Strona Główna

MAC, Lipsticks, Fabby /Sandy B

czwartek, 24 września 2015


Pora na kolejną prezentację MACowych szminek które przygarnęłam za sprawą akcji Back2Mac.
W tym poście będzie o dwóch egzemplarzach posiadających wykończenie Frost. Wyróżniają się na ustach efektem zmrożonego połysku, któremu towarzyszy metaliczny blask. Do tej pory posiadałam tylko jedną pomadkę mającą to wykończenie, słynną Angel- niegdyś ulubiony odcień Kim K. Przyznam, że nie specjalnie ciągnęło mnie w kierunku Frost'ów, ze względu na ich charakterystyczny foliowy połysk, jestem fanką zdecydowanie bardziej kremowego wykończenia, ale na tyle zafascynowały mnie szczególnie dwa odcienie, że postanowiłam się skusić i nie żałuję. Mowa tu o Sandy B oraz Fabby.


Producent opisał kolory następująco: Sandy B jest jasnym muszelkowym różem natomiast Fabby to fiołkoworóżowy ze złotą perłą. Ogólnie te dwie szminki ujęły mnie tym, że wyglądają całkowicie odmiennie od wszystkich jakie do tej pory używałam. Ich kolory są pięknym połączeniem dwóch barw ze wspaniałym złotym blaskiem, który nie jest jakimś chamskim brokatem. I tak jak wspomniałam Fabby to kolor mauve przechodzący z fioletu w róż, mieniący się na złoto. Przy bardziej opalonej cerze robi się trochę blady, ale wystarczy jako bazy użyć czegoś ciemniejszego, co kolor podbije. Z kolei w Sandy B oprócz muszelkowego różu dostrzegam momentami połączenie koloru morelowego z brzoskwiniowym. Tak również jawi się na moich ustach. To odcień bardzo ciepły, subtelny, kojarzący się ze słońcem oraz plażą. Obydwa odcienie są trochę jakby duochromami i przez metaliczny połysk świetnie wpisywały się w wakacyjny klimat. Zdaję sobie sprawę, że może nie są one wyjątkowo atrakcyjne na okres jesienny, ale gdyby ktoś był zainetesowany to ten wpis bedzie jak znalazł.


Zarówno Fabby jak i Sandy B są wyjątkowo trwałe i świetnie trzymają się na moich ustach. Bez jakichkolwiek poprawek wytrzymują wyjątkowo długo, oczywiście jeśli nic przez ten czas nie zjadam. Dla mnie jest to dobrym wynikiem ponieważ wykończenia takie jak Lustre czy Creamsheen znikają mi z ust znacznie szybciej. Obydwie szminki są jak najbardziej kremowe ale gdy decyduję się na Sandy B to po czasie lubi się ona brylować i można minimalnie wyczuć obecną w niej perłę . Nie jest to niczym niekomfortowym, ponieważ rozprowadza się na ustach bardzo przyjemnie, Fabby zresztą także. Obydwie lubią minimalnie wchodzić w załamania ust, chyba, że ktoś ma piękne pełne wargi to raczej tego nie uświadczy.






Kolory na ustach ponownie zostały przekłamane przez mój aparat, szczególnie Fabby, który na zdjęciach jest bardzo chłodny i blady. W rzeczywistości ma w sobie dużo więcej fioletu i bardziej mieni się na złoto. O wiele lepiej prawdziwość oddają swatche na nadgarstku, tak właśnie pomadki wyglądają na moich ustach w realu ;)

