Strona Główna

BareMinerals, Illuminating Mineral Veil

czwartek, 28 maja 2015



Przygodę z kosmetykami BareMinerals rozpoczęłam dosyć niefortunnie od ich najpopularniejszego produktu, podkładu mineralnego Original. Nie wywoływał u mnie szczególnego zachwytu, ale najgorszy też nie był. Mam tu oczywiście na myśli efekt jaki nadawał mojej twarzy. Niestety im dłużej go stosowałam tym gorzej moja cera wyglądała. Początkowe swędzenie i pieczenie skóry przerodziło się w wysyp bolących podskórnych gól, które nie chciały się goić. Po odpowiednim zbadaniu sytuacji okazało się, że zawarty na pierwszym miejscu w składzie bismuth oxychloride, był przyczyną moich problemów. Z podkładem pożegnałam się na dobre, jednak pobojowisko jakie pozostawił na mojej twarzy przez liczne tygodnie spędzało mi sen z powiek. Na szczęście nie wszystkie produkty BareMinerals zawierają w swoim składzie  to uczulające mnie paskudztwo i nie z każdego dane było mi rezygnować. Dziś jednak o podkładzie Original pisać nie będę, notka dotyczy zupełnie innego produktu BareMinerals.
 Illuminating Mineral Veil, bo o nim mowa, to bardzo dobrej jakości rozświetlający puder wykończeniowy, który natychmiastowo stapia się ze skórą, dostarczając jej miękkości i lekkości. Zawarte w nim odbijające światło drobinki finezyjnie rozpływają się po cerze nadając promiennej delikatnej miękkości. Puder ma minimalizować pory oraz drobne zmarszczki tworząc gładki nieskazitelny wygląd. Ma również absorbować nadmiar sebum bez przesuszania skóry. Jest całkowicie transparentny dlatego też można aplikować go na gołą skórę dla świeżego, naturalnego wykończenia. Rekomendowany dla wszystkich odcieni oraz typów skóry.




Illuminating Mineral Veil jest pudrem sypkim, a tych nie darzyłam nigdy ogromnym uczuciem, ponieważ zawsze tego rodzaju produktom, tym bardziej mineralnym, poświęcić muszę więcej czasu. Wiadomo, należy przesypać odpowiednią ilość na wieczko, dobrze nabić ją w pędzel, przy odrobinie szczęścia nie rozsypać gdzie popadnie, w wersji mniej optymistycznej puder i tak osiądzie na nieporządanych miejscach. Oczywiście pudry takie lubią się również pylić. Ale z aplikacją Illuminating Mineral Veil nie jest tak źle. Przezroczysty, wykonany z porządnego plastiku pojemniczek ma pod wieczkiem dodatkową blokadę, która zabezpiecza puder przed niepotrzebnym rozsypywaniem. Pokrętło jest na tyle solidne, że czasami muszę użyć większej siły, aby je przekręcić, dzięki temu mam jednak pewność, że nawet konkretny wstrząs nie będzie przyczyną niepotrzebnego wysypania się pudru. A ten z pojemnika wydostaje się przez cztery niewielkie dziurki.



