Strona Główna

Pai, Hydrating Day Cream Avocado & Jojoba

piątek, 21 sierpnia 2015


Nawilżający krem na dzień Avocado&Jojoba jest drugim produktem pielęgnacyjnym firmy Pai, jaki do tej pory stosowałam. Kilka miesięcy temu pojawił się u mnie wpis na temat innego kremu tej marki, Echium&Macadamia, zainteresowanych odsyłam tu klik
Krem Avocado&Jojoba skierowany jest dla osób ze skórą suchą, normalną, a także wrażliwą, które reagują podrażnieniami na składniki chemiczne. Jego głównym zadaniem jest podwyższanie poziomu nawilżenia w skórze, ma również przywracać miękkość oraz jędrność skóry. Producent zapewnia, że krem jest bogaty w witaminy, szybko wchłania się w skórę nie pozostawiając nieprzyjemnego tłustego filmu i nadaje jej natychmiast odświeżającego blasku. Organiczne olejki jojoba i awokado redukują uczucie napięcia oraz intensywnie odżywiają, podczas gdy delikatny zapach jaśminu i may chang koi zmysły. Samo awokado, które bogate jest w witaminy A, D i E wzmacnia matową, zmęczoną skórę, zmiękcza ją oraz zachowuje jej naturalne nawilżenie. Z kolei olej jojoba, który wchłania się bardzo dobrze, dba o jedwabistość i gładkość skóry. Krem jest także wolny od wysuszającego alkoholu.


Opakowanie produktu jest takie samo jak w przypadku pierwszego kremu Pai z którym miałam styczność. To znaczy butelka wykonana jest z mlecznego mrożonego szkła, przez które niestety nie można dostrzec jakie jest bieżące zużycie kosmetyku. Dodatkowo mamy dobrze działającą pompkę, która bez ''wypluwania'' perfekcyjnie dozuje krem. Całość tworzy miłą dla oka formę opakowania w jakiej specyfik został zamknięty.


Krem Avocado&Jojoba ma bardzo zbliżoną konsystencję do wersji Echium&Macadamia, mianowicie jest gęsty ale nie zbity, a przy tym dobrze rozprowadza się po skórze. Natomiast w trakcie aplikacji nie jest już na tyle ciężki i wyczuwalny jak poprzednik. Szybciutko się wchłania i rzeczywiście tak jak wspomina producent nie pozostawia nieprzyjemnego filmu. Pomimo błyskawicznego zaabsorbowania lepiej odczekać kilka minut z nakładaniem makijażu, ponieważ zbyt szybkie nałożenie fluidu kończy się jego przedwczesnym ześlizgiwaniem.
Jeśli chodzi o zapach mający rzekomo koić zmysły nie jest nim szczególnie zachwycona. Mnie przyprawia on raczej o zawroty głowy, oczywiście nie dosłownie, ale intensywna dusząca kwiatowa woń nie jest czymś co w kosmetykach do pielęgnacji twarzy lubię. Dla mnie jest przesadnie nasycony i zwyczajnie drażniący.


Samo działanie kremu po dłuższym stosowaniu staje się zauważalne, choć kierując się obiektywizmem muszę stwierdzić, że nie jestem nim oczarowana. Skóra jak najbardziej jest po zastosowaniu kremu przyjemniejsza w dotyku, bardziej miękka i pełna blasku, ale w momentach większego przesuszenia produkt nie do końca radził sobie z jej potrzebami. Może osoby z mniej kapryśną cerą nie miałyby tego problemu, jednak mnie często brakowało uczucia intensywnego nawilżenia. Stosowałam go także w okresie naprawdę mocnego przesuszenia skóry i gdyby nie inne produkty, którymi się wspomagałam sam krem nie dałby rady porządnie odżywiać mojej cery. A najdziwniejszą sprawą pozostał dla mnie wpływ specyfiku na stan makijażu. Na nieszczęście bardzo często skracał trwałość podkładu, który lubił się na nim brzydko ścinać. W związku z tym jako krem bazowy spisywał się marnie, choć bywały dni gdy nie działo się nic złego. Nie wiem też czy któryś z występujących w kremie składników mnie uczulał, czy jakie licho, ale gdy go stosowałam, na mojej twarzy regularnie pojawiały się drobne niedoskonałości. Dużo bardziej lubiłam go w dni kiedy nie nakładałam makijażu, ponieważ nie musiałam martwić się o częste poprawki, ale tak szczerze zużywanie kremu szło mi opornie i po 4 miesiącach przerzuciłam się na coś innego. Zwłaszcza, że przez ostatnie miesiące mam potworne kłopoty z podskórnymi wysiewami, a krem zdaje się problem dodatkowo nasilał. Mówi się trudno, bo chociaż pokładałam w tym kremie spore nadzieje, okazał się nieodpowiedni dla mojej cery. No, cóż nie wszystko co wydawałoby się dopasowane do naszych indywidualnych potrzeb sprawdzi się za każdym razem. Akurat w tym przypadku nie wyszło. Nie twierdzę, że krem jest zły, po prostu nie nadaje się dla mojej skóry.