Sandy B


Fabby

Urban Decay, b6 Vitamin-Infused Complexion Prep Spray

środa, 23 września 2015


Mgiełka w sprayu B6 Vitamin-Infused Complexion od Urban Decay nie jest produktem niezbędnym w moim makijażu, pełni raczej rolę dodatku i to bardzo przyjemnego dodatku, o którym postanowiłam napisać kilka słów. Do podstawowych zadań tego produktu należą hamowanie wydzielającego się sebum, minimalizowanie widocznych porów oraz redukowanie zaczerwień. Producent zapewnia również, że mgiełka skórę dodatkowo nawilża, zmiękcza oraz dostarcza jej zasoby witamin i antyoksydantów. Główną rolę odgrywa tutaj oczywiście witamina B6, która pomaga kontrolować produkcję sebum. Nie mniej ważna jest obecność witaminy E, a także kory wierzby, naturalnego źródła kwasu salicylowego, który jak wiadomo walczy z wypryskami. Mgiełka jest wielofunkcyjna, można stosować ją jako element porannej pielęgnacji, przed wykonaniem makijażu, w trakcie dnia dla jego odświeżenia lub wieczorem przed wykonaniem zabiegów jak maseczki, kwasy itp. Nie ma przydziału dla konkretnego rodzaju cery, może zatem stosować ją każdy kto tylko ma na to ochotę.


Kupiłam ten produkt jako zastępstwo dla Fix+ z MAC i chociaż nie są to mgiełki pełniące identyczne funkcje, pomyślałam, że spray z Urban Decay może być ciekawą odmianą. Fix+ lubię za to jak rewelacyjnie zespala wszystkie warstwy makijażu oraz ''ściąga'' pudrowość, ale ponieważ szybko się zużywa, po jakiś 3 latach namiętnego korzystania, zdecydowałam się od niego odpocząć.
Buteleczka b6 jest tutaj identyczna jak w przypadku All Nighter Long-Lasting Setting Spray. Mamy wzorowo działającą pompkę, dwa wieczka, drugie pełni dodatkową rolę zabezpieczającą, różnicą jest naturalnie szata graficzna. Opakowanie b6 ma kolor grafitu z limonkową pompką, które poprzez matowe wykończenie lubi łapać odciski, ale za to nie wyślizguje się z ręki. Wykonane z plastiku nie ciąży w dłoni i świetnie nadaje się na wszelkie podróże.


Mgiełka równomiernie wydobywa się z butelki, ma bardzo lekką formułę, która niczym delikatna morska bryza przyjemnie otula twarz. Przed użyciem należy butelką trochę wstrząsnąć, a w trakcie aplikacji wymagane jest zamknięcie oczu (najprawdopodobniej ze względu na występujący w składzie alkohol). Produkt ładnie rozpyla się bez obecności dużych kropel, łagodnie osiadając na  twarzy, dostarcza uczucia odświeżenia, które jest bardzo odprężające. Nie powoduje wrażenia ciężkości, po kilku sekundach wnika w głąb skóry i rzeczywiście pozostawia ją miękką. Ma delikatny zapach, który toleruję, nie wywołuje on we mnie odurzenia, ale też nie odpycha, po prostu sobie jest. 
Głównie stosuję ten spray przed aplikacją makijażu, przeważnie już po nałożeniu kremu. Jeśli na przykład korzystam z kremu nawilżającego to zwykle delikatnie odciskam nadmiar tłustego filmu, który lubi się wtedy pojawiać, a jeśli używam Effaclar Duo+ to czynność tą pomijam, ponieważ nie ma takiej konieczności. Jak często wspominałam moja cera jest kapryśna, bardzo problemowa, ale kiedy stosuję spray b6 odnoszę wrażenie, że za jego sprawą jest ona uspokojona, a makijaż trzyma się znacznie lepiej. Nie wiem na ile jest to rzeczywistym wpływem tej mgiełki, a na ile całej reszty czynników składających się na całokształt mojego makijażu, ale uważam że coś jest na rzeczy. Ważne, że nie mam po niej wysypu nieprzyjaciół, więc spokojnie mogę stwierdzić, że mnie na pewno nie zapycha. Nawet dobrze kontroluje wydzielanie się sebum, ale nie wiem jak wyglądałoby to w przypadku cery tłustej, ponieważ moja taka nie jest. Produkt nie jest czymś niezastąpionym, spokojnie potrafię obejść się bez jego użycia, ale gdy już z niego korzystam czuję, że zrobiłam wszystko aby mój makijaż wygładał jak najlepiej i najzwyczajniej jest bardzo fajnym dodatkiem ;) Jeśli miałabym porównać ten produkt do Fix+ to uważam, że jest pomiędzy nimi wiele różnic. Mgiełka b6 zdecydowanie nie niweluje w takim stopniu efektu pudrowości jak Fix+, ale problem zręcznie potrafi ujarzmić. Natomiast dużo lepiej nawilża, bo nawet długo po wchłonięciu ma się miłe uczucie świeżości. Fajnie sprawdza się także w ciągu dnia, w celu odświeżenia makijażu, ale nie odczuwam konieczności stosowania jej jako elementu wieczornej pielęgnacji, także nie wypowiem się jakie są korzyści stosowania jej na noc, bo tego nigdy nie sprawdzałam. 
Mgiełkę lubię, ale gdyby nagle przestali ją produkować potrafiłabym obejść się bez niej, nie mniej jednak chętnie kupię ponownie.