Producent wspomina o optycznym minimalizowaniu porów i drobnych zmarszczek, jednak nie oszukujmy się za wiele, puder może i subtelnie łagodzi rysy, ale nie są to oszałamiające zmiany. Nie pokusiłabym się o stwierdzenie, że cerę ujednolica, ponieważ byłoby to zwykłym nadużyciem, to co tak naprawdę robi ten puder to nic innego jak rozświetla. Illuminating Mineral Veil wszakże uchodzi za rozświetlający puder wykończeniowy. Można go jednak z powodzeniem stosować jako bazę pod makijaż, z czego niejednokrotnie korzystałam i efekt końcowy jest równie zadowalający. Kluczem do satysfakcjonującego wykończenia jest właściwe narzędzie i sposób aplikacji. Tutaj nie każdy pędzel sprawdzi się identycznie. Ja najlepsze rezultaty osiągam dzięki pędzlowi typu duo fibre, który dzięki swemu miękkiemu, elastycznemu włosiu nie nabiera zbyt wiele produktu a jednocześnie pozwala dobrze rozetrzeć go po twarzy. Duo fibre można z powodzeniem zastąpić innym pędzlem, wszystko zależy jaki efekt chcemy osiągnąć. Mnie zależy na nieprzerysowanym rozświetleniu i takie też wypracowuję. Dlaczego o tym wspominam? Otóż Illuminating Mineral Veil pomimo iż jest zmielony na lekki jak piórko pyłek, który po roztarciu idealnie łączy się ze skórą zawiera ogrom mieniących się srebrnych mikrodrobinek, których nie sposób zignorować. Co prawda nie narzucają się one z odległości kilku metrów, aż tak źle nie jest , ale już nasz rozmówca zauważy, że na twarzy coś nam migoce. Z tego powodu wolę stosować zasadę im mniej tym lepiej, bo chociaż lubię wszelkie efekty rozświetlenia, z owym pudrem zastraszająco łatwo o błysk kuli dyskotekowej. Oprócz zaaplikowania odpowiednio niewielkiej ilości, bardzo ważne jest również aby puder dokładnie rozetrzeć, chociaż z tym nie mam za wiele kłopotu, ponieważ aksamitna formuła produktu błyskawicznie stapia się z moją skórą. Ponadto producent zapewnia, że Illuminating Mineral Veil absorbuje nadmiar sebum, jednocześnie nie przesuszając skóry i chyba jest coś na rzeczy. Moja skóra  to typowy sucharek, ale sebum wydziela, bo często jest odwodniona, puder nadmiar świecenia trzyma jako tako w ryzach, a już za brak przesuszenia należy mu się ogromny plus.
Nie jest to produkt niezastąpiony, o którym mogłabym napisać, że odmienił moje życie. Gdy się śpieszę, zupełnie pomijam jego aplikację, stawiam wtedy na coś innego. Bywa, że leży nieużywany przed długi czas, jednak kiedy najdzie mnie ochota na ożywienie poszarzałej cery lubię po niego sięgać. Puder najbardziej sprawdza się w pochmurne dni lub w sztucznym świetle, unikam stosowania go w dniach słonecznych ponieważ rozświetlające drobinki wyglądają trochę jakbym oprószyła twarz brokatem, a to nawet jak dla za wiele. Podsumowując uważam, że Illuminating Mineral Veil jest całkiem dobrym pudrem wykończeniowym, ale tylko dla osób które zdecydowanie lubią efekt rozświetlonej cery. Łatwo osiągnąć można przerysowany rezultat, dlatego polecam stosować go rozsądnie.


Cena: 21£
Pojemność: 9g
Ważność: 12 miesięcy od otwarcia

Skład:

MAC, Volcanic Ash Exfoliator

poniedziałek, 25 maja 2015


Złuszczanie naskórka, inaczej peeling lub eksfoliacja, to w przypadku mojej suchej skóry zabieg konieczny abym mogła cieszyć się cerą bez widocznych suchych skórek. A te niestety pojawiać się lubią często jeśli nie wykonuję tego procesu regularnie. Oczywiście jest to stan nieunikniony, ponieważ warstwa zrogowaciała naszego naskórka złuszcza się regularnie, ale u osób z typem skóry suchej jest to znacznie bardziej upierdliwe. Aby temu sprostać stosuję domową mikrodermabrazję z Olay, która niestety nie jest dostępna w UK stacjonarnie, więc sprowadzać muszę ją przez internet. Nie jest to żadnym problemem, ale bywa, że na czas nie zdążę zamówić kolejnego zestawu, i w międzyczasie nie mam nic zastępczego. Dlatego też by temu zapobiec w przyszłości, zakupiłam Volcanic Ash Exfoliator z MAC. Słyszałam wiele dobrego o tym produkcie i to właśnie ilość pozytywnych opinii skłoniła mnie do jego wypróbowania.

