Strona Główna

Anastasia Beverly Hills, Clear Brow Gel/ Bezbarwny Żel Do Brwi

piątek, 28 listopada 2014


Prezentowany dzisiaj bezbarwny żel do brwi Anastasia Beverly Hills to mini wersja, którą dostałam gratis podczas zakupów na stronie BeautyBay, gdzie co jakiś czas robię głównie zamówienia pielęgnacyjne. Nigdy wcześniej nie korzystałam z takich żeli, a z racji tego, że produkty do brwi ABH są wychwalane przez wielu wręcz pod niebiosa, niezmiernie ucieszył mnie taki dodatek. Maleństwo, które do mnie przyszło, zawiera 2.5ml produktu, a więc trzy razy mniej niż posiada standardowa tubka. Nie wiem czy samo opakowanie różni się od wersji pełnowymiarowej, ale po przeglądnięciu zdjęć na stronie producenta nie zauważyłam rozbieżności, więc doszłam do wniosku, że chyba jest identyczne.
 Szczoteczka żelu jest bardzo sztywna i posiada spiralne włosie, które precyzyjnie nanosi preparat. Wyglądem przypomina standardową szczoteczkę do rzęs. Nic z niej nie ścieka, można wręcz odnieść wrażenie, że nie ma na niej grama produktu. O jego obecności zapewnia mnie natomiast zapach żelu. Jednak nie jest to nic przyjemnego dla nosa. Preparat okropnie śmierdzi alkoholem, co bardzo mi się nie podoba. Nie wiem czy tego typu produkty mają taki mocniejszy zapach, gdyż bezbarwnych żeli wcześniej nie używałam, ale jeśli tak, to chyba za bardzo do nich garnąć się nie będę. Działanie żelu jest z kolei bardzo dobre. Brwi po przeczesaniu szybko wysychają i stają się sztywne aż do momentu demakijażu. Nie są one absolutnie posklejane czy sztucznie wyglądające. Żel pięknie ujarzmia włoski, ale nie sposób go dostrzec. Nakładam go zarówno solo, jak i na cień do brwi i w obydwu przypadkach nadaje im niezwykle naturalny wygląd. Nie jest to produkt dla mnie niezbędny, traktuję ten żel raczej jako taki dodatek lub gdy koniecznie chcę ujarzmić moje brwi na cały dzień. Zapewne osoby borykające się z nieposłusznymi włoskami, które lubią wykręcać się w różne strony będą tym żelem zachwycone, ale ja aż tak mocno takich preparatów nie potrzebuję. Gdy go wykończę, raczej nie zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowanie, co prawda żel jest świetny, robi to, do czego został stworzony, jednak intensywny zapach alkoholu bardzo mi tutaj przeszkadza. 

Znacie bezbarwny żel do brwi ABH?
Co Wy stosujecie do ujarzmiania brwi?

Cena: 16.50£/22$
Pojemność: 7.93ml
Ważność: 6 miesięcy od otwarcia

 Skład:

L'biotica, Biovax, Intensywnie Regenerująca Maseczka Keratyna+Jedwab

czwartek, 27 listopada 2014


Pisałam niedawno o szamponie Biovax z Keratyną i Jedwabiem (recenzja tutaj), natomiast dzisiaj słów kilka o maseczce do włosów z tej samej serii. Zakupiłam ją niepewna efektów, ponieważ wszelkie odżywki i maski zwykle strasznie obciążały moje włosy dlatego zwyczajnie ich nie stosowałam. O maseczkach Biovax czytałam, że spisują się świetnie i mało kto na nie narzeka. Postanowiłam więc jakąś wypróbować, czemu by nie. Wybór serii z keratyną nie był przypadkowy, gdyż moim włosom często potrzebna jest regeneracja i odbudowa, a producent zapewnia o jednym i drugim.

Informacje producenta:

Maseczkę zakupiłam w zestawie z termocapem i jednorazową saszetką serum wzmacniającym z witaminą A i E. Czepek, mimo że zwykły, niczym się nie wyróżniający, okazał się bardzo przydatny. Samo opakowanie kosmetyku jest bardzo szczelne, ale ma trochę niewygodne otwarcie, które zamyka się dosyć ciężko. Na szczęście jakoś to poskromiłam. Konsystencja maseczki należy do gęstej, ale bardzo łatwo nabierającej się na dłonie, jest niezwykle kremowa, również bez problemu produkt rozprowadza się na włosach, szybko je pokrywając. Pachnie delikatnie, przyjemnie, ale zapach na włosach za długo się nie utrzymuje.


