Strona Główna

Estée Lauder, podkład Perfectionist Youth-Infusing

wtorek, 29 grudnia 2015


Moja przygoda z podkładami Estée Lauder nie należy do najlepszych. Liczyłam, że zdanie zmienię dzięki Perfectionist Youth-Infusing, ponieważ zbiera sporo pochlebnych opinii, a i same obietnice producenta są zachęcające. Na hasła brzmiące - bardziej promienna, pełna blasku skóra zawsze reaguję pozytywnie, a że podkład ma być beztłuszczowy, bezzapachowy, nie wywoływać trądziku i dodatkowo optycznie redukować widoczność linii oraz zmarszczek tym bardziej zachęciło mnie to do zakupu.



Jak zwykle z recenzją zwlekałam bardzo długo, ale było to spowodowane wieloma podejściami do tego podkładu, które za każdym razem nie dawały mi oczekiwanego rezultatu. Jako że należę do osób niezwykle wymagających, musiałam mieć pewność, co do ostatecznego werdyktu. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. Spoglądając na szklaną, elegancko zaprojektowaną buteleczkę, która została wyposażona w dobrze działającą pompkę oczami wyobraźni widziałam jak miło będzie korzystać z nabytego kosmetyku. Również po nadgarstkowych próbach wszystko wyglądał bardzo obiecująco. Czar zaczął niestety pryskać gdy podkład wylądował na twarzy.
To że moja cera jest trudna, podkreślam zawsze i zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie sprawić aby za sprawą makijażu była idealna. Jednak gdy nakładam podkład oczekuję jakiejś zmiany na lepsze, ujednolicenia i zakrycia drobnych niedoskonałości, natomiast gdy widzę, że po zastosowaniu podkładu moja skóra wygląda gorzej niż przed, to coś jest nie tak. A dokładnie takie doświadczenia mam po zastosowaniu podkładu Perfectionist Youth-Infusing.



Mój kolor to 2W2 Rattan (dostępny w UK w 21 odcieniach, w PL 6-ciu), jest średnim beżowym żółtkiem pochodzącym z gamy odcieni ciepłych (W-Warm). Ma niestety tendencję do utleniania, dlatego po kilku godzinach ciemnieje o jakiś 1 ton i robi się lekko pomarańczowy. Zjawisko dobrze mi znane jeśli chodzi o styczność z podkładami EL. Bardzo tego nie lubię, ponieważ szczególnie w chłodniejszych miesiącach wygląda to u mnie brzydko i sztucznie. Zmuszona jestem w tego typu sytuacjach kombinować z pudrami aby odpowiednio wyważyć kolor i w miarę wyglądać ''wyjściowo''.


Podkład posiada na tyle gęstą konsystencję, że nie spływa ze skóry ale nie należy też do kategorii tych zbitych i ciężkich. Sprawia wrażenie stosunkowo lekkiego, kremowego, natomiast ja go wyczuwam. Nie jest jakoś silnie obciążający choć nie da się ukryć, że komfort w trakcie noszenia makijażu do najprzyjemniejszych nie należy. Ja na przykład mam zawsze wrażenie, że jest go za dużo, albo coś dziwnego dzieje się z kosmetykami jakie nałożyłam na twarz. Specyficzny jest także zapach. Wyrazista woń migdałów i jakby drożdży nie każdemu może przypaść do gustu, mnie bardzo przypomina zapach podkładu MAC Studio Sculp, który też trochę podobnie zachowuje się na buzi. Najwięcej problemów za każdym razem sprawia mi aplikacja. Bez względu czy wykorzystam do niej pędzel, gąbeczkę czy palce, efekt i tak zawsze jest identyczny. Podkład wprawdzie rozprowadza się względnie łatwo, ale niestety nie przekłada się to na efekt końcowy. W trakcie aplikacji lubią pojawiać się smugi, które jeśli nawet uda się rozetrzeć, nie są tak straszne jak fakt podkreślania wszelkich porów w miejscach nawet mi niewiadomych. Każda sucha skórka jest uwydatniona, okolice nosa wyglądają fatalnie, a czoło wygląda jak u staruszki. Suchość skóry i efekt pudrowości to nie jest coś, co marzy mi się od podkładu. Wiem, że wszystko brzmi strasznie lecz tak ten kosmetyk działa na moją skórę. Cera jest postarzona o kilka lat, wygląda na zmęczoną, brak w tym przypadku jakiegokolwiek ujednolicenia, a podkreślenie każdego jednego pora jaki mam na twarzy nie jest czymś co pragnę uzyskać. Nie widzę tutaj również rozświetlania oraz nawilżania o jakim wspomina producent, wprawdzie efekt końcowy nie jest matowy, bowiem skóra ma lekko satynowe wykończenie, ale zamiast być rozpromieniona wygląda nieciekawie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Osobom poszukującym  silnego krycia odradzam, co najwyżej można wypracować tutaj krycie lekko średnie, ale nic więcej. O dokładaniu kolejnych warstw ja na przykład mogę zapomnieć, ponieważ wtedy jest tylko gorzej i bardziej przygnębiająco. Podkład wymaga zdecydowanego przypudrowania, w przeciwnym razie będzie się nierównomiernie ścierał. Ale co najdziwniejsze, zdarza się, że po użyciu pudru ostatecznie wygląda trochę lepiej niż solo. Niestety na twarzy jest nadal bardzo widoczny, czego darować mu nie mogę. Trwa na skórze poniżej przeciętnej normy, zwykle już po 4 godzinach waży się lub ściera tworząc dziwne placki. Na nieszczęście lubi mnie zapychać, ponieważ po jego użyciu wyskakują mi pryszcze:(
Bardzo liczyłam, że podkład Perfectionist Youth-Infusing będzie fajnym produktem na codzienne, zwykłe wyjścia, ale niestety gorzko się rozczarowałam. Z tak fatalnym podkładem nie spotkałam się już dawno i nawet nielubiany przeze mnie Designer Lift GA nie był aż tak kiepski. Ośmielę się nawet stwierdzić,że podkład EL jest moim największym rozczarowaniem kosmetycznym tego roku i jednym z najgorszych podkładów jakie używałam.

