony chłodne. Ma subtelny połysk, ale wykończenie jest zdecydowanie satynowe. Shale to cień o zbitej ale aksamitnej formule i dobrej pigmentacji.


Satin Taupe (Frost) - to ciemna szarość ze srebrnym blaskiem, przez którą przebija się odcień śliwki. Ma perłowometaliczne wykończenie, świetną pigmentację, kolor po roztarciu nadal jest intensywny, bardzo łatwy we współpracy. Satin Taupe cieszył się kiedyś sporym zainteresowaniem i wiele osób posiada go w swoich paletach, ja mam mieszane odczucia względem tego koloru. Jego wyjątkowością jest to, że na różnych odcieniach skóry potrafi wyglądać trochę inaczej.


Nocturnelle (Frost) - to średniociemny purpurowy z różowymi podtonami. Ma aksamitne wykończenie, ale na powiece wygląda na półmat. Jest nasyconym kolorem lecz bez bazy może na powiece wyglądać na nierównolity, źle roztarty. Nałożony na bazę, lub inny cień rozciera się dużo łatwiej. Posiada zbitą, odrobinę tępawą formułę.



Omega (Matte) - to delikatny przytłumiony beż z szarością, taki rodzaj średniego taupe. Jego konsystencja jest miękka i bezproblemowa we współpracy. Świetny do załamania powieki i rozcierania kolorów. Omega rewelacyjnie sprawdza się również przy wypełnianiu brwi u blondynek.


Patina (Frost) - to brąz zmieszany z szarym odcieniem, który niesamowicie połyskuje na złoto. Bardzo wyjątkowy kolor, wyróżniający się na tle pozostałych cieni jakie posiadam, mój zdecydowany ulubieniec. Nawet nałożony solo tworzy przepiękny makijaż, dlatego w pośpiechu lub braku pomysłu na oko, często korzystam z tej opcji. Ma dość zbitą konsystencję, więc najwygodniej aplikuje mi się go zbitym pędzelkiem.


Woodwinked (Veluxe Pearl) - wspaniałe ciepłe antyczne złoto, połączenie średniego brązu z połyskującym złotem, ma metaliczne wykończenie. Woodwinked posiada cudownie masełkową konsystencję, jest rewelacyjnie nasycony i niesprawiający kłopotów w trakcie aplikacji.


Mulch (Velvet) - średniociemny brąz z miedzianymi podtonami i złotobrązowym blaskiem, ma ciepłe tony i satynowe połyskujące wykończenie. Bardzo dobrze przylega do pędzla, w trakcie rozcierania prawie nie traci na intensywności, posiada zbitą formułę ale jest łatwy we współpracy.


Twinks (Veluxe Pearl) - to interesujące połączenie głębokiej śliwki ze złotym brązem . Odcień posiadający subtelną perłę, mający ciepłe tony. Twinks jest pięknym kolorem, ale ma bardzo zbitą konsystencję i w trackie aplikacji potrafi być kłopotliwy. Trzeba go nawarstwiać, ponieważ nałożony w zbyt dużej ilości może się osypywać. Pomimo tego utrudnienia bardzo ładnie wygląda na powiekach.


Sketch (Velvet) - burgundowy odcień zmieszany z dojrzałą śliwką, zawierający połyskujące mikrodrobinki, których na powiekach nie widać. Ma matowe wykończenie. Jego konsystencja jest bardzo twarda i sucha, wymaga bazy lub cienia przejściowego inaczej w trakcie rozcierania będzie niejednolity.



I na koniec cała paleta raz jeszcze.

MAC Eyeshadows/ Cienie do powiek cz.2



W mojej głównej palecie cieni MAC mieści się 24 sztuk. Jest to kasetka, do której można dokupić wkład na 15 cieni do powiek, ale ja z tej opcji zrezygnowałam, ponieważ wolałam mieć w jednym miejscu więcej cieni. Zważywszy na ich ilość zdecydowałam się posta podzielić na dwie osobne części, dlatego też umieściłam tutaj swatche z dwóch górnych rzędów, a reszta będzie w ostatniej - trzeciej. Natomiast jeśli ktoś ominął pierwszą paletę zapraszam tutaj klik klik.
Kolory jakie posiadam do szalonych nie należą, przeważają u mnie odcienie beży,brązów, złota i fioletów. W takich czuję się najlepiej i z powodzeniem mogę wykorzystywać je do codziennych makijaży jak również tych wieczorowych. Stawiam głównie na ciepłe odcienie bowiem takie zdecydowanie bardziej pasują do mojej karnacji , aczkolwiek kilka sztuk mających zimne tony też się pojawia. Żeby więcej nie przedłużać zapraszam do dokładniejszego zapoznania się z kolorami ;)


Shroom (Satin) - odcień w neutralnych tonach jasnego, kremowego beżu idealny jako rozświetlacz wewnętrznego kącika lub pod łuk brwiowy. Jest bardzo dobrze napigmentowany, nie osypuje się z pędzelka, na powiece subtelnie połyskuje.