Producent zaleca stosować maseczkę na umyte, osuszone ręcznikiem włosy, poprzez wmasowanie jej w czuprynę oraz skórę głowy. Następnie dla uzyskania efektu intensywnej regeneracji i odżywienia należy nałożyć dołączony termocap i pozostawić maskę na 15 minut lub dłużej. Dla podtrzymania ciepła można dodatkowo owinąć głowę ręcznikiem. Z racji tego, że moje doświadczenia ze stosowaniem masek są bliskie zeru, robiłam tak jak proponował producent. Nie wiedziałam jedynie jaką ilość maski mam na włosy nakładać, ale szybko metodą kilku prób i błędów, ogarnęłam temat. Nie wiem jak to jest u Was, ale mnie spokojnie wystarcza mała ilość (mam włosy do ramion), ponieważ zbyt dużo maseczki niepotrzebnie obciąża moje włosy. Wypłukiwanie jej po całym zabiegu nie sprawia problemów, ciepła woda szybko i skutecznie ją wymywa i nie mam potrzeby korzystania z pomocy szamponu. Już w czasie zmywania maski czuć, że włosy są niesamowicie miękkie i śliskie. Potem jest tylko lepiej, czyli same ochy i achy. Włosy rozczesują się za pierwszym pociągnięciem szczotki. Po wysuszeniu są wspaniale lśniące i gołym okiem można zauważyć jak maska świetnie je wygładziła. Fryzura nabiera lekkości, włosy są cudnie jedwabiste oraz sypkie, czego zupełnie się nie spodziewałam. Ale to tylko przez złe doświadczenia z przeszłości. Włosy nie zyskują spektakularnej puszystości, nie są też oklapnięte i smętnie sterczące. Mimo, że korzystam z niej raz w tygodniu, efekty na moich cienkich włosach są zadowalające i nie potrzebuję częstszych aplikacji. Co prawda producent zaleca używać jej co 3-5 dni, jednak dla moich włosów jest to zbyt wiele. Rezultaty można zaobserwować nawet po jednorazowym stosowaniu, co w moim przypadku jest świetną sprawą, ponieważ bywa, że zapominam o niej i przerwy robię nawet na 10 dni. Najważniejsze jednak, że moje włosy lubią tą maseczkę i w przeciwieństwie do szamponu z serii Keratyna+Jedwab, śmiało stwierdzić mogę, że jest to znakomity produkt.
Dzięki tej masce, moje złe wyobrażenie o tego typu produktach nareszcie zostało zniwelowane. Teraz mam ochotę na więcej, ale wiem, że nadal muszę uważnie wybierać produkty. Gdy dodam do tego jeszcze regularność w stosowaniu, moje włosy powinny zawsze prezentować się nienagannie. Polecam tą maseczkę każdemu kto ma włosy przesuszone i wymagające odżywienia oraz regeneracji. Powinna sprostać wyzwaniu, moje włosy w każdym razie świetnie odbudowuje.

Miał ktoś tą maseczkę do włosów?
Jakie inne maski Biovax polecacie?

Cena: 13.99zł
Pojemność: 250ml

Skład:

Bielenda, Esencja Młodości, Nawilżający Płyn Micelarny

środa, 26 listopada 2014


Moja przygoda z płynami micelarnymi rozwija się coraz bardziej i jak na razie, stosowanie tego rodzaju kosmetyku fajnie urozmaica mój demakijaż. Oczywiście w mojej codziennej pielęgnacji nie jest to rzecz niezbędna, jednak przyjemnie uzupełnia cały proces oczyszczania twarzy. Micel z Bielendy, kupiłam zupełnie w ciemno, nie posiadając jakichkolwiek wiadomości na jego temat,a zachęciła mnie do niego informacja na etykiecie głosząca, że posiada kwas hialuronowy oraz witaminę B3. Sam wygląd butelki również wpłynął na moją decyzję, choć raczej nie sugeruję się oprawą opakowań takich produktów, to kolorystyka etykiety mnie urzekła. Według obietnic, micel oprócz oczywiście oczyszczania twarzy z makijażu, ma dodatkowo za zadanie zwężać pory, zapobiegać powstawaniu wyprysków oraz łagodzić podrażnienia, a że zmagam się z niedoskonałościami cery, wydawał się dobrym wyborem.