 Cena: 38£/45$/224zł
Pojemność: 30ml
Termin ważności: 24 miesiące od otwarcia

 Skład:

Urban Decay, Chill Makeup Setting Spray


Mgiełki utrwalające makijaż traktuję jako dodatkowy akcent, głównie w sytuacjach kiedy chciałabym aby makeup wytrzymał na swoim miejscu nieco dłużej niż zazwyczaj. Nie mam w tej kategorii jednego, wyjątkowego ulubieńca, ale po pomyślnym doświadczeniu ze sprayem All Nighter Urban Decay (pisałam o nim w tym poście), kwestią czasu było tylko wypróbowanie wersji Chill. Byłam bardzo ciekawa czy ta, podobnie jak oryginał będzie kompatybilna z moją skórą, ponieważ jej zadaniem jest dodatkowe chłodzenie oraz nawilżanie. A jako, że jesień i zima to okres kiedy cerę mam częściej odwodnioną aniżeli w pozostały porach roku, opcja nawilżania jest jak najbardziej wskazana.



Korzystanie z mgiełki Chill wygląda identycznie jak w przypadku wersji, którą posiadałam poprzednio. Gdyby jednak istniały jakieś wątpliwości przypomnę, że według zaleceń producenta spryskuję się nią twarz po wykonaniu makijażu z odległości 15-20cm, kreśląc 2-4 razy znak ''X'' albo ''T'', a wszystko to po uprzednim wstrząśnięciu butelką. Jednak tak naprawdę jeśli robię to po swojemu i na przykład wykonuję dowolne zygzaki i wężyki, to absolutnie działanie produktu nie jest gorsze czy słabsze. Sam proces, w którego trakcie spray osiada na skórze, uważam za bardzo przyjemny ale nie zauważyłam szczególnej różnicy pod względem właściwości chłodzących. Owszem przez moment czuje się jakby świeża morska bryza zraszała twarz, jednak identycznie doznania miałam w trakcie używania All Nighter. Zauważyłam także pewien minus podczas aplikacji, ma to związek z dozownikiem, który w trakcie rozpylania czasami wypuszcza jednocześnie kilka większych kropel, a te niestety nie są przyjemnym odczuciem gdy osiadają na skórze. Nie zdarza się to często, nie mniej jednak przy oryginalnej wersji nigdy nie miałam takiego problemu. Być może trafił mi się jakiś wadliwy dozownik, natomiast najważniejsze, że kropelki te po wyschnięciu nie są na skórze widoczne, to znaczy nie tworzą dziwnych plam ani tym podobnych zjawisk.
Mgiełka po zastosowaniu wchłania się w trakcie kilku sekund, ładnie zespalając wszystkie warstwy makijażu. Efekt pudrowości w mgnieniu oka zostaje zniwelowany, ale mam wrażenie, że przy cerze tłustej wersja Chill mogłaby okazać się zbyt bogata w substancje nawilżające. Mnie to nie przeszkadza, bowiem posiadam cerę suchą i  wszelkie produkty mające na celu dodatkową opcję nawilżającą są jak najbardziej wskazane. Z drugiej strony w moim odczuciu Chill nie różni się od All Nighter aż tak bardzo jak sądziłam. Czasami mam nawet wrażenie, że jest gorsza pod względem utrzymywania makijażu przy życiu, bo zamiast mi go przedłużać, świecę się znacznie częściej co wpływa na rozwarstwianie się podkładu. Nie jest to zjawiskiem powszednim, ale nie ukrywam, że od czasu do czasu taki stan rzeczy zachodzi. Plus przyznaję za wydajność, subtelny, prawie niewyczuwalny zapach, a najważniejsze - brak zapychania i uczulania, bo o te dwie rzeczy u mnie nietrudno. Ogólnie mgiełka nie jest produktem złym, ponieważ swoje zadanie spełnia bardzo dobrze, jednak gdybym miała polecić wersję Chill, a All Nighter, to ta druga wydaje się jakby lepsza.

