Strona Główna

Cosmetic Skin Solutions, Phyto Botanical Gel

środa, 28 stycznia 2015


Serum Phyto Botanical było trzecim produktem z Cosmetic Skin Solutions jakie stosowałam zaraz po serum z witaminą C+E (recenzja tutaj) oraz Hydra B5 (recenzja tutaj)  i śmiało mogę stwierdzić, że polubiłam je najbardziej. Oczywiście dwa pozostałe także świetnie się spisywały, ale jeśli miałabym wybrać jedno to byłby to Phyto Botanical Gel. Zamknięty w szklanej buteleczce z pipetą, roślinny żel rozjaśniająco-kojący jest znakomitym rozwiązaniem dla skór wrażliwych, pozbawionych blasku oraz narażonych na powstawanie przebarwień, czyli dokładnie takich jak moja. Jego zadaniem jest silne nawilżanie z jednoczesnym kojeniem podrażnień. W składzie zawiera miedzy innymi 4% kwas kojowy, który wykazuje działanie rozjaśniające powstałych już przebarwień oraz zapobiega pojawianiu się nowych. Dodatkowo działa przeciwzapalnie i reguluje pracę gruczołów łojowych. Serum zawiera również 2% alfa-arbutyny - jest to pochodna hydrochinonu, która działa synergicznie z kwasem kojowym, dzięki czemu stanowi skuteczną walkę z przebarwieniami. Oprócz tego w składzie występuje ekstrakt z mącznicy lekarskiej, który również ma za zadanie rozjaśniać i przeciwdziałać stanom zapalnym, ekstrakt z ogórka i tymianku bogaty w związki organiczne i sole morskie, który doskonale nawilża, działa tonizująco i przeciwzapalnie, a także ekstrakt z alg chroniący skórę przed fotostarzeniem i symuluje ją do produkcji kolagenu i elastyny. Występuje tutaj także kwas hialuronowy, który silnie nawilża i wygładza naskórek a także jest jak najbardziej tolerowany przez skóry wrażliwe, suche i skłonne do powstawania niedoskonałości.


Buteleczka serum wykonana ze szkła, wyposażona jest w zakrętkę posiadającą pipetę, która dozuje produkt ze środka. Serum ma soczysty, zielonkawy kolor, którego nie należy się obawiać, ponieważ po roztarciu przybiera formę bezbarwną. W związku z tym, że produkt zużyłam już jakiś czas temu nie pamiętam dokładnie jego zapachu, ale na pewno nie był intensywny, dla mojego nosa wręcz neutralny. Phyto Botanical Gel posiada konsystencję wodnistą, minimalnie żelową, ale zdecydowanie jest dosyć lejącym się specyfikiem. Z aplikacją mimo to nie ma najmniejszych problemów, ja zawsze wyciskałam po dwie krople na policzki i jedną na czoło i taka ilość w zupełności wystarczała abym pokryła całą twarz. Producent poleca aplikować ok 5-6 kropli, ale myślę, że wszystko zależy od indywidualnyh potrzeb. Mnie czasami wystarczały nawet trzy, zależy w jakim stanie danego dnia była moja cera. Serum stosowałam rano, przed kremem nawilżającym. Rozsmarowywało się na skórze błyskawicznie i w takim samym czasie następował proces wchłaniania. Po zaabsorbowaniu się nie pozostawiało żadnego filmu, nigdy nie kolidowało także z moim kremem.


Produkty typu Phyto Botanical Gel stosuję cały czas już od bardzo długiego czasu, ponieważ moja skóra ma tendencję do przebarwień i uporczywych blizn potrądzikowych. Z tym drugim zmagam się szczególnie, zwłaszcza gdy pojawiają się na mojej brodzie i żuchwie mega bolesne wulkany, które goją się przez wiele dni i zawsze mam po nich brzydkie blizny, które uporczywie widnieją  tygodniami. Walczę z tym problemem właśnie środkami które pomagają rozjaśniać i łagodzić stany zapalne. Wspomniane przeze mnie serum miało w tym procesie swój zdecydowany udział. Po regularnym stosowaniu dało się zauważyć, że blizny stawały się jaśniejsze, ale najbardziej zadowolona byłam jak szybko potrafiło koić i łagodzić podrażnioną skórę. Stosowałam je oczywiście z innymi produktami, które mogły jak najbardziej potęgować ten proces, jednak serum swoje robiło. Mojej suchej i wrażliwej cery nigdy nie podrażniło ani w żaden sposób nie zapychało. Dla osób walczących z przebarwieniami lub narażonych na ich powstawanie jest to produkt godny polecenia i wypróbowania. Ja powrócę do niego ponownie, jak tylko będę realizować kolejne większe zamówienie ze strony producenta, ponieważ niestety opłata za wysyłkę jest spora i pojedynczych rzeczy nie opłaca się kupować. Niemniej jednak serum bardzo pozytywnie wspominam.