Cena: 33$/22£
Pojemność: 118ml
Termin ważności: 24 miesiące od otwarcia

Skład:

Soap&Glory, Sexy Mother Pucker, Gloss Stick, 3D Volume Lip Shine

piątek, 18 września 2015


Soap&Glory, Gloss Stick 3D Volume Lip Shine przypadkowo wypatrzyłam w Boots w sierpniu. To nic innego jak delikatnie koloryzujący balsam do ust w formie kredki, który od tradycyjnych produktów tego typu różni się pojemnością i rozmiarem opakowania. Producent kusi zapewnieniem, że nasze usta będą dzięki nim wyglądać na pełniejsze bez uczucia mrowienia. Z pośród 5 dostępnych kolorów ja wybrałam sobie dwa Pink-A-Boo i Purple Rain.



Pink-A-Boo jest bardzo delikatnym pastelowym odcieniem różu, dodającym twarzy dziewczęcego uroku. Idealny do dziennego makijażu, dla osób które lubią subtelnie podkreślone usta.
Purple Rain w opakowaniu wygląda na bardzo konkretny kolor głębokiej śliwki, ale na ustach jest dużo łagodniejszy.
Pigmentacja kredek do intensywnej nie należy, nasycenie koloru można z powodzeniem wzmocnić poprzez dokładanie kolejnych warstw, ale nie należy liczyć na mega wyrazistą dawkę koloru.



Kredki mają bardzo miękką, kremową formułę, a na ustach zachowują się jak odżywczy balsam. Dawka nawilżenia jest na naprawdę przyzwoitym poziomie, co wiąże się z dużym uczuciem komfortu. W trakcie aplikacji oprócz masełkowej konsystencji wyczuwa się znikomą obecność brokatowych drobinek. Widać je gołym okiem w tubce, jednak na ustach są niewidoczne. Kredki dostarczają pięknego efektu mokrej tafli, który może powodować optyczne złudzenie pełniejszych ust, ale nic więcej. Są wygodne w obsłudze, posiadają delikatny waniliowy zapach, który trąci nieco sztucznością, ale jest znośny. Niestety nie są wydajne, ponieważ lubią z ust szybko się ścierać, oprócz tego mają bardzo małą pojemność. Mają także tendencję do nierównomiernego schodzenia z ust, ale ponieważ nie posiadają nasyconego koloru nieprawidłowość ta nie jest bardzo widoczna. W każdym razie cena jest przystępna, dlatego nie żałuje, że się na nie skusiłam, a jak wiadomo w Boots często są promocje, więc można zgarnąć je w ofercie 3for2 ;) Idealnie sprawdzą się na co dzień, gdy chcemy mieć coś na ustach ale nie zależy nam na efekcie glamour, bez problemu zmieszczą się też w każdej małej torebce i  kieszeni.