Cena: 21£/30$/115zł
Pojemność: 118ml
Termin ważności: 6 miesięcy od otwarcia

Skład:

Chanel, Vitalumiére Satin Smoothing Fluid (podkład rozświetlający)

piątek, 6 listopada 2015


Odpowiednio dopasowany podkład to wcale nie taka prosta sprawa, zwłaszcza kiedy ma się cerę wymagającą jak moja. Przy wyborze zawsze kieruję się opiniami osób z typem cery podobnym do mojej, starając się przy tym zebrać na temat danego produktu jak najwięcej informacji. Ale i tak wychodzi różnie. Podkład Chanel Vitalumiere interesował mnie na tyle, że po długich rozmyślaniach sprawiłam go sobie w lutym w urodzinowym prezencie. Zużyłam do tej pory ponad pół buteleczki, ale z recenzją wciąż nie potrafiłam się zebrać. Testowany był w chyba we wszystkich możliwych warunkach więc postanowiłam wreszcie coś na jego temat napisać. Jego zadaniem jest ożywianie poszarzałej, zmęczonej skóry. Vitalumiére ma formułę zawierającą substancje nawilżające, ochronne oraz odżywcze. Posiada rozświetlające pigmenty które maskują niedoskonałości cery takie jak przebarwienia czy płytkie zmarszczki, ma również filtr ochronny SPF15.


Pomimo że nie jestem jakąś fanatyczką idealnych opakowań i największą uwagę przywiązuję do samego produktu, to lubię gdy różnego rodzaju buteleczki flakoniki itp cieszą moje oczy. Nie ma takiej opcji żeby pięknie zapakowany kosmetyk był niechętnie przeze mnie użytkowany. Dlatego stwierdzić muszę, że opakowanie Vitalumiére bardzo do mnie przemawia, jest ekskluzywne z dozą prostoty. Buteleczkę czuć w dłoni, ponieważ wykonana została z grubego prześwitującego szkła, więc widać zarówno odcień jak i ubywający produkt. Podkład posiada standardową pompkę, która ma odrobinę wyszukany kształt, ale działa perfekcyjnie i można śmiało kontrolować wydobywającą się ilość, nawet tą najmniejszą. Napisy widoczne na opakowaniu po długotrwałym użytkowaniu nie ścierają się, więc całość po czasie nadal wygląda estetycznie.


Vitalumiére to tylko 8 odcieni i tak naprawdę wcale nie łatwo dobrać ten właściwy. Największy problem jest z odcieniami dla właścicielek wyjątkowo jasnej karnacji, ponieważ kolory wydają się być stosunkowo ciemne i wpadające w pomarańczowe tony. Ja posiadam 30 Cendre, ale nie jest to idealnie dopasowany kolor, bowiem aby taki uzyskać zmuszona byłabym mieszać go z 20 Clair. A zakupu dwóch sztuk nie miałam w planie. Cendre to zdecydowanie odcień dla osób o średniej karnacji, posiada tony ciepłe, na pierwszy rzut oka beżowo-żółte, ale w kontakcie z moją skóra delikatnie utlenia się na pomarańczowo, jednak zauważyłam że podkłady Chanel na mojej skórze zawsze są lekko pomarańczowe, dlatego też nie jestem ich największą fanką. Wybrany przeze mnie odcień najbardziej pasował gdy byłam trochę już opalona, po powrocie z wakacji był nieco za jasny, natomiast wiosną i obecnie, kiedy odcień mojej skóry jest jaśniejszy odrobinę mieszam go z innym jaśniejszym podkładem, aby móc go zużywać. Takie zestawienia zawsze pomagają mi w rozwiązaniu problemu z niepasującymi w danym okresie odcieniami podkładów.