Czy znacie jakieś serum Cosmetic Skin Solutions?

Cena: 29.85$
Pojemność: 30ml
Skład:

Nuxe, Réve de Miel Lip Balm

poniedziałek, 26 stycznia 2015


Z recenzją balsamu Nuxe Réve de Miel wstrzymywałam się przez naprawdę długi czas. W moim posiadaniu jest od zeszłego lata, kupiłam go wraz z wersją w sztyfcie (recenzja tutaj), którą bardzo lubiłam i stosowałam namiętnie, niestety opcja oryginalna to zupełnie inna historia. Próbowałam przekonać się to tego już chyba kultowego produktu, ponieważ skoro wszyscy tak bardzo zachwycają się jego właściwościami myślałam, że może źle go używam. Czytałam mnóstwo opinii i nie przypominam sobie żeby choć jedna była negatywna dlatego wolałam upewnić się na 100% , że balsam Réve de Miel i ja nie mamy co liczyć na pomyślny związek. Zatem po kolei...




Réve de Miel mieści się w szklanym, matowym pojemniczku który ma białą nakrętkę. Opakowanie jest gustowne, a w związku z tym, że wykonane ze szkła solidnie leży w dłoni, jednocześnie będąc poręcznym kosmetykiem idealnym zarówno do torebki czy na nocną szafkę.
W balsamie urzekł mnie zapach, który zdecydowanie różni się od wersji w sztyfcie. Jest on wyjątkowo cytrusowy z domieszką miodu, bez zera wyczuwalnej chemii. Świeży, nie przytłaczający, który od pierwszych chwil sprawił, że zaczęłam snuć refleksję iż będzie to mój zdecydowanie ulubiony balsam do ust. Moje wyobrażenia niestety nie przełożyły się na rzeczywistość.


Balsam Réve de Miel ma także specyficzną konsystencję, która jest bardzo zbita, ale pod wpływem ciepła tak jakby roztapia się, jednak nie przybiera postaci masełkowej. I właśnie w tym tkwi chyba cały problem, a przynajmniej ja sobie tak to tłumaczę. Nie wiem dlaczego ale balsam jest okrutnie tępy, bardzo nieprzyjemnie rozprowadza się go na ustach i już po pierwszych użyciach wiedziałam, że o stosowaniu w ciągu dnia mogę zapomnieć, ponieważ każda pomadka wyglądała na nim paskudnie. Testowałam go zatem wieczorem ale wcale nie było lepiej. Za każdym razem gdy aplikowałam balsam miałam dziwne uczucie ściągnięcia ust. Nieważne czy nanosiłam cieniutką warstwę czy nieco hojniejszą, chociaż z taką to dopiero czułam się jakby obcy przykleił się do moich ust, zawsze pojawiał się dyskomfort. Zdecydowanie nie o takim doznaniu marzyłam. Balsam miał regenerować usta, a zamiast tego tylko osłabiał ich kondycję. Po dłuższym stosowaniu były zawsze spierzchnięte i coraz bardziej przesuszone i zapewniam że nie była to sytuacja jednorazowa ponieważ robiłam przerwy i powracałam do Réve de Miel aby mieć pewność, że to on jest sprawcą pogarszania wyglądu moich ust. I niestety sytuacja zawsze się powtarzała, początkowe uczucie suchości szybko objawiało się przeforsowaniem kondycji ust. Nie wiem dlaczego zamiast regeneracji, nawilżania i innych cudownych właściwości o których piszą i mówią wszyscy ja miałam zupełnie inne odczucia. Poprosiłam nawet męża i syna aby użyli go kilka razy i mieli oni identyczne wrażenia względem tego balsamu co ja, dlatego doszłam do wniosku, że Réve de Miel nie jest taki idealny jak głoszą legendy. Porównałabym go do słynnego Carmexa, którego nie cierpię i który według mnie wcale nie jest świetnym produktem nawilżającym. Z Réve de Miel jest podobnie, wychwalany przez masy poza pięknym zapachem nie przyniósł mi żadnych korzyści. Mam go w słoiczku jeszcze sporo, termin ważności upływa za pół roku ale nie sądzę abym zużyła go do końca, ponieważ moje usta i ten balsam to jedno wielkie nieporozumienie.