Co sądzicie o tych produktach? Miałyście może już z nimi styczność?

Cena: 3.50£
Pojemność: 1.5g
Termin ważności: 36 miesięcy


Pink-A-Boo (i mój nieudany dziubek ha ha) 




 Purple Rain


MAC, Shaping Powders, Emphasize, Soft Focus, Lightsweep

środa, 16 września 2015


Mac Shaping Powder to seria pudrów dostępnych w linii Pro, mających służyć do akcentowania wybranych partii twarzy w celu ich rozświetlenia. Dostępne są w pięciu odcieniach: Emphasize, Lightsweep, Accentuate, Warm Light oraz Soft Focus. Występują w postaci pojedynczych wkładów, identycznych jak wkłady róży do policzków, które umieszcza się w magnetycznych paletach. Plusem takiego rozwiązania jest możliwość skomponowania swojej własnej palety do rozświetlania i konturowania, ponieważ firma ma w swojej ofercie również serię Sculpting Powder, czyli pudry do konturowania. Nie są one żadną nowością, zarówno Shaping Powder jak i Sculpting Powder były dostępne jeszcze na długo przed pojawieniem się popularnych w tej chwili zestawów do konturowania twarzy takich jak Anastasia Beverly Hills Contour Kit, Kat von D Contour Palette czy Nyx Highlight&Contour Pro Palette, jednak w internecie mało jest opinii na ich temat. Mimo wszystko warto przyjrzeć im się z bliska.


Shaping Powders to produkty bardzo delikatne, które nie maskują cery, nie to jest ich rolą. One dyskretnie upiększają dodając cerze blasku, a poprzez prawie transparentne krycie nie odznaczają się na twarzy. Są drobno zmielone dzięki czemu mają bardzo aksamitną, lekką konsystencję i nie wyczuwa się ich obecności. Co ważniejsze nie podkreślają porów, w zamian cerę optycznie wygładzają.
Ja posiadam trzy odcienie Emphasize, Lightsweep i Soft Focus. Najbardziej rozpoznawalny i cieszący się największym zainteresowaniem kobiet zdecydowanie jest Emphasize, jego kolor to złamana kremowa biel z perłą, natomiast Lightsweep jest ciepłym beżem z perłą, a Soft Focus to platynowe żółte złoto. Wszystkie trzy pudry zawierają rozświetlające mikrodrobinki, które cudownie rozpraszają światło i ożywiają wybrane części twarzy, czyniąc to bez nachalnego błysku. Efekt nie jest przesadzony, mnie absolutnie zachwyca, ponieważ otrzymuję dyskretne rozświetlenie, a takie lubię najbardziej. Jednak w zależności od pory dnia odczucia wizualne mogą być inne, ponieważ dla przykładu w zwykłym dziennym świetle owych drobinek nie widać. Dopiero w słońcu lub sztucznym oświetleniu można z bardzo bliska zauważyć ich obecność, ale nie jest to jakiś pospolity brokat. Te drobinki wyglądają jakby były wtopione w cerę, nie błyszczą się nachalnie tylko rozpromieniają wybrany obszar. Zauważyłam, że Soft Focus czyli kolor najciemniejszy z pośród trzech przeze mnie posiadanych, ma ich bardzo mało dzięki czemu w okresach letnich służy mi także jako puder na całą twarz. Na przykład w momentach gdy cera jest zbytnio matowa albo ziemista, lub dzień jest wyjątkowo pochmurny i zależy mi na lekkim ożywieniu cery. Właściwie to wszystkie trzy odcienie stosuję bardzo różnie i często je ze sobą łączę. Emphasize oraz Lightsweept służą mi w zasadzie tylko do gruntowania korektora pod oczami oraz utrwalania bazy na powiekach. Lubię także zaznaczać nimi obszar pomiędzy nosem, policzkiem i okiem, kreśląc kształt trójkąta, takie bardzo subtelne dodanie blasku ślicznie twarz upiększa. I tak zimą korzystam przeważnie z Emphasize solo, wiosną oraz późną jesienią łączę go z Lightsweep, a w okresie letnim Lightsweept mieszam z Soft Focus. Mam je dobre ponad 1,5 roku i we wkładach widać już lekkie wgłębienie, ale denka jeszcze żaden z nich nie sięgnął, więc są one bardzo wydajne.