Konsystencja podkładu Vitalumiére jest lejąca i mało treściwa, trochę przypomina mi MAC Face&Body, z tym że FB jest bardziej płynny. Dodatkowo posiada intensywny perfumowany zapach, który lubię ponieważ umila mi to cały proces aplikacji. I w tym miejscu zaczynają się większe problemy, bowiem podkład nie współpracuje ze wszystkimi narzędziami. Pędzle oraz palce w moim przypadku nie nadają się do użytkowania, ponieważ zostają mi po ich zastosowaniu brzydkie smugi, zresztą ja jestem zwolenniczką gąbeczki, a ta sprawdza się tutaj najlepiej. Podkład za sprawą Beauty Blendera rozprowadza się równomiernie, tworząc efekt drugiej skóry. Warunkiem jest  jednak użycie małej ilości podkładu, ja zwykle potrzebuję dwie pompki, ponieważ za gruba warstwa staje się nie tyle widoczna, co lubi z twarzy spływać. I to jest właśnie jedną z wad tegoż kosmetyku. Wiedziałam, że polecany jest dla cer suchych, ale nawet na mojej, która taka właśnie jest nie trzyma się jak należałoby. Szybko wyjaśniam o co chodzi. Otóż Vitalumiére jest podkładem, który na skórze nie zastyga, dlatego im więcej się go zaaplikuje to szybciej zaczyna migrować i z niej zjeżdżać. Z tego powodu nie wyobrażam sobie aby osoba z cerą mieszaną, o tłustej nie mówiąc miałaby go używać. Ja żeby zapobiec przedwczesnemu ścieraniu się, zawsze przed aplikacją pudru utrwalającego, porządnie odciskam nadmiar jedną warstwą chusteczki higienicznej, dopiero wtedy mam pewność, że makijaż jakoś przetrwa. Producent zapewnia o właściwościach nawilżających i tych nie można temu podkładowi odmówić, tyle tylko że nawet dla mnie jest za tłusty. Kiedy nakładam go na twarz, kosmetyk pomimo swej ciekłej konsystencji jest wyczuwalny. Mam wrażenie, że coś obkleja moją twarz, co niestety nie jest komfortowe. Cera świeci się aż nadto i chociaż lubię podkłady rozświetlające to w tym wypadku wygląda to na silne przetłuszczenie po kilku godzinach biegu, a nie naturalny blask. I właśnie z tego powodu odciśnięcie jego nadmiaru chusteczką jest koniecznością. Dopiero po tym zabiegu skóra wygląda naturalnie, jest ładnie rozświetlona i gotowa na utrwalenie pudrem, gdyż ten jest niezbędny. Podkład z powodu silnych właściwości nawilżających nie współgra u mnie z żadną bazą czy kremem odżywczym, najlepiej sprawdza się na kremie Effaclar Duo. Zakładam, że na bazie matującej spisywałby się lepiej ale takiej nie posiadam.
Vitalumiére to podkład zapewniający krycie słabe w kierunku średniego, który ładnie wyrównuje koloryt cery, ale nie ukrywa większych niedoskonałości jak silne przebarwienia czy blizny. Po przypudrowaniu wygląda na cerze bardzo ładnie i świeżo. Pozostawia wykończenie satynowo-silnie rozświetlające. Trwa mniej więcej 6 godzin, ale w tym czasie wymaga minimum dwóch porządnych poprawek. W trakcie noszenia lubi zbierać się w załamaniach gdy np. dużo mówię. Potrafi szybko ścierać się z nosa, dlatego wiosną kiedy mam alergię na pyłki, korzystanie z niego nie było najlepszym wyborem.
Uważam, że jest średni i pomimo, że na początku wygląda na cerze naprawdę poprawnie to nie nadaje się na całodniowe wyjście. Nawet dla mojej suchej cery jest za bardzo nawilżający, dlatego nie będę kupować go ponownie. Ale do sesji zdjęciowych sprawdza się idealnie.




Cena:36£
Pojemność: 30ml
Data ważności: 12 miesięcy od otwarcia

Skład:

Clarins, Instant Light Lip Comfort Oil, Raspberry 02

środa, 4 listopada 2015

 