Cena: 9.50£/19$
Pojemność: 15g
Ważność: 12 miesięcy od otwarcia

Skład:

The Body Shop, Banana Shampoo/Szampon bananowy

czwartek, 15 stycznia 2015



Chyba najczęstszymi postami na jakie natrafiałam odnośnie produktów The Body Shop w ciągu ostatnich miesięcy był bananowy duet to włosów, czyli żółty szampon i odżywka. Długo opierałam się tej serii, ale ostatecznie uległam i postanowiłam zakupić na początek jedynie szampon. A z racji tego, że opakowanie prawie jest już puste czas najwyższy napisać o nim kilka słów. Szampon, który według zapewnień producenta posiada wspaniałe właściwości pielęgnacyjne, ma zapewnić włosom miękkość i cudowny blask, a korzyści czerpać mogą z niego właścicielki wszystkich rodzajów włosów.


To co rzuca się w oczy już na wstępie to bardzo żółty kolor szamponu, który kojarzy mi się z malutkim, puchatym kurczaczkiem, który dodaje trochę optymizmu przez swoją słoneczną barwę. Natomiast pierwsze skrzypce gra tutaj bananowy zapach. Ja jeszcze nigdy nie miałam styczności z czymś tak owocowym i wyrazistym. Nie jest to może w 100% czysty aromat banana, ponieważ minimalnie przebija się w tym szamponie chemiczny dodatek, ale co jak co pomylić go z dojrzałym bananem po prostu się nie da. Piękny, niezwykle intensywny zapach niesamowicie umila mycie włosów i jest moim zdaniem bezwzględnie atutem tego produktu. Bananowy zapach skradł wręcz moje serce i głowę czymś tak upajającym, mogłabym myć zawsze. 
Szampon ma konsystencję, która bardzo mi odpowiada, nie jest zbyt wodnista, prędzej idzie w kierunku gęstej, ale nie aż tak okrutnie zbitej, dlatego aplikuje się z łatwością. Po kontakcie z wodą świetnie się pieni w związku z czym nie trzeba stosować ogromnej ilości, co przekłada się na niezłą wydajność. Ładnie oczyszcza włosy nie plącząc ich dotkliwie, a przy wypłukiwaniu pozostawia je nawilżone i miękkie. I w tym miejscu następuje już raczej tylko prosta linia bowiem szampon większych rewelacji nie powoduje. Włosy są po nim po prostu przyzwoicie umyte, subtelnie lśniące, bez imponującego blasku, ot stwierdzam, że jest to zwykły i dobry szampon do codziennego użytku. Nie powodował podrażnienia, ale nie przypominam sobie szamponu, który działałby na skórę mojej głowy niekorzystnie. Włosy są po nim świeże przez długi czas, brakuje mi jedynie mocnego odbicia od skóry, co prawda producent nie wspomina nic o zwiększonej objętości, ale jest to coś co lubię w szamponach i trochę szkoda, że ten nie zapewnia takiej opcji. Myślę, że gdyby nie jego bananowy zapach, byłby mniej rozchwytywany, ale faktem jest, że i ja dostałam małego kręćka na punkcie tego aromatu. Gdy szampon będzie dostępny w promocyjnej cenie podejrzewam, że kupię go ponownie, ponieważ... lubię banany ;)

Kto zna bananowy szampon z The Body Shop?
Również macie słabość do jego zapachu?