Dzięki wspaniale adaptującej się konsystencji Shaping Powders można z powodzeniem aplikować na twarz uprzednio pokrytą jakimś bardziej kryjącym pudrem. Takie połączenie nie koliduje ze sobą, ale zawsze należy zachować umiar, ponieważ zbyt wiele warstw makijażu prędzej czy później może zakończyć się niechcianym ''efektem ciastka''. Mogę dodać jeszcze, że raczej nie przedłużają trwałości makijażu aczkolwiek przypudrowany korektor trzyma się dzięki nim bardzo dobrze. Jeśli chodzi o użycie pudru w odcieniu Soft Focus na większy obszar twarzy, trzeba liczyć się z nieuniknionymi poprawkami w ciągu dnia, może nie częstymi ale mimo wszystko. Przypomnę, że moja cera jest sucha więc takie pudry są dla mnie idealnym rozwiązaniem, ale wcale nie oznacza to iż osoby z cerą mieszaną nie mogą ich stosować. Szczególnie, że są one przeznaczone do akcentowania wybranych części twarzy. Ja natomiast z moją suchą mogę pozwolić sobie na stosowanie ich na kilku miejscach twarzy jednocześnie.

Cena: 77zł/16.50£/17$
Pojemność: 6g

Emphasize, Lightsweep, Soft Focus

Essie, Bordeaux

wtorek, 15 września 2015


Lakier Essie w odcieniu Bordeaux jest w moim posiadaniu już bardzo długo. Gdy pragnę czegoś wyrazistego na moich paznokciach chętnie po niego sięgam, ponieważ ten kolor zawsze się sprawdza. Bordeaux należy do moich zdecydowanych faworytów, znakomicie prezentuje się zarówno w słoneczne, ciepłe dni, jak i w porach gdy temperatura zaczyna się znacznie obniżać. Jednak w związku z tym, że kolor należy do ciemnych barw dla wielu osób jest to propozycja zdecydowanie bardziej odpowiednia na jesień. Zatem na nadchodzące tygodnie sprawdzi się idealnie ;)



Bordeaux to lakier, który ma odcień ciemnego, dojrzałego, czerwonego wina. Jest to bardzo elegancki kolor, który szalenie podkreśla kobiecość i dodaje zmysłowego wyglądu każdym dłoniom. Spodoba się kobietom odważnym, zdecydowanym, a także wszystkim tym, które pragną czegoś konkretnie wyróżniającego się na paznokciach. 


Bordeaux ma wykończenie żelowo - kremowe, które przepięknie na paznokciach lśni. Stosowanie top coat'u jest w jego przypadku jedynie dodatkiem, ale z przyzwyczajenie można go jak najbardziej zastosować. Sam lakier wysycha w dosyć krótkim czasie. Aplikuje się bardzo szybko i z łatwością, bez spływania na skórki. Jedna warstwa jest według mnie niewystarczająca i czasami może pozostawiać delikatne smugi. Najlepszy rezultat osiągam przy dwóch warstwach, a jeśli komuś zależy na naprawdę głębokim, intensywnym kolorze to z powodzeniem może nałożyć trzy (tylko nie za grube). Lakier nie odpryskuje, natomiast delikatnie starte końcówki widoczne są po około 4 dniach od aplikacji. Warto również pod spód zastosować jakąś bazę (ja używam Essie Help Me Grow), ponieważ Bordeaux lubi barwić płytkę.