Grain (Satin) - to mający ciepłe tony, bardzo jasny morelowobeżowy odcień. Używam go w wewnętrznym kąciku lub jako akcent na ruchomej powiece, przy bardzo jasnych cerach ładnie wygląda nałożony na całą powiekę. Grain jest poniekąd jaśniejszą wersją odcienia Arena.


Naked Lunch (Frost) - blady połyskujący odcień zmrożonego różu, który stosuję podobnie jak Grain. Jest zbity, ale bardzo dobrze napigmentowany, Ma bardzo ładne, metaliczne wykończenie.


All That Glitters (Veluxe Pearl) - średni ciepły beż z domieszką brudnego różu. To odcień silnie połyskujący, bardzo ładnie wygląda nałożony na całą ruchomą powiekę (opcja na dzień) lub jako akcent na środku powieki przy brązowym smoky eye. Dobrze przylega do pędzla, ma masełkową konsystencję i dobrą pigmentację.


Expensive Pink (Veluve Pearl) - jeden z moich ulubionych kolorów w okresie wiosenno-letnim, sięgam po niego wtedy nieustannie. To prześliczny róż przechodzący w złoto rodzaj cienia duochrome, jest kolorem mającym tony ciepłe. Posiada bardzo dobrą pigmentację, ma satynową formułę, łatwo się rozciera. Kolor na powiece jest intensywny, ładnie podbija tęczówkę.


Antiqued (Veluxe Pearl) - to średni, miedziany ciepły brąz, który ma bardzo aksamitną konsystencję. Świetnie przylega do pędzelka, łatwo się rozciera i ma cudowną pigmentację. Zaaplikowany w zewnętrznym kąciku tworzy ładny dzienny efekt, a na całej powiece w duecie z ciemniejszym kolorem stwarza bardziej dramatyczny, wieczorowy look.



Ricepaper (Frost) - idealny jako rozświetlacz wewnętrznego kącika dla średniej karnacji. To jasny połyskujący beż z mocnymi żółtymi tonami. Ma przyjemna konsystencję i dobrą pigmentację.


Arena (Satin) - delikatny brzoskwiniowy kolor mający tony ciepłe. Jest ciemniejszą wersją odcienia Grain. Lubię wykorzystywać go do szybkich, dziennych makijaży, ładnie wygląda nałożony na 2/3 ruchomej powieki. Arena ma przeciętną pigmentację, ale kolor szybko można wzmocnić, najlepiej aplikuje się sztywnym, zbitym pędzelkiem.


Amber Lights (Frost) - piękny, intensywny miedzianozłoty odcień, mający bardzo ciepłe tony. Ma cudowne metaliczne wykończenie i znakomitą pigmentację. Jego konsystencja jest niemalże masełkowatą i z łatwością rozprowadza się po powiece.


Sable (Frost) - połączenie średniego odcienia śliwki z brązem, z wyraźnym blaskiem. Wybija ciepłe tony, ale czasami w zależności od rodzaju oświetlenia mam wrażenie, że ma podtony chłodne. Cień ma mocną pigmentację, bardzo przyjemną konsystencję, dobrze rozciera się na powiece.


Trax (Velvet) - kolor który jest niestety ogromnym rozczarowaniem, pięknie wyglądający w opakowaniu, fiołkowo wrzosowy odcień ze złotymi drobinkami, za nic nie wygląda tak na powiece. Ma mizerną pigmentację i jest twardy jak kamień. Próby budowania go na powiece zawsze kończą się osypywaniem drobinek na policzki.


Cranberry (Frost) - jest bardzo ciekawym kolorem, to połączenie czerwieni ze śliwką i różem z ciepłymi tonami. Odcień, który rewelacyjnie podbija moją zieloną tęczówkę, ale trzeba z nim uważać bo nietrudno o efekt ''chorego spojrzena''. Udany look tkwi w odpowiednim połączeniu z innymi kolorami. Cranberry ma silnie połyskujące wykończenie, jest świetnie napigmentowany, posiada aksamitną konsystencję.


Seche Vite, Fast Dry Top Coat /Utwardzacz do lakieru

czwartek, 15 października 2015


O top coat'cie Seche Vite zostało powiedziane już raczej wszystko. Jest to chyba najpopularniejszy utwardzacz do lakierów o jakim słyszałam. Ja z tego typu pomocy w malowaniu paznokci zaczęłam korzystać stosunkowo późno, bo od zeszłego roku, ale lepiej późno niż wcale. Sama świadomość, że oczekiwanie na wyschnięcie pomalowanych paznokci, nie musi być zabierającym czas procesem, jest ulgą dla każdej kobiety. Seche Vite jest na razie drugim top coat'em jaki używam, pierwszym był Essie Good to Go. Nie mam więc w tym temacie sporego rozeznania, ale myślę, że przygodę z utwardzaczami zaczęłam od dwóch niezawodnych produktów, które należą do czołówki najlepszych jakie są mi znane.