Moim ustom poświęcam wiele uwagi przez cały rok, ale jesień i zima to okres kiedy troszczę się o nie szczególnie. Od jakiegoś już czasu nie mam z nimi większych problemów, jednak wiem, że wystarczy mała chwila zaniedbania i borykanie się z przesuszeniem oraz pierzchnięciem będzie gotowe. Używam więc pielęgnacyjnych produktów do ust regularnie, aby wszystko mieć pod kontrolą. Głównym strażnikiem w walce ze wszystkimi kłopotami jest Moisture Replenishing Lip Balm (jego recenzję można znaleźć tutaj), ale dodatkowo zawsze mam pod ręką jakiś jeszcze jeden produkt. Od niedawna takim wspomagaczem jest Instant Light Lip Comfort Oil, który podejrzewam wielu osobom może być znany, gdyż nie jest on żadną nowością.
Ale może zacznijmy od tego czym jest owy olejek. Od producenta możemy dowiedzieć się, że jest to upiększający produkt do ust, bogaty w olejki roślinne z orzechów laskowych, malin oraz organicznej jojoby. Ma za zadanie regenerować usta jednocześnie pokrywając je finezyjnym połyskiem. Dodatkowo zawiera odżywcze kwasy tłuszczowe, które chronią przed odwodnieniem, pozostawiając usta miękkimi i gładkimi.


Olejek zamknięty jest w opakowaniu wyglądem przypominającym prostopadłościan i chociaż w dłoni przez niewielkie rozmiary mieści się z łatwością, dla mnie przez swoją kanciastość jest trochę nieporęczny. W użytkowaniu zupełnie mi to nie przeszkadza, zwłaszcza że sama tubka wygląda bardzo solidnie i gustownie. Interesująco przedstawia się natomiast aplikator, który ma postać gąbeczki sporych rozmiarów. Jest ona sztywna, ale samo tworzywo posiada niesamowicie przemiłą i miękką teksturę. W trakcie aplikacji olejek nie spływa z aplikatora tylko wchłania się w gąbeczkę, dzięki czemu nanosi się na usta bardzo komfortowo. Do tej pory nie zaobserwowałam żadnego wyciekania olejku, gdy ten jest w pozycji innej niż stojącej, więc uważam, że opakowanie jest szczelne.
Kolor Raspberry 02, który myślałam, że nigdy nie trafi w moje ręce udało mi się kupić całkiem niedawno na stoisku Clarins w Boots, jest jednym z dwóch dostępnych w ofercie. Drugi to Honey 01, ale tak naprawdę uważam, że różnią się one tylko zapachem i odcieniem w opakowaniu, ponieważ olejek ust nie barwi, tylko nadaje im transparentne wykończenie. Wracając do wersji Raspberry, to nie wiem dokładnie dlaczego tak ciężko z jego dostępnością, gdzieś wyczytałam, że to kolor limitowany, ale ile w tym prawdy- nie wiem. Dla mnie najważniejsze jest, że po długim czasie wreszcie mam co chciałam, ponieważ od kiedy olejki pojawiły się w sprzedaży myślałam że nie uda mi się go już zakupić.


Ogromnym plusem jest według mnie zapach, który przywołuje na myśl słodki aromat świeżych malin w połączeniu z lizakiem. Bardzo owocowy, lekko cukierkowy aczkolwiek nie przesłodzony. znakomicie wpisuje się w mój gust. Generalnie lubię kiedy produkty do ust pachną ładnie i nie mają sztucznego chemicznego posmaku i tutaj obydwa warunki zostały spełnione. Kiedy olejek znajduje się na ustach aromat malin przez pewien czas jest nadal delikatnie wyczuwalny, nie jest to nic nachalnego, mnie wręcz bardzo się podoba. 