(Paznokcie pokryte są trzema cienkimi warstwami lakieru)





Chanel, Le Blanc Multi-Use Illuminating Base

sobota, 12 września 2015


Baza Le Blanc Multi-Use Illuminating domu Chanel omamiła mnie w dość krótkim czasie swoją wyjątkowością. Nakręciłam się na nią jak chora wierząc, że będzie produktem idealnym, ale w miarę upływu czasu odkryłam, że luksusowe kosmetyki także mają swoje wady. Le Blanc jest bazą której kluczowym zadaniem jest wyrównywanie kolorytu oraz zniwelowanie drobnych zmarszczek. Dostosowana jest do wszystkich typów skóry, idealna szczególnie dla dojrzałej. Za sprawą przyjemnej konsystencji ma rozprowadzać się lekko, znakomicie zespalając ze skórą, dając uczucie komfortu oraz nawilżenia. Ma doskonale łączyć się z podkładami i pudrami przedłużając ich trwałość. Stosowana samodzielnie ma ujednolicać i odmładzać, zmieszana z podkładem tworzyć efekt świetlistości. Można aplikować ją również po wykonaniu makijażu w celu zaznaczenia wybranych części twarzy.


Już sama buteleczka zachwyca, tu nie ma wątpliwości, że pieniądze wydane zostały na luksusowy produkt. Szalenie eleganckie opakowanie sprawia, że bazę aż chce się używać. Mrożone półtransparentne szkło pozwala kontrolować ubytek produktu. Mamy tu także wzorowo działającą pompkę, a całość opiera się na biało czarnym kolorze. Jednak nie bez powodu mawia się, że nie należy oceniać książki na podstawie samej okładki...


Sam produkt z pozoru użytkuje się dobrze. Nie jest to typowa baza jakie znam, ponieważ Le Blanc w konsystencji przypomina balsam (ale nie jest lejąca), a naniesiona na skórę jest wyczuwalna jak odżywczy krem. Formuła z pozoru wydaje się być ciekawym rozwiązaniem i początkowo myślałam, że baza będzie komfortowa w  noszeniu, ale zamiast znakomitego doznania prawie zawsze odczuwam ciężar na skórze. Najpierw myślałam, że źle ją użytkuję, więc zaczęłam różnego rodzaju próby z aplikacją. Niestety czy nakładana palcami, gąbką, czy nawet pędzlem  na twarz  uprzednio nakremowana bądź solo, często pozostaje wyczuwalna. I to bez względu jaką ilość użyję. Są jednak dni gdy po wykonaniu makijażu nie wyczuwam jej na twarzy, ale zagadką jest dla mnie co wpływa na takie odczucie, bowiem jeśli użyję jednego dnia, począwszy od pielęgnacji przez kolorówkę, tych samych produktów, a kolejnego rytuał powtórzę, baza potrafi zachować się na mojej skórze zupełnie inaczej. 
Plusem dla mnie jest tutaj fascynujący zapach, który umila proces aplikacji. Le Blanc pachnie sensualnie, kwiatowo. Jego intensywność jest średnia, ale w związku z samym rodzajem zapach dla niektórych może okazać się za ciężki.