Seche Vite jest bardzo dobrym utwardzaczem, za jego sprawą lakier wysycha w błyskawicznym tempie i już po kilku minutach można podziwiać piękny efekt końcowy. Płytka paznokcia jest dodatkowo nabłyszczona, ma jakby żelowe wykończenie. Zaletą jest również przedłużanie żywotności lakieru, nic nie ściera się z końcówek paznokci, więc do kolejnego ich malowania nie muszę martwić się o nieestetyczny wygląd dłoni. Bo tak naprawdę gdy używam Seche Vite manicure robię co 5 dni albo raz na tydzień, gdy zaczyna widoczny być odrost paznokcia i skórek. Chyba, że dany kolor lakieru mi się nudzi to odbywa się to częściej. Nie mniej lakier w duecie z Seche Vite jest nie do zdarcia.
Przyznam się, że największe obawy miałam przed możliwością obkurczania lakieru, ponieważ wiele jest opinii na ten temat, ale ani razu takie zajście nie miało miejsca. Nie wiem czym jest to spowodowane u innych, ja zawsze nakładam lakier bazowy, potem kolor i top coat. Kłopotów z bąbelkami też nigdy nie mam, bo i z takimi zarzutami spotykałam się czytając recenzje, ale zdarzyło się, że na starym lakierze wszystko schodziło mi płatami, więc wyeliminowałam problem i pozbyłam się nieświeżych egzemplarzy ;)
Aplikacja jest specyficzna, ponieważ Seche Vite jest bardzo gęsty i trzeba rozprowadzać go na płytce dosyć sprawnie, w przeciwnym wypadku ze względu na zawrotne tempo wysychania zostawi widoczne niedociągnięcia. Ma wąski pędzelek, (jeśli o mnie chodzi to wolę szersze), który jest odrobinę sztywny, ale szybko do niego przywykłam, na pokrycie paznokcia potrzebuję minimum trzy pociągnięcia.


Seche Vite ma według mnie dwa minusy. Pierwszym jest paskudny zapach, mnie za każdym razem kojarzący się z klejem butapren. Wiem, że lakiery do pachnących nie należą, jednak ten top coat jest wyjątkowo mocnym śmierdziuchem. Essie Good to Go aż taki cuchnący nie był. Drugim minusem jest problem z gęstością w buteleczce. Zauważyłam, że po 4 miesiącach z lakieru potrafią ciągnąć się suche nitki, dlatego zastanawia mnie czy zużyję produkt do końca zanim zgęstnieje za bardzo. Dla porównania Good to Go pod sam koniec zrobił się okropnie glutowaty i nie nadawał się do użytku ale tutaj mam jeszcze pół buteleczki, więc z żywotnością może być gorzej.
Jeśli miałabym wybrać pomiędzy top coat'em Seche Vite a Essie GtG to sama nie wiem, który lubię bardziej. Dzięki obydwu lakier schnie bardzo szybko, jego żywotność jest przedłużona o 2-3dni, oba dają również ładne błyszczące wykończenie. Lepiej jednak aplikowało mi się top coat Essie bo nie był aż tak gęsty, ale po wypracowaniu swojej metody nauczyłam się doceniać Seche Vite.

A jak jest u Was? Używacie Seche Vite czy może jakiś zupełnie inny top coat jest waszym ulubieńcem?


Pojemność: 14ml
Cena: 9£
Data ważności: 36 miesięcy od otwarcia

Skład:

Laura Mercier, Smooth Focus Pressed Setting Powder - Shine Control

wtorek, 13 października 2015


Produktów rozświetlających na moim blogu jest wiele, czy to podkłady, pudry, bazy, większość przeze mnie używanych ma właściwości rozpromieniające cerę. Nie oznacza jednak, że nie korzystam z kosmetyków mających na celu skórę zmatowić. Oczywiście ze względu na moją suchą cerę nie potrzebuję takowych używać  codziennie, jednak są sytuacje kiedy produkt matujący bardzo się przydaje. Zwykle są to akcje typu poprawki w ciągu dnia lub konieczność zagruntowania bardziej ''mokrego'' podkładu. Najczęściej stawiam wtedy na produkty w kamieniu, ponieważ sypkie są dla mnie niewygodne w użyciu. Smooth Focus Pressed Setting Powder Shine Control firmy Laura Mercier to właśnie kosmetyk, który jest obecnie jedynym pudrem matującym w kamieniu jaki posiadam. Jego zadaniem jest absorbowanie nadmiaru sebum, redukowanie nieporządanego świecenia się skóry i zapewnianie matowego wykończenia. Idealny do dyskretnego poprawiania makijażu w ciągu dnia, ma przedłużać jego trwałość, zapewniając naturalne wykończenie bez podkreślania porów i zmarszczek. Producent poleca go dla wszystkich rodzajów i tonacji skóry. Dodatkowo został przetestowany dermatologicznie oraz pod kątem alergii, jest również beztłuszczowy.