Według informacji producenta jest to produkt dwufunkcyjny. Peeling o właściwościach myjących i ścierających, który bogaty jest w minerały. Stanowi mieszankę naturalnego pyłu wulkanicznego i drobnych kryształków cukru. Ma oczyszczać skórę, odblokowywać pory oraz doraźnie nawilżać. Nasza skóra ma po jego użyciu  pozostać przyjemnie miękka i czysta. Peeling można stosować na dowolnej części ciała lub twarzy.


Gdy po raz pierwszy użyłam ten peeling byłam mocno zaskoczona i trochę rozczarowana. Nie dlatego, że był zły, bo okazał się świetnym produktem, ale dlatego, że stosując przez kilka lat mikrodermabrazję Olay najzwyczajniej odwykłam od tradycyjnych peelingów. A Volcanic Ash to zdecydowanie peeling zdzierak i korzystając z niego nieumiejętnie można zrobić sobie kuku.
I co najśmieszniejsze w przeszłości stosowałam tylko te co konkretnie zdzierają, bo jedynie wtedy miałam poczucie, że wszelkie suche skórki z mojej cery zostawały usunięte. Do końca nie wiem co uległo zmianie, czy moje przyzwyczajenia, czy może moja cera jest teraz dużo bardziej wrażliwa niż 10-15 lat temu, ale wiem na pewno iż peelingi jak Volcanic Ash muszę używać ostrożnie. Przestrzegam też wszystkie osoby z naczynkami, ropnymi wykwintami lub podrażnieniami aby raczej z niego nie korzystały, bo przynieść może to więcej szkody aniżeli pożytku.


Volcanic Ash jest peelingiem bardzo gęstym o nieco topornej formule. Zwilżenie twarzy przed aplikacją jest konieczne, ponieważ produkt nie będzie chciał się po skórze ''ślizgać'' a znajdujące się w nim grube kryształki cukru za bardzo ją podrażnią. Nie należy jednak przesadnie zwilżać twarzy już na wstępie bo kryształki zbyt szybko się rozpuszczą. Ja lubię buzię delikatnie ochlapać wodą, następnie kolistymi ruchami rozprowadzam peeling po całej twarzy i gdy czuję, że sprawa jest załatwiona dodaję na koniec trochę więcej wody. Kryształki cukru dzięki temu całkowicie się rozpuszczają i peeling przeistacza się tak jakby w produkt myjący, zatem obietnica producenta o jego dwufunkcyjności jak najbardziej jest prawdziwa. Natomiast ja funkcji pieniących się nie zauważyłam tu wcale, co dla mnie jest plusem, bowiem nie lubię tego rodzaju kosmetyków. Całość zabiegu jest bardzo przyjemna, szczególnie ostatni etap, w trakcie którego odczuwa się przyjemny masaż twarzy. Peeling bez trudu zmywa się pod strumieniem letniej wody, ale dobrze by było spłukiwać go ostrożnie, gdyż ma on postać szaro-czarnej mazi i znienacka umywalka zamienić się może w małe pobojowisko, a dodatkowego sprzątania raczej większość z nas nie lubi. Uczucie jakie towarzyszy po osuszeniu twarzy jest niezaprzeczalnie znakomite. Suche skórki znikają, cera jest w 100% oczyszczona, wygląda zdrowiej,  jest odrobinę zmatowiona ale ma jednocześnie jakby więcej blasku i jest lekko rozjaśniona. Zwężone są również pory. Zaletą jest ponadto brak uczucia ściągnięcia skóry, ponieważ peeling pozostawia ją dobrze nawilżoną oraz przyjemnie miękką. Wspomnę jeszcze, że produkt jest perfumowany, zapach ma nietypowy, z niczym nie potrafię go skojarzyć, ale jakoś przywykłam i zupełnie mi on nie przeszkadza. Wydajność moim zdaniem jest zawsze sprawą indywidualna, ja na przykład korzystam z Volcanic Ash co 7-10 dni i wcale nie potrzebuję dużej ilości na wykonanie peelingu, dlatego uważam, że jest to produkt wydajny. I stosuję go tylko na twarz, choć z powodzeniem można używać go na łokcie czy kolana, co prawda nie próbowałam ale sądzę, że też świetnie się sprawdzi.