Baza Le Blanc nie posiada żadnych drobinek, w niczym też nie przypomina rozświetlacza Becca Shimmering Perfector, który dostarcza promiennego blasku. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi moja skóra po jej zaaplikowaniu nabiera matowego blasku. Nie jestem w stanie inaczej opisać tego efektu, ponieważ to tak wygląda. Po wielu zachęcających recenzjach spodziewałam się czegoś odmiennego, wprawdzie byłam świadoma, że baza nie jest typowo rozświetlającym produktem, jednak liczyłam na efekt świetlistości o jakim zapewnia producent. Takowego niestety nie dostrzegam. Może nie jest to produkt dla skóry suchej i lepsze rezultaty widoczne są na innych typach cery, ale ogólnego rozczarowania (mam na myśli wykończenie) nie jestem w stanie ukryć.
Jej biały jak mleko kolor, po roztarciu nie do końca wtapia się w moją skórę i kosmetyk zwyczajnie lubi bielić. Proszę nie mylić tego z twarzą ducha, bo nie robię się nagle trupio blada, jednak odcień mojej skóry staje się widocznie jaśniejszy. Z końcem zimy nie zauważałam tego aż tak bardzo, ale im więcej słońca łapała moja skóra, tym większy kontrast po aplikacji mogłam zaobserwować. W okresie wakacji ( i teraz także) kiedy jej używam cera wygląda na ziemistą. Może to brak harmonii z moim oliwkowo żółtym odcieniem skóry, ale czy aby na pewno? Oczywiście po nałożeniu podkładu wszystko powraca do normy, ale niektóre stają się z tego powodu lekko jaśniejsze, co nie zawsze mi pasuje.
Oprócz tego baza często nie niweluje optycznie moich porów, a nawet zdarza się, że jeszcze bardziej je podkreśla. O wiele lepiej wspominam bazę Benefit PoreFessional, którą w przeszłości stosowałam, ponieważ tamta widoczność porów rzeczywiście zmniejszała, nie była wyczuwalna i fajnie wypełniała drobne zmarszczki. Zwykle jednak widzę różnicę w ujednoliceniu kolorytu i rezultat ten bardzo mi odpowiada.
Baza Le Blanc lubi także eksponować na mojej twarzy suche partie lub skórki, o których nie miałam pojęcia, że posiadam, robi to nawet gdy jestem po świeżo wykonanym peelingu. Bardzo frustrujące uczucie.

Kompatybilność z podkładami jest w wypadku tej bazy jak loteria. Słyszałam gdzieś, że wiele produktów Chanel najlepiej współgra tylko ze sobą i w połączeniu z kosmetykami innych marek nie daje podobnych rezultatów. Ja bazę Le Blanc nakładałam zarówno z rodzimym podkładem Vitalumiére, jak i podkładami z Estée Lauder Perfectionist, Giorgio Armani Designer Lift oraz Becca Ultimate Coverage Complexion Créme. Okazało się, że w połączeniu z Vitalumiére baza wypada najgorzej. Bywa, że lubi skracać żywotność makijażu, a wspomniany fluid Chanel spływa na niej wybitnie szybko (za szybko). Natomiast świetnie sprawdza się w połączeniu z podkładem Becca, (który notabene sam w sobie jest rewelacyjny), razem tworzą spójną całość a cera wygląda nieskazitelnie.
Ogólnie jest to dziwny kosmetyk, ponieważ nigdy nie wiem jak wpłynie na cały makijaż. Są dni kiedy wszystko wygląda ładnie i efekt końcowy jest w porządku. Są też takie gdy nie widzę żadnego oddziaływania. Zazwyczaj nie daje rezultatów które zniewalają, a od kosmetyków Chanel tego oczekuję, tutaj jest średnio, a ja zdecydowanie liczyłam na więcej. Możliwe, że dla osób z cerą mieszaną albo w kierunku tłustej baza nadaje się znacznie bardziej, niż dla mojej suchej i efekty są wtedy dużo korzystniejsze. Po pół roku użytkowania (gdzie zużyłam 1/3 pojemności) zdanie zdążyłam sobie wyrobić i wiem, że więcej do Le Blanc nie powrócę, ponieważ mam względem niej mocno mieszane uczucia i nie do końca spełnia ona moje oczekiwania.

Lubicie kosmetyki Chanel? Jakie polecacie, a może są takie które was rozczarowały? Chętnie dowiem się więcej ;)



Cena: 33£/45$
Pojemność: 30ml
Termin ważności: 12 miesięcy od otwarcia

Skład:

 
template design by designer blogs