Cena: 32£
Pojemność: 50ml
Termin ważności: 6 miesięcy od otwarcia

Skład:

MAC, Lipstick, Half 'N Half

czwartek, 20 sierpnia 2015


Czas na zaprezentowanie kilku nowych szminek Mac, jakie na początku wakacji trafiły do mnie za sprawą akcji Back2Mac. Postanowiłam, że będą pojawiać się one według podziału na wykończenia, ponieważ zgarnęłam ich kilka i w ten sposób ułatwię sobie całą pracę. Na pierwszy ogień idzie wykończenie Amplified i odcień Half 'N Half.



Szminki posiadające wykończenie Apmlified charakteryzują się mocnym kryciem, gdyż posiadają intensywną pigmentację. Ich konsystencja należy do kremowej i stosunkowo miękkiej, ale czasami potrafią one przesuszać usta, dlatego odpowiednie ich wypielęgnowane jest tutaj bardzo ważne. Dawniej nie byłam fanką tego wykończenia, ponieważ konsystencja szminek Amplified dla moich ust była zbyt ciężka. W okresach gdy byłe one w gorszej kondycji, wszelkie suche skórki lubiły się aż nadto uwydatniać, co wyglądało szpetnie. Z czasem nauczyłam się troszczyć o usta jeszcze bardziej i teraz gdy nie dochodzi u mnie do ich kryzysowej suchości (chyba, że zimą), to wykończenie szminek Amplified nie jest już tak przeze mnie dyskryminowane.



Odcień Half 'N Half to według producenta kremowy róż. Ja nie wiem czy to z moimi oczami jest coś nie tak, czy może się nie znam, ale według mnie z różem ten kolor nie ma nic wspólnego. Zarówno w opakowaniu, na swatch'u oraz moich ustach Half 'N Half jawi się jako ciepły odcień beżowego brązu. Jest to bardzo przyjemny odcień nude, który pasuje zarówno do noszenia na co dzień, jak również świetnie spisuje się przy mocnym makijażu typu smoky, kiedy nacisk kładziemy tylko na oczy i zależy nam na stonowanych ustach. Mnie kolor Half 'N Half bardzo przypadł do gustu, dobrze się w nim czuję i często zabieram na wszelkie wyjścia.

Co sądzicie o Half 'N Half? Lubicie takie kolory?




Urban Decay, Perversion Mascara

środa, 19 sierpnia 2015


Wiele razy podkreślałam, że poszukiwanie idealnego tuszu do rzęs nie jest moim priorytetem, ponieważ w tej kwestii jestem ogromnym sceptykiem i wolę trzymać się produktów sprawdzonych. Nie raz marzyłam o wysokopółkowych maskarach ale zawsze powstrzymywało mnie jedno, mianowicie obawa przed rozmazywaniem się, gdyż z jakiegoś niewytłumaczonego powodu te produkty lubią robić mi brzydką pandę.
Mascarę Perversion, Urban Decay kilka osób mi wręcz odradzało i przez jakiś czas nie zawracałam sobie nią głowy. Jednak gdzieś głęboko, zasiane ziarenko ciekawości kiełkowało i chęć wypróbowania tego tuszu narastała. Wreszcie uległam. W planach miałam jeszcze zakup bazy Subversion, która z tuszem ma tworzyć duet doskonały ale tą sobie darowałam.
Tusz do rzęs Perversion reklamowany jest jako produkt który powiększa objętość oraz wydłuża rzęsy, dzięki któremu nasze spojrzenie ma stać się tajemnicze i uwodzicielskie. Producent zapewnia o kremowej konsystencji  która nie jest ani zbyt mokra, ani zbyt sucha. W ten sposób na szczoteczce gotowej do aplikacji ma pozostawać optymalna ilość tuszu, która doskonale rozprowadzi się po każdej rzęsie. W rezultacie mają one być perfekcyjnie oddzielone, a ich kształt podkreślony, wszystko to bez grudek i kruszenia się.