W trakcie aplikacji olejek rozprowadza się za dosłownie jednym pociągnięciem, ponieważ jego konsystencja należy do gęstej i bardzo treściwej, więc usta pokryte są nim momentalnie. Dodatkową rolę odgrywa tu również sam aplikator, gdyż jest duży i moje małe usta to dla jego rozmiarów żadne wyzwanie. Raz i dwa, a usta pięknie lśnią, kusząc zmysłowym wyglądem. Tak jak wcześniej wspomniałam olejek pomimo swojej malinowo wiśniowej barwy, ust na podobny kolor nie barwi. Jest to całkowicie transparentny produkt, który tylko subtelnie podkreśla ich naturalny odcień. W moim przypadku, gdzie pigmentację warg posiadam dosyć intensywną, efekt końcowy jaki otrzymuję, to minimalnie rozjaśnienie ust, ale praktycznie niczym nie różniące się od ich naturalnej barwy. I chociaż odcienia moich ust nie potrafię zaakceptować, tak po użyciu olejku Clarins wyglądają na tyle ładnie, że jestem w stanie przeżyć ich oryginalny kolor. Poza tym podoba mi się efekt optycznego powiększenia jaki uzyskuję dzięki olejkowi, ponieważ tafla jaką nadaje ustom jest niesamowita. Jest to wrażenie bardzo mokrych, wręcz tłustych ust, które może nie wszystkim się spodobać. Kiedyś nie specjalnie byłam fanką takiego rezultatu, obecnie lubię, ale pod warunkiem że makijaż jest odpowiednio wyważony. Gdy natomiast jestem w domu to wszystko mi jedno, tutaj i tak nikt mnie nie widzi ;) Zatrzymując się jeszcze na chwilę przy konsystencji, byłam pewna, że olejek ze względu na swoją treściwość i bogatą formułę będzie na ustach typowym kleikiem, nie do końca funkcjonalnym. Ale mile się zaskoczyłam, bowiem jest zupełnie odwrotnie. Olejek na ustach wcale nie jest zawiesisty, nie lepi ich brzydko, nosi się po prostu miło i komfortowo. Nie wypływa poza ich kontur, co czasami zdarza się przy tego typu produktach, on zwyczajnie tkwi tam gdzie go zaaplikuję.
Czy jest produktem odżywczym i regenerującym jak zapewnia producent? Otóż dla mnie olejek pełni rolę głównie upiększającą, jednak nie mogę odmówić mu właściwości nawilżających, bowiem takie mi zapewnia. Usta mam za jego sprawą miękkie, bez widocznych załamań. Gdy sporadycznie pojawiają się na nich suche skórki, po użyciu olejku stają się niewidoczne, ale nadal są wyczuwalne. Wadą dla niektórych może być krótki stan trwania na ustach, ponieważ zwykle po dwóch godzinach olejek muszę nałożyć ponownie. Dla mnie nie jest to ogromnym problemem, gdyż jestem przyzwyczajona, że z moich ust produkty kolorowe oraz pielęgnacyjne lubią szybko znikać, więc częstsza aplikacja nie przeszkadza aż nadto. Ale nie ukrywam, że olejek do najtrwalszych nie należy. I tak jeśli nic nie jem lub nie piję, to nawet daje radę wytrzymać dłużej, natomiast po kontakcie z jedzeniem czy piciem zwykle na ustach go nie ma. Kiedy z nich znika, efekt nawilżenia nie utrzymuje się zbyt długo, więc jeśli miałabym stosować go samodzielnie, to na dłuższą metę nie sprawdziłby się jako produkt chroniący mnie przed wysuszaniem i pierzchnięciem. Dlaczego? Bo mam usta wymagające i podatne na wszelkie występujące problemy, zatem muszę wspomagać się produktem działającym silniej i zdecydowanie dłużej. Nie oznacza to jednak, że olejku nie lubię, traktuję go jako przyjemny dodatek do pielęgnacji ust, który zarazem dopieszcza je wizualnie. 

Cena: 18£/24$/89zł
Pojemność: 7ml
Termin ważności: 18 miesięcy od otwarcia

Skład:

NARS, Pressed Powder, Eden

środa, 21 października 2015


NARS Pressed Powder jest trzykrotnie zmielonym prasowańcem o jedwabistej teksturze, który ma zapewniać delikatne naturalne krycie. Przeznaczony do utrwalania makijażu ma zmiękczać kolor i wygładzać powierzchnię skóry nadając w zarysie promiennego wyglądu. Miękka niewyczuwalna konsystencja pudru ma łatwo rozprowadzać się po twarzy utrzymując zdrowo wyglądającą skórę w ryzach, ponadto jest niesamowicie miałka w związku z czym ma nie nawarstwiać się. Puder ma wyrównywać koloryt cery, a także wchłaniać nadmiaru sebum co wiąże się z przedłużeniem trwałości makijażu. Idealny także do dyskretnych poprawek w ciągu dnia.



Puder dostępny jest w 7 odcieniach. Ja wczesną wiosną zdecydowałam się na Eden, który według opisu przeznaczony jest dla średniej karnacji z głębokimi żółtymi podtonami. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tym pudrem, dlatego do końca nie byłam pewna jaki będzie rzeczywisty kolor, ponieważ zamawiałam przez internet. Na żywo okazał się niestety dużo jaśniejszy niż oczekiwałam i pomimo ciepłych tonów, według mnie bardziej nadaje się dla jasnej i jasnośredniej karnacji NC20-25, niż średniej jak brzmi opis. Zakładam, że odcień Beach byłby bardziej odpowiedni, ponieważ jest nieco ciemniejszy. Z racji tego że kolor dobrałam źle, puder posłużył mi głównie wiosną gdy moja skóra była po zimie nadal blada, Chociaż i tak ten odcień nie do końca mi pasował. Wykorzystywałam go również latem w połączeniu z za ciemnym podkładem, który to Narsowy puder delikatnie rozjaśniał. Także pomimo nietrafienia z kolorem i tak potrafię radzić sobie z jego użytkowaniem. Liczę, że tej zimy zużyję go do końca.