Pojemność: 250ml
Cena: 4.50£
Ważność: 12 miesięcy od otwarcia
Skład:
Aqua/Water (Solvent/Diluent), Sodium Laureth Sulfate (Surfactant), Musa Paradisica Fruit/Musa Paradisica (Banana) Fruit (Emollient/Lubricant), Cocamidopropyl Betaine (Surfactant), Glyceryl Hydroxystearate (Emollient), Sorbitan Sesquicaprylate (Surfactant), Phenoxyethanol (Preservative), Sodium Chloride (Viscosity Modifier), Benzyl Alcohol (Preservative), Sodium Benzoate (Preservative), Mel/Honey (Natural Additive), Panthenol (Hair Conditioning Agent), Polyquaternium-7 (Hair Conditioner), Stearic Acid (Emulsifier), Citric Acid (pH Adjuster), Palmitic Acid (Surfactant), Parfum/Fragrance (Fragrance), Disodium EDTA (Chelating Agent), Ascorbic Acid (Antioxidant), Sodium Hydroxide (pH Adjuster), CI 19140/Yellow 5 (Colour), CI 14700/Red 4 (Colorant).

Bielenda, Masło do Ciała, Olejek Arganowy

wtorek, 13 stycznia 2015



Od producenta:

Masło do ciała z olejkiem arganowym przeznaczonym dla skóry suchej i dojrzałej czekało sobie grzecznie w kolejce, aż zużyję super wydajny balsam do ciała Smoothie Time z Soap&Glory,( który pod koniec już mnie nużył). I gdy wreszcie nastąpiła ta chwila szybko wzięłam je w obroty. Opakowanie w plastikowym pojemniczku z zakrętką posiada dodatkową folię ochronną, dzięki czemu mamy pewność, że nikt przed nami nie sprawdzał produktu. Jest to świetnym rozwiązaniem, zwłaszcza, że są osoby, które lubią sobie ''wąchnąć'' daną rzecz, potem odkładają na półkę, a taki kosmetyk potrafi stać niekupiony przez długi czas. Ale nie o tym miało być. Po zdarciu ochronnej foli czuć zapach, który przypadł mi tak średnio, nie jest absolutnie brzydki czy odpychający, aczkolwiek zachwytów nie wywołuje. Nie wiem nawet jak go opisać bo z niczym mi się nie kojarzy. Moje nozdrza go znoszą, a że i tak szybko ulatnia się z mojej skóry tuż po aplikacji więc jakoś specjalnie go nie czuję. Masełko już na pierwszy rzut oka jest zbitej konsystencji, co początkowo nastawiło mnie trochę sceptycznie, ponieważ myślałam, że będzie opornie rozsmarowywać się na mojej skórze. Mimo, iż formuła produktu jest porządnie gęsta i bogata, jest również bardzo kremowa, ale nie tak jak np. znany chyba wszystkim krem Nivea, a bardziej delikatna i mniej tępa podczas rozcierania. Ilość jakiej trzeba używać, zależy oczywiście od indywidualnych potrzeb, ja natomiast masła nie żałuję i aplikuję dosyć sporo, można rzec, że tyle ile zalecił producent, czyli grubą warstwę. Stosowanie większej ilości przekłada się jak najbardziej na szybszy poziom zużycia, ale i tak nie jest ono jakoś szokująco błyskawiczne. Najważniejsze jest bezwzględnie samo działanie i wpływ owego masła. Tak jak zapewnia producent nasz produkt pielęgnacyjny rzeczywiście nawilża skórę mojego ciała, która często lubi się przesuszać, dodatkowo widać minimalną różnicę w poprawieniu napięcia, ale bez jakiś wielkich ochów czy achów. Skórę po stosowaniu tego masełka mam ładnie odżywioną i miękką, a efekt przy regularnym aplikowaniu utrzymuje się przez wiele godzin. Proces wchłaniania się produktu nie jest długi natomiast tuż po nałożeniu skóra jest minimalnie kleista, owocnie to uczucie znika już po chwili. Gdy masło zostaje wchłonięte na skórze nie ma żadnego filmu z kolei w dotyku jest ona przyjemnie aksamitna i gładka. Uważam, że masło Bielendy z olejkiem arganowym jest godnym polecenia produktem pielęgnacyjnym ze względu na swoje pozytywne właściwości. Do moich ulubieńców go nie zaliczę, ze względu na zapach, który mnie nie zachwycił lecz dla samego działania z powodzeniem chętnie kupiłabym w przyszłości ponownie.