Chybcikiem przejdę do opisu samego opakowania. (Mnie dużo bardziej zachwycił sam kartonik, ale to tylko takie drobne spostrzeżenie). Tusz został zamknięty w tubce koloru grafitowego, która na myśl przywodzi mi błysk foli aluminiowej. Opakowanie prezentuje się elegancko, nie jest krzykliwe, a napisy z upływem czasu pozostają na swoim miejscu.
Szczoteczka wykonana jest ze standardowego tworzywa, ma prosty kształt, który nieznacznie zwęża się ku końcowi. Nie jest potężna jak na przykład  niektóre szczoteczki Maybelline z serii Colossal, ale maleństwem też nie jest. Pokryta jest obfitą ilością włosków mających różną długość.


Perversion ma standardowy zapach tuszu do rzęs, aczkolwiek nie jest aż tak uderzający jak bywa to w przypadku marek innych produktów do oczu.
Tusz ma dokładnie taką konsystencję jak opisuje producent. Nawet w momencie pierwszego użycia była ona idealna, nie za mokra, więc konieczność ''leżakowania'' jest zbędna, a że suchy też nie jest to od samego początku nie ma problemu z malowaniem rzęs.


Czas na ogólne wrażenia. Może zacznę od tego czego oczekuję od dobrego tuszu do rzęs. A więc lubię gdy ma głęboki czarny kolor, beż sklejania pogrubia i wydłuża rzęsy, nie pozostawia grudek i trwa na swoim miejscu przez cały dzień. Czyli ma być prawie tuszem idealnym. A czy Perversion spełnia większość tych wymagań? Po pierwsze kolor. Tutaj jest taki jak lubię, czarny, nie matowi rzęs i rewelacyjnie je przyciemnia. Kremowa konsystencja rzeczywiście nie tworzy nieestetycznie wyglądających grudek, a szczoteczka pięknie rozdziela wszystkie rzęsy. Nawet przy kolejnych warstwach nie są one sklejone, chociaż ja zwykle zadowalam się tylko jedną. Prawda jest również taka, że nie potrafię tym tuszem zbudować dramatycznego efektu, bo naprawdę musiałabym się nieźle namachać aby takowy osiągnąć. Nie, że jestem leń, czy nie potrafię, ale zauważyłam, że  już w trakcie nakładania drugiej warstwy nic się nie zmienia i rzęsy nie chcą przyjmować większej ilości produktu. Efekt natomiast bardzo mnie zadowala, ponieważ spojrzenie nabiera wyrazistości, oko wydaje się powiększone, a przy moich opadających powiekach to również bardzo się liczy. Rzęsy są pięknie wydłużone, ale pogrubienie jest znikome. Z tuszu korzysta się w sposób swobodny, szczoteczka pozwala na sprawne manewry, natomiast sam produkt nie zasycha natychmiastowo, dlatego dla pewności kilka sekund lepiej odczekać. Nawiasem mówiąc wszystko byłoby cudownie i wręcz idealnie, gdyby nie jeden wcale nie tak drobny detal. Perversion lubi niefortunnie brzydko rozmazywać mi się pod oczami, tworząc to czego w tuszach nie akceptuję, czyli przysłowiową ''pandę''. Raz dzieje się tak już po 2 godzinach, w innych sytuacjach po 6. Faktem jest, że co drugie malowanie kończy się nie tak jak bym sobie tego życzyła. A szkoda, ponieważ bardzo lubię efekt jaki tusz nadaje moim rzęsom i uparcie nie zaprzestałam go używać. Warunek jest tylko jeden, stan pod oczami muszę często kontrolować, aby uniknąć wpadki. Wiem, jednak, że po zużyciu już do niego nie powrócę.