Dołączoną do kompaktu gąbeczkę wyrzuciłam, ponieważ źle mi się z niej korzystało, a poza tym nie miała ona osobnej przegródki, więc nie widziałam sensu w trzymaniu jej. W środku umieszczona jest co prawda dodatkowa osłonka, która odseparowuje przed bezpośrednim kontaktem z produktem, jednak ja poprawki i tak wykonuję zawsze pędzlem który zabieram ze sobą do torebki, więc dla mnie taka gąbka jest zbędna. Samo opakowanie bardzo mi się podoba i chociaż jest to typowe gumowo-matowe tworzywo z jakiego wykonane są produkty NARS, ma w sobie coś co mnie urzeka. Jest czarne, proste, solidnie wykonane, z lusterkiem. Mam świadomość, że brudzi się łatwo i łapie wszelkie odciski, jednak wilgotną ściereczką można zabrudzeń pozbyć się raz dwa.



Prasowańca tego kupiłam z ciekawości, ponieważ bardziej interesuje mnie puder All Day Luminous, ale kolor który chciałam, był wtedy wykupiony, więc wyszło inaczej. Z rozbieżnych opinii na jego temat nie do końca wiedziałam czego spodziewać się, bo przez jednych uznawany był za zwykły bubel, a z drugiej strony liczne grono zaliczało go do swoich ulubieńców. Ja po czasie mogę umieścić swoje odczucia gdzieś pośrodku. 
Zacznę od oceny konsystencji. Puder rzeczywiście ma miękką i przyjemnie jedwabistą formułę, ale jednocześnie jest suchy. Odrobinę pyli podczas kontaktu z pędzlem, ale do włosia przylega aż za dobrze i z tego powodu konieczne jest otrzepanie nadmiaru znajdującego się na pędzlu produktu. 
Nie nadaje się do utrwalania podkładów mocno nawilżających, ponieważ zaaplikowany na bardziej mokrą skórę, wchłania się w nią tworząc brzydkie plamy, które ciężko porozcierać. Z kolei na podkładach posiadających wykończenie bardziej matowe staje się widoczny, bowiem lubi osiadać na włoskach, a że jest zdecydowanie pudrowy to na twarzy poniekąd robi maskę. Najlepiej współpracuje z podkładami o wykończeniu satynowym, ładnie stapia się wtedy nadając jednolity efekt.
Stopień krycia jaki zapewnia ten puder określiłabym jako lekki w kierunku średniego. Nie polecam nakładania zbyt wielu warstw, ponieważ czuć wówczas ściągnięcie i przesuszenie skóry. Użyty rozmyślnie będzie wyglądał naturalnie, utrzyma makijaż w ryzach przez jakiś czas, ale po kilku godzinach wymagane będą drobne poprawki, gdyż nie jest to puder silnie matujący. Ze względu na suchawą konsystencję zdarza się, że podkreśla suche skórki i drobne zmarszczki, czasami lubi wchodzić również w pory. Na zdjęciach z fleszem twarz często jest jaśniejsza od reszty ciała, dlatego nie polecam go przy ważniejszych wyjściach, chyba że komuś  taki efekt nie przeszkadza. 
Według mnie z tego pudru bardziej zadowolone powinny być osoby z cerą tłustą i mieszaną. Na mojej suchej sprawdza się średnio, ale nie uważam, że jest fatalny i należy mu się miano bubla. Wypracowałam odpowiednią metodę aplikacji i wiem w połączeniu z którymi produktami wygląda całkiem dobrze, jednak właścicielkom cer suchych odradzam.


Cena: 25£/36$
Pojemność: 8g
Ważność: 2 lata od otwarcia

Skład:

MAC, Eyeshadows/ Cienie do powiek cz.3

wtorek, 20 października 2015


Dzisiaj już ostatnia część z mojej sagi o posiadanych cieniach MAC. Jeśli ktoś zainteresowany jest dwoma poprzednimi wpisami to zapraszam do zerknięcia tu część I oraz tu część II. Na koniec pozostały mi dwa dolne rzędy z większej palety i żeby nie przeciągać przechodzę do krótkich opisów każdego koloru z osobna.

Coquette (Satin) - typowy odcień taupe, czyli szarobrązowy kolor, w chłodnej tonacji, z matowym wykończeniem. Ma delikatną, odrobinę suchawą konsystencję i na pierwszy rzut oka wydaje się być jasny, ale naniesiony na powiekę staje się dużo bardziej wyraźny. Rozciera się z łatwością, może być również stosowany do wypełniania brwi.