A jakie Wy produkty do ciała stosujecie najchętniej?
Wolicie masła, balsamy czy może co jeszcze innego?

Cena: ok 15zł
Pojemność: 200ml
Ważność: 6 miesięcy

 Skład:

Urban Decay, Vice 3 Palette

poniedziałek, 12 stycznia 2015



Cienie to obok róży moja największa słabość. Mimo iż mam ich więcej niż nakazuje zdrowy rozsądek wciąż zachwycam się nowymi kolorami, czy to dostępnymi indywidualnie, czy skompletowanymi w gotowych paletach. Chcę więcej i więcej, choć i tak staram się nie powielać kolorów, które posiadam. Jak już kiedyś wspominałam, do moich ulubionych należą cienie Urban Decay oraz MAC ( posta na ich temat szykuję od dawna, ale kiepsko mi to idzie, jednak mam nadzieję, że wkrótce go skończę). Dziś mam do zaprezentowania jedną z palet firmy UD. Jest to limitowana paleta Vice 3, którą dostałam w grudniowym prezencie od Mikołaja. Seria Vice wychodzi co roku w okresie późnej jesieni (najpierw w USA a po kilku tygodniach pojawia się w Europie), ale mimo iż nazwa wskazuje że jest to trzecia paleta, tak naprawdę były ich do tej pory cztery ( w 2014 wypuszczono Vice LTD, którą ciężko szło upolować ze względu na bardzo ograniczoną ilość egzemplarzy). Palety Vice od słynnych Naked różną się tym, że posiadają bardziej kolorowe odcienie, których jest nie sztuk 12x1.3g a 20x0.8g. Posiadają oczywiście przeróżne wykończenia, zarówno matowe, satynowe, metaliczne czy z drobinkami. Do każdej palety Vice dołączony jest zawsze dwustronny pędzelek, którego i tutaj nie zabrakło, ale tym razem firma wprowadziła małą zmianę i sama kasetka jest cieńsza od swoich poprzedniczek, co czyni ją bardziej poręczną i dodatkowo nie ma ona żadnego zatrzasku, zamyka się na magnes. Dołączono również do palety bardzo ładny pokrowiec, w którym można ją przechowywać lub z powodzeniem przeznaczyć go np. na kosmetyczkę dla pędzli. Wracając jeszcze do wykończeń samych cieni. Z większością nie ma problemu, są porządnie napigmentowane, miękkie, dobrze się rozcierają i trwają na powiece cały dzień, ale kilka z nich obowiązkowo wymaga użycia bazy aby wydobyć kolor w pełni. Najgorzej pracuje się z cieniem Brokedown, który na swatchu prezentuje się pięknie, lecz osypuje się jak żaden inny z całej palety i ma najbardziej tępą konsystencję. Maty są tutaj nieco bardziej kredowe jednak ich masełkowa konsystencja ułatwia cały proces aplikacji, kilka z nich posiada mikro drobinki, których i tak nie widać na powiece. Podoba mi się, że w cieniach metalicznych i perłowych, które posiadają drobinki, brokat nie wędruje na wszystkie strony, ale kilka cieni może się osypać przy nakładaniu dlatego lepiej odpowiednio temu zaradzić wcześniej. Podsumowując, ja z palety Vice 3 jestem ogromnie zadowolona, zwłaszcza że większość cieni jest w tonacji ciepłej, a taką lubię szczególnie. Piękne kolory, z którymi pracuje się miło i przyjemnie, czego chcieć więcej.
Zapraszam na zdjęcia ;)


TRUTH - bardzo jasny, blady matowy róż
UNDONE - jasny matowy ciepły beż z mikro drobinkami
DOWNFALL - średni, bardzo ciepły matowy brąz
DTF - średnio ciemny szaro-brązowy mat z mikro drobinkami