Cena: 140zl/22£/29$
Pojemność: 100ml
Ważność: 24 miesiące od otwarcia

Skład:

MAC, Face and Body, White

środa, 6 maja 2015



Czasami zdarza się, że nasz podkład jest zbyt ciemny. Przyczyny mogą być różne, na przykład odcień był przez konsultantkę w sklepie źle dobrany, podkład został kupiony latem, kiedy cera była bardziej opalona, a w okresie zimowym stała się jaśniejsza lub też sam produkt ma tendencje do oksydacji. Rozwiązanie tych problemów jest bardzo proste. Wystarczy zaopatrzyć się w produkt z białym pigmentem, którego zadaniem jest rozjaśnianie zbyt ciemnych podkładów. Obecnie są na rynku firmy, które w swojej ofercie posiadają specjalne farbki m.in Make Up For Ever lub białe podkłady, Illamasqua i MAC. Dzisiaj chciałabym w kilku słowach opowiedzieć o tym ostatnim. MAC Face&Body Foundation w odcieniu White. Miałam spore problemy aby go kupić, nie wiem dlaczego, długo nie był dostępny, trafiłam nawet na informacje, że został wycofany ze sprzedaży. Na szczęście na początku tego roku udało mi się go nabyć. 


Tak naprawdę niczym nie różni się w konsystencji i sposobie aplikacji od normalnego podkładu Face&Body, dlatego też na bardziej szczegółowe informacje odsyłam do posta >>tutaj<<. Odmiennością jest natomiast kolor, który ma czysto biały pigment. To właśnie ten pigment sprawia, że wszelkie problemy ze zbyt ciemnym podkładem stają się wspomnieniem. Wystarczy odcień White połączyć z wybranym przez siebie podkładem w proporcjach nam odpowiadających, tak aby otrzymać satysfakcjonujący nas kolor i gotowe. Reszta nie ulega zmianie. Face and Body White nie ma większego wpływu na zmianę konsystencji bazowego podkładu. Może w pewnym stopniu dodać bardziej satynowego, promiennego wykończenia, ale ja korzystam z podkładów których głównym zadaniem jest rozświetlanie, dlatego też różnica ta jest mało zauważalna. Nie wiem jak F&B White wpływa na podkłady mające wykończenie matowe, ponieważ takich nie posiadam, przypuszczać mogę jedynie, że nie jest ono wtedy typowo płaskim matem. Mój najbardziej matowy podkład to Giorgio Armani Designer Lift, który w połączeniu z podkładem F&B White, staje się bardziej nawilżający, ale wykończenie nie ulega zmianie. Nie mniej jednak Face and Body ma formułę wodnisto-żelową i najczęściej polecany jest osobom z cerą normalną oraz suchą, natomiast przy cerach tłustych może się nie sprawdzić. Ja sama jestem posiadaczką skóry suchej i konsystencja tego podkładu bardzo mi odpowiada. Oczywiście efekt końcowy można zawsze zmienić poprzez przypudrowanie twarzy pudrem matującym i wszystko powinno być pod kontrolą. Ale każdy przypadek jest inny i reguła ta nie zawsze się sprawdza.


Pomimo tego, że podkład Face and Body można kupić w dwóch różnych pojemnościach, kolor White występuje tylko w większej butelce 120ml, dlatego też jako kosmetyk służący do typowego rozjaśniania podkładów wystarczy na bardzo długo. Face and Body White to idealne rozwiązanie dla osób, które źle trafiły z kolorem podkładu, ale cała reszta im odpowiada, lub zakupu nie można zwrócić, a pieniądze wydane na podkład nie były małe. Również wszystkie osoby ze zbyt jasną cerą, dla których nawet najjaśniejsze fluidy są za ciemne odnajdą wybawienie w tym kosmetyku. Można łączyć go z wszelkimi podkładami, kremami tonującymi czy kremami BB i tak dalej, można stosować go również solo, jako bazę pod podkład. Możliwości jest wiele. Ja jestem zadowolona z zakupu F&B White, dzięki niemu mogłam wczesną wiosną korzystać z podkładów, które lubię, a są w tym okresie dla mnie za ciemne, będę mogła postępować identycznie jesienią czy zimą. 