Jakie tusze do rzęs w tej chwili używacie? Czy w okresie letnim malujecie często oczy? 

 Rzęsy przed nałożeniem tuszu
(na poniższych zdjęciach na twarzy mam tylko puder, a brwi nie są wypełnione)
Efekt po (jedna warstwa):

Cena: 17£/22$/105zł
Pojemność: 12ml
Termin ważności: 6 miesięcy od otwarcia

 Skład:

Becca, Shimmering Skin Perfector, Opal

wtorek, 18 sierpnia 2015


Lubię gdy moja cera jest delikatnie rozświetlona, dlatego płaski mat już od dawna nie jest mile widziany na mojej twarzy. Wiąże się to także z rodzajem skóry jaki posiadam, a ta niestety jest sucha i nawet jeśli kombinuję z produktami bardziej matowymi kończy się to niezbyt korzystnie dla mojego wyglądu. Chrapkę na Shimmering Skin Perfector marki Becca miałam od zeszłego lata, ale posiadałam w tym czasie inne produkty rozświetlające i szkoda było mi kupować kolejny. Wolałam uzbroić się w cierpliwość, grzecznie poczekać i zużyć co trzeba było. Gdy już nadszedł czas zakupu dumałam nad kolorem, ponieważ nie miałam z produktem wcześniej styczności, a zamawianie przez internet niesie zawsze jakieś ryzyko złego dobrania odcienia (kosmetyki Becca nie są dostępne stacjonarnie w UK). Dla zainteresowanych Shimmering Skin Perfector dostępny jest w 5 atrakcyjnych odcieniach:
Pearl - który jest perłowo biały,
Moonstone -  barwy bladego złota,
Opal - to perłowy złoty opal, który wybrałam,
Rose Gold - to złocisty róż,
Topaz - jest perłowym złotym brązem.
Może jednak po kolei, czyli na początek czym jest Shimmering Skin Perfector. Krótko mówiąc jest to kremowy rozświetlacz mający płynną postać, Zawarte w nim pigmenty odbijające światło, mają podkreślać naturalne piękno cery i nadawać jej wyjątkowego blasku. Kosmetyk ma także dopasowywać się do naturalnego tonu cery nadając jej jedyny w swoim rodzaju efekt. Może być stosowany zarówno na twarzy jak i całym ciele. Jest to nie tylko kosmetyk kolorowy, ponieważ jednocześnie posiada wiele właściwości pielęgnacyjnych. Główne składniki takie jak witamina A, B, D i E tworzą osłonę przed szkodliwym działaniem wolnych rodników. Wyciąg z oczaru napina skórę, zmniejsza stany zapalne i zaczerwienienia. Z kolei wyciąg z aloesu łagodzi skórę, a olej z awokado jest świetnym przeciwutleniaczem i środkiem zmiękczającym.



Shimmering Skin Perfector został zamknięty w smukłym plastikowym opakowaniu wyposażonym w wygodną pompkę. Można z niej wycisnąć idealną ilość produktu, co jest świetnym rozwiązaniem ponieważ nic się nie marnuje. Buteleczka jest przezroczysta stąd doskonale wiemy jakie jest zużycie, napisy ograniczone zostały do minimum co tworzy prosty i klasyczny wygląd. Kosmetyk ma subtelny, przyjazny dla nosa zapach, który bardzo lubię.



Wybrałam kolor Opal, który wydał mi się najbardziej uniwersalny, chociaż rozpatrywałam jeszcze Moonstone oraz Topaz. Doszłam jednak do wniosku, że Moonstone idealnie sprawdziłby się porą zimową, a Topaz poza okresem letnim mógłby być za ciemny. A że na zakup decydowałam się na początku wiosny Opal był najlepszym wyjściem. Obawiałam się tylko, że sam kolor może za bardzo wpadać w różowe tony, ponieważ buszując po internecie trafiałam na różne rodzaje zdjęć. Odcień okazał się ciekawą mieszanką złotego koloru bursztynu z domieszką brzoskwini, ale moja żółtawa barwa skóry całe szczęście nie miała nic przeciwko takiemu połączeniu. Opal nie zawiera też żadnych brokatowych drobin, których trochę się obawiałam ponieważ w opisie występuje słowo ''perłowy''.