DRAGON - ciepły,średnio zielony z perłowym blaskiem
FREEZE - jasny niebieski z metalicznym wykończeniem
HERIONE - matowy, głęboki granat z subtelnymi mikroperełkami
BROKEDOWN - ciepły, złoty brąz z domieszką oliwki o metalicznym wykończeniu

VANITY - średnio-ciemny, ciepły, śliwkowy fiolet z satynowym blaskiem
LUCKY - ciepła, metaliczna miedziana pomarańcz
REIGN - połyskujący średnio-ciemny bogaty satynowo złoty brąz
BOBBY DAZZLE - metaliczny,ciepły biały odcień z licznymi iskrzącymi drobinkami

ALIEN - średnio-jasny złoty, połyskujący róż przechodzący w brzoskwinię (trochę taki duochrom)
ALCHEMY - ciepła satyna, jagodowo różowa z czerwonymi podtonami
BONDAGE - połyskujący,ciemny, bardzo głęboki bordowy fiolet
SONIC -średni metaliczny czerwono pomarańczowa ciepły odcień

LAST SIN - metaliczny, jasny, ciepły, szampański beż
ANGEL - ciepły,średni brązowo-szary o połyskująco metalicznym wykończeniu
DEFY - ciemny, szaro-brązowy mat o chłodnym odcieniu
REVOLVER - delikatna satyna o szaro węglowym odcieniu ze srebrnym połyskiem

Swatche robiłam palcem bez użycia bazy, starając się oddać jak najbardziej rzeczywisty kolor cieni
TRUTH, UNDONE, DOWNFALL, DTF
DRAGON, FREEZE,  HEROINE, BROKEDOWN
VANITY, LUCKY, REIGN, BOBBY DAZZLE
ALIEN, ALCHEMY, BONDAGE, SONIC
LAST SIN, ANGEL, DEFY, REVOLVER

The Body Shop, Almond Hand & Nail Cream/Krem do rąk i paznokci

wtorek, 6 stycznia 2015



Firmę The Body Shop do niedawna znałam jedynie z maseł do ciała, które swojego czasu namiętnie kupowałam. Potem mój zapał osłabł i TBS poszedł w odstawkę. W zeszłym roku na wielu blogach pojawiały się wpisy o różnych produktach znanej marki, którymi były nie tylko masła do ciała, ale również kremy, szampony, żele i inne produkty, co ponownie zachęciło mnie do przekroczenia progu sklepowego TBS, by wypróbować coś nowego czego do tej pory nie posiadałam. Jedną z nieznanych mi rzeczy były między innymi kremy do rąk i to właśnie o jednym z nich będzie dzisiejsza notka. Chciałabym pokrótce opisać moje spostrzeżenia na temat migdałowego kremu do rąk i paznokci, który przeznaczony jest do wszystkich typów skóry. Jest on produktem do codziennej pielęgnacji, zawierającym między innymi olejek ze słodkich migdałów, który ma zapobiegać utracie bariery lipidowej oraz nawilżać i wygładzać. W składzie występuje także olejek z soi organicznej, którego zadaniem jest lekkie natłuszczanie oraz masło shea mające zmiękczać skórę. Krem dostępny jest w dwóch rozmiarach 30ml i 100ml. Ja posiadam większą tubkę, którą nabyłam w promocji -50%, więc zakup jak najbardziej się opłacał.


Krem zamknięty jest w aluminiowej tubce, co dla mnie jest nowością, ponieważ do tej pory wszelkie kremy, z którymi miałam styczność były w miękkich gumowych opakowaniach. Zawsze sądziłam, że takie aluminiowe rodzaje tubek skazane są prędzej czy później na niechciane pęknięcia gdzieś po bokach, ale zużyłam już ponad połowę zawartości i jak na razie wszystko jest w stanie nie wskazującym na jakąś awarię. Mam nadzieję, że będzie jak do samego końca. Drażnić jedynie może rodzaj zakrętki, która przez swój malutki rozmiar u osób rozkojarzonych często może gdzieś spadać i się zapodziewać. Na szczęście jeszcze nie miałam z tym większego problemu, więc nie jest to dla mnie żadnym minusem. Ale przyznaję, irytować czasami potrafi.