Cena: 150zł/28.50£/35$
Pojemność: 120ml
Ważność: 24 miesiące od otwarcia

Skład:

Bielenda Professional, Wybielająca Maska Do Twarzy i Maska Algowa z Kwasem Hialuronowym

piątek, 1 maja 2015


Maseczki do twarzy stosować lubię, ale czasami zupełnie o nich zapominam lub zwyczajnie, z braku czasu nie mam możliwości ich użyć. Z przyzwyczajenia (nieregularnie) kupowałam zwykle gotowe w tubkach, które trzeba było zmywać wodą, tak był prościej i wygodniej. Właściwie maseczki są dla mnie takim dodatkiem do pielęgnacji i nie uważam, że bez nich moja skóra wiele traci, ale sam fakt, że można w domowym zaciszu wykonać prywatne SPA sprawia, że moje samopoczucie się polepsza. Maski algowe  Bielendy podpatrzyłam na blogu vena-styl, zaciekawiły mnie one na tyle, że szybko zdecydowałam się na ich zakup. Pomimo, że są przeznaczone do użytku profecjonalnego i co za tym idzie dostępność jest nieco ograniczona ja swoje bez problemu zamówiłam z Ebay. Jest oczywiście wiele hurtowni internetowych, które mają je w ofercie, ale nie mogłam znaleźć takiej co wysyła za granicę.
Są to moje pierwsze maski, które maja sproszkowaną postać. Wcześniej unikałam takich form z przyczyn czysto wygodnickich. Tymczasem nie taki diabeł straszny... ponieważ przygotowanie maseczki wcale nie jest skomplikowane. Obydwie zamknięte są w plastikowych pojemnikach z zakręcanym wieczkiem, mają dodatkowo przezroczystą osłonkę i załączoną miarkę. Przygotowanie jest dziecinnie proste. Wystarczy 2,5 miarki proszku wymieszać z 3 miarkami zimnej wody mineralnej do uzyskania jednolitej masy. Następnie maskę należy równomiernie nałożyć na twarz i szyję. Ja wykorzystuję do tego zwykły pędzelek języczkowy. Różnica jest taka, że maską z kwasem hialuronowym można pokryć powieki oraz usta, zostawiając oczywiście wolne otwory nosowe, z kolei podczas nakładania maski wybielającej okolice oczu omijamy. Obydwie maski zdejmuje się z twarzy w całości: po 20 minutach tą z kwasem hialuronowym i po minimum 25 wybielającą. Do momentu zastygnięcia, z twarzy ciekną małe glutki maski, które ja zwyczajnie wyłapuję pędzelkiem i spowrotem kładę gdzie trzeba. Ale tak naprawdę trwa to chwilkę, ponieważ maski szybko gęstnieją. Stosuję je co 3-4 dni naprzemiennie, bywa, że nieregularnie.