Cork  (Satin) - przytłumiony, średni brąz o matowym wykończeniu z ciepłymi tonami. Nie jest tak suchy jak Coquette, ma bardziej satynową formułę, doskonale sprawdza się jako kolor przejściowy oraz do zaznaczania załamania. Świetnie wygląda zarówno w makijażach dziennych jak i tych mocniejszych. Ma dobrą pigmentację, rozciera się bez problemów, nie osypuje.


Soba (Satin) - średni złoty brąz, posiadający złote mikrodrobinki, posiada bardzo ciepłe tony. Ma bardzo miękką formułę i w trakcie nabierania na pędzel lubi pylić, dlatego zużycie jest aż tak duże. Niemniej jednak ma świetne nasycenie koloru i dobrze rozciera się na powiece. Soba posiada aksamitną konsystencję i półmatowe wykończenie, złote drobinki na powiece są prawie niewidoczne. Jest to jeden z moich ulubionych kolorów, stosuję go zarówno solo, jak i w połączeniu z różnymi odcieniami.


Shale (Satin) - średniociemny odcień mauve. To przydymiony śliwkowy kolor, posiadający tony chłodne. Ma subtelny połysk, ale wykończenie jest zdecydowanie satynowe. Shale to cień o zbitej ale aksamitnej formule i dobrej pigmentacji.


Satin Taupe (Frost) - to ciemna szarość ze srebrnym blaskiem, przez którą przebija się odcień śliwki. Ma perłowometaliczne wykończenie, świetną pigmentację, kolor po roztarciu nadal jest intensywny, bardzo łatwy we współpracy. Satin Taupe cieszył się kiedyś sporym zainteresowaniem i wiele osób posiada go w swoich paletach, ja mam mieszane odczucia względem tego koloru. Jego wyjątkowością jest to, że na różnych odcieniach skóry potrafi wyglądać trochę inaczej.


Nocturnelle (Frost) - to średniociemny purpurowy z różowymi podtonami. Ma aksamitne wykończenie, ale na powiece wygląda na półmat. Jest nasyconym kolorem lecz bez bazy może na powiece wyglądać na nierównolity, źle roztarty. Nałożony na bazę, lub inny cień rozciera się dużo łatwiej. Posiada zbitą, odrobinę tępawą formułę.



Omega (Matte) - to delikatny przytłumiony beż z szarością, taki rodzaj średniego taupe. Jego konsystencja jest miękka i bezproblemowa we współpracy. Świetny do załamania powieki i rozcierania kolorów. Omega rewelacyjnie sprawdza się również przy wypełnianiu brwi u blondynek.


Patina (Frost) - to brąz zmieszany z szarym odcieniem, który niesamowicie połyskuje na złoto. Bardzo wyjątkowy kolor, wyróżniający się na tle pozostałych cieni jakie posiadam, mój zdecydowany ulubieniec. Nawet nałożony solo tworzy przepiękny makijaż, dlatego w pośpiechu lub braku pomysłu na oko, często korzystam z tej opcji. Ma dość zbitą konsystencję, więc najwygodniej aplikuje mi się go zbitym pędzelkiem.


Woodwinked (Veluxe Pearl) - wspaniałe ciepłe antyczne złoto, połączenie średniego brązu z połyskującym złotem, ma metaliczne wykończenie. Woodwinked posiada cudownie masełkową konsystencję, jest rewelacyjnie nasycony i niesprawiający kłopotów w trakcie aplikacji.


Mulch (Velvet) - średniociemny brąz z miedzianymi podtonami i złotobrązowym blaskiem, ma ciepłe tony i satynowe połyskujące wykończenie. Bardzo dobrze przylega do pędzla, w trakcie rozcierania prawie nie traci na intensywności, posiada zbitą formułę ale jest łatwy we współpracy.


Twinks (Veluxe Pearl) - to interesujące połączenie głębokiej śliwki ze złotym brązem . Odcień posiadający subtelną perłę, mający ciepłe tony. Twinks jest pięknym kolorem, ale ma bardzo zbitą konsystencję i w trackie aplikacji potrafi być kłopotliwy. Trzeba go nawarstwiać, ponieważ nałożony w zbyt dużej ilości może się osypywać. Pomimo tego utrudnienia bardzo ładnie wygląda na powiekach.


Sketch (Velvet) - burgundowy odcień zmieszany z dojrzałą śliwką, zawierający połyskujące mikrodrobinki, których na powiekach nie widać. Ma matowe wykończenie. Jego konsystencja jest bardzo twarda i sucha, wymaga bazy lub cienia przejściowego inaczej w trakcie rozcierania będzie niejednolity.



I na koniec cała paleta raz jeszcze.

 
template design by designer blogs