Puder Smooth Focus Shine Control występuje tylko w jednym odcieniu - Translucent, co oznacza że jest transparentny, czyli na twarzy ma być niewidoczny. Kompaktowe opakowanie z lusterkiem i gąbeczką na pierwszy rzut oka skrywa biały produkt, który na skórze powinien być całkowicie przezroczysty. Tak zresztą wskazuje sama nazwa. Ja jednak zaobserwowałam, że potrafi nieznacznie twarz bielić, nie jest to całe szczęście efekt ducha, aczkolwiek niektóre podkłady stają się za jego sprawą minimalnie jaśniejsze. Zatrzymując się jeszcze chwilę przy opakowaniu, jak dla mnie jest ono lekko rozczarowujące. Kompakt z zewnątrz prezentuje się w miarę przyzwoicie i choć po otwarciu ujawnia dodatkowo kwadratowe lusterko to samo wnętrze jakoś mnie nie przekonuje. Naturalnie jest to kwestią gustu, ja zresztą przymykam na to oko, ponieważ to sam produkt jest dla mnie ważniejszy aniżeli cała otoczka.



Puder Smooth Focus nie posiada żadnego koloru, jest to produkt transparentny,chociaż jak wcześniej wspomniałam potrafi twarz delikatnie bielić. Zakładam, że na bardzo jasnej karnacji tego problemu raczej nie uświadczy się, ale im jest ona ciemniejsza tym większe ku temu prawdopodobieństwo. Puder ma miękką fakturę i bardzo łatwo przybiera do pędzla, Wydaje się być lekkim produktem, w trakcie aplikacji nie pyli, ale trzeba uważać z ilością jaką naniesie się na twarz ponieważ nietrudno o przedawkowanie i zamiast ładnego matu, można osiągnąć efekt twarzy obsypanej mąką. Wiąże się to z jego suchawą konsystencją i pomimo iż jest drobno zmielony lubi  ''ciężko'' osiadać na skórze. Nie jest wyczuwalny na twarzy, nie towarzyszy mu uczucie ściągnięcia, a moja cera to typ suchy, więc wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście jest do wszystkich ich rodzajów. Ja aplikuję go pędzlem do pudru z EcoTools, który odpowiada mi na tyle, że nawet nie specjalnie zawracałam sobie głowę żeby sprawdzić jak radzą sobie inne. Załączona gąbeczka jest dobrym rozwiązaniem przy poprawkach poza domem, ja niestety swoją gdzieś zawieruszyłam i nie miałam okazji porządnie jej poużywać. Puder czasami nieznacznie osiada na włoskach przez co z bardzo bliska wydaje się widoczny, ale po spryskaniu twarzy mgiełką utrwalającą makijaż, efekt ten zanika.
Smooth Focus Pressed Setting Powder na mojej suchej cerze bardzo dobrze trzyma mat przez wiele godzin. Jeśli używam bardziej wymagającego podkładu, to zwykle konieczna jest dodatkowo jedna poprawka w ciągu dnia, aby makijaż nadal trwał na swoim miejscu. Przy cerach tłustych takich korekt prawdopodobnie może być więcej, wszystko w zależności od intensywności wydzielanego przez cerę sebum. Puder zdecydowanie redukuje nadmierne świecenie się cery, dlatego też idealnie nadaje się na większe wyjścia. Ja kupiłam go po wykończeniu pudru Light Reflecting z NARS, który rewelacyjnie spisywał się do utrwalania makijażu i pięknie wygładzał moją cerę. Produkt z Laura Mercier jest niewątpliwie dobrym pudrem matującym, który ładnie gruntuje makijaż, ale na twarzy pozostawia raczej lekko płaski mat i nie daje mi podobnego rezultatu co puder z NARS. Cery tłuste oraz mieszane powinny się z nim polubić po pierwszym użyciu. Ja korzystam z tego pudru jedynie w celu poprawienia makijażu.
Jest to kosmetyk wart uwagi, szczególnie dla osób borykających się z nadmiernym świeceniem cery, jak i tych co poszukują dobrego utrwalającego pudru, ponieważ nieźle przedłuża jego trwałość.



Cena: 194zł/35$/25£
Pojemność: 8.10g
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia

 Skład:
 
template design by designer blogs