Maska wybielająca przeznaczona jest dla cer z przebarwieniami, wymagających rozjaśnienia. Producent zapewnia, że maska wybielająca:
- rozjaśnia przebarwienia- otóż w moim wypadku nie do końca. Ja przebarwień mam sporo zarówno tych słabszych jak i bardziej uporczywych. Są to m.in blizny potrądzikowe, z którymi przyszło mi się ponownie zmierzyć po długiej przerwie, (ponieważ w listopadzie na ponad 3 miesiące nawiedziła mnie inwazja pryszczy-wulkanów, która zostawiła paskudne żniwo), mam także pojedyncze zwykłe przebarwienia, w tym dwa posłoneczne. I różnicę zauważyłam jedynie w przypadku drobniejszych przebarwień, na resztę maska jakoś wybitnie nie wpływała.
- normalizuje wydzielanie sebum - pomimo że mam cerę suchą, jest ona także często odwodniono, a co za tym idzie w gorsze dni wydziela większą ilość sebum. Maska po części pozwala na kontrolę tego problemu, co łatwo można zaobserwować. W żaden sposób nie przesusza skóry.
- ujednolica koloryt naskórka - jak najbardziej tak, naskórek w widoczny sposób staje się ujednolicony i nierówności kolorystyczne zanikają, wszelkie różnice jak na przykład ciemniejsze plamy w dużej mierze są niwelowane. Pomaga także łagodzić widoczne zaczerwienienia.
- rozjaśnia i rozświetla skórę - maska pozwala uspokoić moją podrażniona skórę, zaczerwienienia stają się jaśniejsze i dużo szybciej znikają z twarzy, a cera jest bardziej promienna.
wygładza i poprawia nawilżenie - pomimo tego, że jest to produkt rozjaśniający nie należy obawiać się przesuszenia, moja sucha cera ani razu nie ucierpiała, a wręcz czerpie z tej maski same korzyści. Nawilżenie nie jest tak ogromne jak w przypadku maski z kwasem hialuronowym, jednak poprawę niewątpliwie można dostrzec.

Informacja o masce wybielającej oraz skład:

Maska z kwasem hialuronowym przeznaczona jest do skóry suchej z objawami zmarszczek. Producent zapewnia, że maska ta:
- wiąże wodę w naskórku -  po jej zastosowaniu moja skóra jest rzeczywiście bardziej nawilżona. Przy większym przesuszeniu naskórka nie widać aż tak ogromnej poprawy po jednorazowym zastosowaniu, ale wtedy wspomagam się innymi produktami pielęgnacyjnymi.
niweluje znajdujące się na skórze zmarszczki - na to należy nieco przymknąć oko, nie przeczę, drobniejsze linie może i są częściowo spłycone, natomiast nie łudziłabym się, że dzięki tej masce głębsze zmarszczki zostaną zredukowane.
- wzmacnia właściwości ochronne skóry - nie wiem w jak dużym stopniu, ale mam nadzieję, że sporym. Skóra na pewno po użyciu maski jest bardziej zregenerowana, a zawarty w niej kwas hialuronowy wspomaga gojenie się podrażnień.
- wygładza i poprawia poziom nawilżenia naskórka - za każdym razem gdy korzystam z tej maski wiem, że moja cera zyskuje zdrowszy wygląd. Już w trakcie gdy jest na mojej twarzy czuję, przyjemne uczycie chłodzenia, a po zdjęciu, świeżość i zwilżenie jak po bryzie. Uczucie to wcale nie jest krótkotrwałe. Bardzo lubię korzystać z tej maski, ponieważ daje mojej skórze porządny zastrzyk nawilżenia.
- uelastycznia naskórek, wygładza, ujędrnia - tak, tak i tak. Moja skóra jest lepiej napięta i o wiele bardziej gładsza w dotyku niż przed zastosowaniem maski.

Obydwie maski algowe niesamowicie zaskoczyły mnie swoim działaniem i bardzo chętnie do nich powracam. Tą z kwasem hialuronowym lubię nieco bardziej, ale nie oznacza to że wybielającej mam coś do zarzucenia. Świetne produkty, które polecić mogę każdemu. Mam także ochotę wypróbować kilka pozostałych masek Bielendy, ponieważ wybór firma posiada ogromny, a ceny nie są wysokie. Cieszę się, że przekonałam się do sproszkowanych masek algowych, ponieważ dużo więcej korzyści zyskuje moja skóra właśnie dzięki nim, niż gdy stosowałam wszelkie ''gotowce''.

A czy Wy stosujecie maseczki algowe?
Używałyście tych z serii Bielenda Professional? Może jakieś mi polecacie ?

Informacja o masce z kwasem hialuronowym oraz skład:
 
template design by designer blogs