Zapach kremu jest bardzo intensywny, zdecydowanie migdałowy. Kiedyś takie mocno perfumowane produkty pielęgnacyjne niesamowicie mnie drażniły, a sama woń migdała strasznie odrzucała. Kobieta jednak zmienną jest i obecnie nie mam nic przeciwko takim wyraźnym zapachom, a ten słodko-migdałowy jaki serwuje nam krem The Body Shop w pewien sposób mnie intryguje. Jednak uprzedzam, że dla osób mających wrażliwy nos, lub ceniących sobie kremy pachnące subtelnie raczej nie będzie on dobrym wyborem.
Po zapachu kolej na konsystencję, która jest w przypadku tego produktu o wiele rzadsza niż w typowych kremach do rąk, a przynajmniej w tych z którymi ja wcześniej miałam styczność. Mnie taka lżejsza formuła bardzo odpowiada, zwłaszcza, że krem jest lekki i nie pozostawia uczucia lepkości, którego nienawidzę, a natrafiałam na wiele takich ''lepików'', które zawsze wywoływały u mnie dyskomfort. Zatem krem TBS ma ogromnego plusa za brak niemiło klejącej się na dłoniach warstwy. Polubiłam go również za błyskawiczne wchłanianie się w skórę, co pozwala na aplikację w pośpiechu, gdy brakuje nam czasu. Dłonie rzeczywiście są po tym produkcie przyzwoicie nawilżone, a skórki miękkie i ładnie zregenerowanie, ale po pierwszych zachwytach szybko zauważyłam pewne minusy. Otóż niesamowicie przyzwoite działanie kremu trwa dosyć krótko. Wszystko jest super tylko przez pewien moment od aplikacji i stosunkowo szybko nie czuć już nawilżenia, mimo iż skóra nadal jest miękka i przyjemnie gładka. Wiem, że brzmi to dziwnie, ale tak to u mnie wygląda. Nie wiem czy jest to tylko moim problemem, ponieważ nie ukrywam, że moje dłonie bardzo łatwo się przesuszają i często potrzeba im porządnej regeneracji, czy może osoby stosujące ten krem także mają podobne odczucia. Uważam, że nie jest to krem, który obowiązkowo każda z nas musi posiadać, ale mimo swoich wad jest w tym produkcie coś co sprawia, że chcę go nakładać na dłonie. I chociaż uczucie szorstkości skóry powraca całkiem szybko, to sama aplikacja oraz działanie są wystarczająco miłe. Gdyby tylko komfort jaki zapewnia utrzymywał się dłużej byłby to pretendent do moich ulubieńców, a tak jest tylko dobry krem, do którego nie wiem czy koniecznie powrócę.

Stosowałyście migdałowy krem do rąk The Body Shop?
Co o nim sądzicie? Lubicie czy wręcz odwrotnie?

Cena: 11£/5£
Pojemność: 100ml/30ml
Ważność: 12 miesięcy od otwarcia

Skład:

Soap&Glory, Thick&Fast Flash Extensions High Definition Collagen Coat Mascara

poniedziałek, 5 stycznia 2015



Minęło już sporo czasu od mojego ostatniego wpisu na temat jakiegoś tuszu, ale tak się składa, że często powracam do tych sprawdzonych, ponieważ zwykle obawiam się kupować coś nowego, nieznanego. Wiem również bardzo dobrze, że powinno się je wymieniać dosyć często, wiele osób pozbywa się swoich ''starych'' tuszy już po 3 miesiącach, ale ja dziwnym trafem korzystam z nich nieco dłużej. Dopóki nie wysychają, są ciągle w użyciu, niektórych może to dziwić, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale mnie pojedynczy tusz starcza zwykle na okres 5 miesięcy. Oczywiście jeśli taki gagatek źle spisuje się na moich rzęsach, rozmazuje się lub kruszy, szybko ląduje w koszu, ale dochodzi do takich sytuacji rzadko, z racji tego ,że jak już pisałam, trzymam się zwykle tych samych produktów. Wyjątki jednak się zdarzają i tak było z maskarą, która służy mi obecnie.
Moim ostatnim zakupem z przed  dwóch miesięcy był tusz Soap&Glory Thick&Fast Mascara. Jak zwykle, trochę obawiałam się czy aby na pewno będzie to dobry wybór, jednak chciałam czegoś nowego, a sprawdzone tusze Max Factor już mnie trochę nudziły.