Informacja producenta:

W tym momencie proces oczyszczania mojej twarzy wygląda następująco. Pierwszy krok jaki wykonuję, to zmywanie makijażu olejem kokosowym, który o tej porze roku, rozprowadzam wacikiem, ze względu na jego stałą konsystencję. Następnie do akcji wkracza micel, a jego zadaniem jest oczywiście usunięcie resztek makijażu i pozostałości oleju kokosowego. Na końcu wszystko przemywam mokrą szmatką muślinową, aby mieć pewność, że nic nie pozostało na mojej skórze. Od kiedy wprowadziłam micele do stałej pielęgnacji, zawsze podczas pierwszych kilku użyć sprawdzam także jak sprawuje się on samodzielnie i właśnie na tym opierać będę swoją recenzję.
To, jak wygląda opakowanie płynu, widać na załączonych zdjęciach, czyli wiadomo, że jest przezroczyste i ma tradycyjny zatrzask, który jest bardzo solidnie wykonany, nie ma możliwości aby ''ot tak'' się otworzył. Micel jest perfumowany i zapach ten plasuje się na pozycji dość wyczuwalnej. Gdy stosowałam go samodzielnie (czyli bez oleju kokosowego) odczuwałam nieznaczne poszczypywanie, a po wyschnięciu delikatne napinanie skóry. Uczucie to było mi zupełnie obce podczas używania ostatniego micela z Tołpy, czy mojego pierwszego, osławionego micela Garnier. Tak więc z pośród tych trzech okazał się dla mojej cery najmniej komfortowy w użyciu. Kwestia najważniejsza, to oczywiście jak płyn zmywa makijaż. Otóż z podkładem, różem i cieniami radzi sobie całkiem dobrze, co nieco potrafi nie doczyścić, ale najgorzej nie jest, natomiast zwykłego tuszu nie domywa za nic w świecie. Przy demakijażu twarzy niezbędne jest zużycie minimum 3 dużych płatków kosmetycznych.
Kiedy stosuję ten płyn po użyciu oleju kokosowego, do szczypania skóry nie dochodzi, jednak bywa po nim nadal lekko ściągnięta. Ponieważ olej świetnie rozpuszcza makijaż, micel ma ułatwione zadanie i zmywa wszystko już dużo dokładniej. Natomiast samodzielnie stosować go nie lubię. Jest to bardziej taki produkt do tonizowania cery, niż zmywania z niej pełnego makijażu. Nie zaobserwowałam, aby powodował zwężanie porów czy łagodzenie podrażnień, ale również nie wpływa na pogorszenie stanu skóry. Jedynym dyskomfortem jest minimalne szczypanie, które odczuwałam podczas pierwszych aplikacjach. Zużyję go oczywiście do końca lecz więcej do niego nie powrócę, jeśli miałabym go ocenić to przyznałabym mu 6/10 punktów.

Stosowałyście nawilżający płyn micelarny z Bielendy?
Jakie micele Was zawiodły lub okazały się bublami?
Cena: 11.99zł
Pojemność: 200ml
Ważność: 12 miesięcy od otwarcia

 Skład:

L'biotica, Biovax, Intensywnie Regenerujący Szampon Keratyna+Jedwab

wtorek, 25 listopada 2014


Do szamponu Biovax Keratyna+Jedwab mam mieszane uczucia. Stosowałam go solo oraz w połączeniu z odżywką tej samej serii, ale mianem ulubieńca określić go nie mogę. Sprawował się na moich włosach dobrze lecz po pierwszych zachwytach, zaczęłam zauważać również jego liczne wady. Szampon zamiast z czasem wpływać na moje włosy coraz korzystniej, ich kondycję stopniowo obniżał. Producent zapewnia o efekcie odbudowanej struktury włosów, ich lekkości, puszystości oraz, że kosmyki staną się jedwabiście lśniące i miękkie. Obietnice te, a także wiele pozytywnych opinii o szamponach i odżywkach Biovax, zachęciły mnie do wypróbowania go na sobie. W końcu tylko po takich testach, możemy być pewni, czy produkt jest odpowiedni dla naszych indywidualnych potrzeb, czy też nie.

Informacja producenta:

Szampon pachnie subtelnie, nie zalatuje od niego niczym chemicznym, jednak nie potrafię dokładnie sprecyzować jego woni. Na włosach nie jest wyczuwalny, a szkoda, ponieważ ja lubię, gdy ze świeżo umytej czupryny roznosi się ładny zapach. Choć zapewne dla pewnej grupy jest to zaletą.