Shimmering Skin Perfector swoją konsystencją bardzo przypomina krem do twarzy. Jest gęsty, jednocześnie kremowy ale nie obciąża skóry. Jego delikatna formuła rozprowadza się na wybranych miejscach łatwo, wchłania się szybko i nie pozostawia lepiącej się warstwy. Rozświetlacz wspaniale łączy się ze skórą tworząc spójną całość i ne ma mowy o jakichkolwiek smugach czy odcinających się przejściach. Efekt jaki ukazuje się naszym oczom jest cudowną taflą i zarazem świeżym blaskiem bijącym od wewnątrz, dzięki któremu cera wygląda niesamowicie promiennie. Stopień intensywności rozświetlenia można z powodzeniem pogłębiać, ale jedna pompka w zupełności wystarcza na całą powierzchnię twarzy. Na zaznaczenie samych kości policzkowych potrzeba naprawdę odrobinę, co pompka precyzyjnie może wydobyć, ja jednak jestem zwolenniczką nakładania go na całą twarz. Z Shimmering Skin Perfector można korzystać w różnoraki sposób, świetnie sprawdza się zarówno w połączeniu z kremem do twarzy, fluidem czy jako baza. Wszystko zależy od indywidualnych upodobań. Ja najczęściej stosuję go jako bazę, po uprzednim nałożeniu lekkiego kremu, ponieważ produkt sam w sobie ma niezłe właściwości nawilżające, więc staram się cery za bardzo już nie obciążać. Podkład jaki nakładam po użyciu rozświetlacza to z reguły Becca Ultimate Coverage Complexion, który jest lekko matowy, ale po połączeniu z Shimmering Skin Perfector uzyskuję wykończenie idealne. Narzędzia jakimi dobrze aplikuje mi się rozświetlacz są dwa, Beauty Blender lub palce, z tym że głównie wybieram jajko, ponieważ tak jest wygodniej i szybciej. 
Kosmetyk ten jest fantastycznym rozwiązaniem dla fanek promiennej cery, które lubią blask bez nachalnych drobinek. Uniwersalność produktu daje nam wiele możliwości zastosowania, można z nim eksperymentować do woli, w tym przypadku nie ma sztywnych reguł. Rozświetlacz jest także szalenie wydajny. Ja z całą pewnością w przyszłości rozważę zakup odcienia Topaz oraz Moonstone, ponieważ Shimmering Skin Perfector podbił moje serce. Dostępny jest także w wersji kremowej w kompakcie oraz prasowanej. Każda z nich daje nieco inny efekt na twarzy, czyli dla każdego coś innego.

Używałyście produktów Becca z linii Shimmering Skin Perfector?
Co polecacie szczególnie? Jakie inne płynne rozświetlacze lubicie?


Cena: 41$/33£
Pojemność: 50ml
Termin ważności: 9 miesięcy od otwarcia

Skład:

Clarins, Moisture Replenishing Lip Balm

poniedziałek, 17 sierpnia 2015


O problemie moich łatwo pierzchnących ust wspominałam za każdym razem, gdy poruszałam temat produktów mających na celu ich pielęgnację. Jedne sprawdzały się lepiej, inne mocno rozczarowywały ( jak np. balsam Nuxe) i chociaż mogłabym pozostać przy jednym konkretnym, to zainteresowanie innymi tego typu kosmetykami zwyczajnie bierze górę. Z jednej strony to taka pogoń za ideałem, liczenie że odkryję coś jeszcze lepszego niż do tej pory, a z drugiej typowa kobieca ciekawość nowych rzeczy. Nie inaczej było w przypadku nabycia Moisture Replenishing Lip Balm, Clarins. Do zakupu skłoniły mnie oczywiście pozytywne recenzje, choć przyznaję, że ze względu na cenę, zakup odkładałam przez kilka miesięcy. Balsam Moisture Replenishing ma standardowo chronić, nawilżać oraz odżywiać nawet najbardziej spierzchnięte usta. Dzięki składnikom takim jak różany wosk, masło shea, ceramidy i ekstrakt z oleju ryżowego usta maja być zabezpieczone przed odwodnieniem a ich skóra ma stać się miękka.