W ofercie jest tylko jeden kolor, tradycyjna czerń o nazwie Film Noir, zatem fanki brązowych maskar mogą nie być zainteresowane tym produktem. Ja na swoich rzęsach toleruję wyłącznie czerń, im głębsza i wyrazista tym lepiej, więc mnie to zupełnie nie przeszkadza. A skoro już przy kolorze jesteśmy to szybko go określę. Tusz ma jak najbardziej mocny odcień czerni, nie jest w żadnym wypadku matowy, dlatego już na wstępie zyskuje u mnie pierwszy plus. To taki typowo węglowy kolor.


Ciekawa jest tutaj szczoteczka, której spiralne włoski nie są regularnej długości. Z jednej strony są dłuższe, z drugiej natomiast widać że są znacznie krótsze, starałam się ująć to na zdjęciach. Takie rozwiązanie jest bardzo pomocne podczas malowania rzęs, ponieważ tusz pokrywa je dokładnie z każdej strony.
Wielkość szczoteczki należy do tych standardowych, więc raczej nie ma obawy, że przez przypadek puknie nas w oko, czy odbije się na skórze. Tusz nabiera się na nią w bardzo przyzwoitej ilości, dlatego nie zachodzi potrzeba pozbywania się nadmiaru, co niektóre szczoteczki lubią nam fundować. Rzęsy już po pierwszej warstwie są ładnie podkreślone, określiłabym to jako subtelne podrasowanie. Mnie taki efekt satysfakcjonuje, ponieważ ja nie należę do osób, które lubią przerysowany widok rzęs, takich co kojarzą się z posklejanymi, pajęczymi nóżkami. A tusz Soap&Glory zapewnia właśnie naturalny efekt, dzięki któremu moje rzęsy nadal wyglądają jak moje, ale są wyrazistsze. Maskara rzęs nie pogrubia za bardzo, za to ładnie je przyciemnia i wydłuża. Jest bardzo trwała i nie rozmazuje się w ciągu dnia, więc chwała jej za to. Nie tworzy żadnych grudek, które jak wiadomo są uporczywe bo niszczą cały efekt. Rzęsy nie są posklejane, szczoteczka bardzo ładnie je rozczesuje i nie trzeba wkładać w to większego wysiłku. Plusem jest również brak uczucia sztywnych rzęs, nawet dotykając ich po pomalowaniu, są nadal giętkie i nie obciążone.
Jedyną wadą jaką zaobserwowałam jest trudniejsze pozbywanie się maskary podczas demakijażu. Delikatniejsze produkty często nie zmywają jej za pierwszym razem i muszę poświęcić temu nieco więcej czasu. Potwierdza to poniekąd, że tusz jest rzeczywiście bardzo trwały, ale wolałabym chyba aby był mniej oporny na środki czyszczące. Poza tym nie widzę w nim żadnych wad. Konsystencja jest nadal taka sama jak zaraz po otwarciu i nic nie wskazuje na jej nagłą zmianę.


Cieszę się, że sięgnęłam po tusz Soap&Glory, ponieważ okazał się bardzo przyzwoitym kosmetykiem upiększającym. Coraz bardziej przekonuję się do kolorówki tej firmy, która uważam jest trochę przez innych niedoceniana. Nie jest może bardzo rozbudowana, ale swoje mocne punkty ma. Dla wszystkich fanek tuszy do rzęs, które obowiązkowo malują rzęsy gorąco polecam ten z Soap&Glory. Ja z tej maskary jestem bardzo zadowolona.

 Poniżej można zobaczyć jak tusz wygląda na moich rzęsach. Użyłam jednej warstwy, bo tak przeważnie się maluję. Reszta twarzy jest ''goła'' więc proszę wybaczcie za wszystkie widoczne niedoskonałości.
 Cena: 10.50£
Pojemność: 10ml
Ważność: 6 miesięcy od otwarcia
Skład:
 
template design by designer blogs