 Moisture Replenishing Lip Balm pochodzi z serii HydraQuench, która charakteryzuje się właściwościami nawilżającymi oraz nawadniającymi, natomiast sam balsam rekomendowany jest dla osób posiadających problem z częstym pierzchnięciem ust. Czyli coś w sam raz dla mnie, choć przyznać muszę, że kosmetyki Clarins są mi raczej słabo znane lecz pomimo to zdecydowałam się balsam nabyć.


Balsam zamknięty jest w zgrabnej jasnoniebieskiej tubce z białą zakrętką. Opakowanie wykonane została z miękkiego tworzywa, zatem sam produkt można bardzo łatwo aplikować. Jest prosto, ''na luzie'', wiele osób stwierdzi, że również higienicznie, ale za cenę jaką przychodzi zapłacić niektórzy mogą oczekiwać bardziej ekskluzywnej formy (nawiążę chociażby do balsamu z Nuxe, który jest dwa razy tańszy, a ma szklany elegancki słoiczek). Absolutnie nie jest to sprawą kluczową, ponieważ tubka jest lekka,poręczna i porządnie wykonana , jednak z drugiej strony może wydawać się taka trochę przeciętna. Mnie się podoba i co by nie mówić uważam, że najbardziej liczy się zawartość. Wobec tego czas teraz na opis konsystencji balsamu. Moisture Replenishing na pierwszy rzut oka ma odcień mlecznego różu, który na ustach daje całkowicie transparentne wykończenie. Jest niesamowicie gęsty, dlatego też do zaaplikowania wystarczy nanieść niewielką ilość, nie jest przy tym zbity, więc rozprowadza się sprawnie i przyjemnie. Ma subtelny i zarazem znośny zapach ale gdy ląduje na ustach wyczuwam dziwny posmak sztuczności. Nie jest to sprawą nadrzędną zwłaszcza gdy zaaplikuję dodatkowo szminkę lub błyszczyk aczkolwiek cenię sobie bardziej smakowe produkty do ust.


Początkowo balsam Clarins wydał mi się troszkę takim przeciętniakiem, duży wpływ na pierwsze wrażenia miał w tym przypadku wspomniany dziwny jak gdyby posmak wazeliny. Szybko jednak zauważyłam, że moje usta bardzo polubiły się z balsamem i w błyskawicznym tempie potrafią regenerować się gdy są w złym stanie. Produkt nie osiada na nich tylko wnika do środka co skutkuje przyjemnym nawilżeniem oraz gładkością ust. Przy regularnym stosowaniu można w pełni cieszyć się zadbanymi i odżywionymi ustami. Ciekawa jestem czy kiedy nadejdzie okres zimowy produkt nadal będzie spełniał swoje zadanie, ponieważ korzystam z jego właściwości zaledwie kilka tygodni ale liczę, że da radę. W każdym razie od kiedy używam Mosture Replenishing moje wargi ani razu nie były popękane, zniknął także problem suchych skórek. Świetnie spisuje się również jako baza pod pomadki, każda jaką nałożę prezentuje się idealnie i dodatkowo zaobserwowałam, że balsam przedłuża ich trwałość. Zaaplikowany solo nadaje ustom promiennego blasku wskutek czego wyglądają zdrowo i uwodzicielsko. Zaletą tego balsamu jest również brak uczucia kleistości, czego wręcz nie znoszę, dlatego ma u mnie kolejnego plusa. Mocnym punktem jest też trwałość, co przekłada się na wydajność, ponieważ nie mam potrzeby co godzinę aplikować kolejnej warstwy. Czy wart jest zakupu? Sądzę, że tak, bowiem wszystkie obietnice producenta zostały pokryte, a zastrzeżenie można mieć jedynie do ceny oraz posmaku jaki balsam posiada (chociaż to rzecz gustu).

Jak podchodzicie do pielęgnacji ust? Czy balsam Clarins jest Wam znany? A może plecacie coś innego z serii HydraQuench?

 Cena:19£/69zł/24$
Pojemność: 15ml
Termin ważności: 18 miesięcy od otwarcia

Skład:
 
template design by designer blogs