Pierwsza myśl, jaka nasuwa się po wydobyciu szamponu z butelki, to jego dosyć gęsta konsystencja, mnie kojarząca się z jakimś kleikiem lub czymś do niego zbliżonym. Za takową nie bardzo przepadam, zwykle szampony tego typu nie pienią się za dobrze, a przynajmniej takie jest z nimi moje doświadczenie. Opisywana wersja Biovax Keratyna+Jedwab od tej normy nie odbiega. To znaczy, pieni się, ale trzeba po pierwsze włosy namoczyć w 100%, ponieważ w miejscach gdzie będa one tylko lekko wilgotne, szampon pienić się nie będzie. Trzeba także użyć dużo więcej produktu niż zwykle, co wiąże się z jego małą wydajnością. Szampon nieznacznie włosy plątał, co czuć było już w momencie wypłukiwania go, ale większej tragedii nie robił. Zawsze miałam także wrażenie, że nie do końca zmywał się z moich włosów, ale to raczej nie miało wpływu na ich wygląd po wysuszeniu. Sprawiał natomiast, że były one nawilżone i miękkie, co mnie niezmiernie cieszyło, gdyż mam często problem z matowo wyglądającymi włosami, które przy skórze szybko się przetłuszczają, a na reszcie długości są suchawe.
I tutaj pojawia się dziwna sprawa, ponieważ po pierwszych użyciach, czy to samodzielnie, czy z odżywką z serii, moje włosy były dużo bardziej lśniące niż normalnie. Robiły się takie jakby grubsze, ale nie były obciążone. Ładnie się układały i były przyjemnie sypkie. Jednym słowem, efekt mi się podobał i myślałam, że trafiłam na szampon, który po dłuższym stosowaniu, świetnie zregeneruje mi włosy. Niestety, mniej więcej po zużyciu połowy butelki, efekt już mnie tak nie cieszył, było wręcz coraz gorzej. Włosy stawały się po kilkunastu minutach od wysuszenia oklapnięte, dziwnie płaskie. Nadal lśniły, jednak już nie tak spektakularnie jak po pierwszych użyciach szamponu. A ostatnim minusem jaki się objawił, było bardzo szybkie przetłuszczenie się włosów. Codzienne mycie głowy stało się obowiązkowe. Co prawda, ja włosy myję i tak każdego dnia, ale tutaj chodzi o to, że ich widok każdego, następnego ranka, sprawiał wrażenie niemytych włosów od co najmniej trzech dni. Nie wiem dlaczego szampon przestał po czasie wykazywać swoje pozytywne właściwości i stał się produktem, po który sięgałam niechętnie. Zawsze wypłukiwany był dokładnie, dlatego nie mogę znaleźć wytłumaczenia na takie dziwne rezultaty. Głowa mnie po nim nigdy nie swędziała, co myślę że warto również zaznaczyć. Mam do niego ogólnie mieszane uczucia, dlatego uplasował się u mnie, mniej więcej na takiej środkowej pozycji. Może przy kolejnej okazji wypróbuję jakiś inny szampon Biovax i wtedy chętnie porównam do tego z Keratyną+Jedwabiem.

A czy Wy lubicie szampony Biovax?
Miałyście może wersję intensywnie regenerującą Keratyna+Jedwab?

Cena: 13.99zł
Pojemność: 200ml

Skład:

KOBO, Mono Eye Shadow/Prasowany cień do powiek

środa, 19 listopada 2014


Pomiędzy mną a cieniami marki KOBO nie ma niestety specjalnej więzi. Mam w posiadaniu dwa cienie wypiekane, które pierwotnie zakupiłam nie w celu malowania powiek, a jako róż/rozświetlacz ( pisałam o nich tutaj ) . Sprawdziły się tak sobie. Myślałam, że może cienie tradycyjne dużo bardziej przypadną mi do gustu i sięgać po nie będę znacznie chętniej. W końcu według producenta są to wysokiej jakości pigmenty połączone z zaawansowaną technologicznie formułą, która pozwoliła stworzyć cienie o świetnej trwałości, przeznaczone do profesjonalnego makijażu. Formuła oil free zapewniać ma łatwą i precyzyjną aplikację produktu, który ma znakomicie przylegać do powieki i nie obciążać jej. Kolory jakie posiadam są jak najbardziej śliczne lecz prezentują się znacznie lepiej w opakowaniu niż na moich powiekach. Nie są najgorsze, tak stwierdzić nie mogę, ale niestety czegoś mi w nich brakuje.


Kobo wypuścił serię Mono Eye Shadow w opakowaniach oraz w formie pojedynczych wkładów. Ja wybrałam opcję pierwszą, ponieważ ku mojemu rozczarowaniu, wkłady były w sklepie jakieś pouszkadzane i pokruszone :/ Osobiście preferuję komponowanie własnych palet, dlatego wkłady są mi na rękę, ale odpuściłam sobie, po co komuś uszkodzony produkt. 
Pojemniczki są plastikowe i odkręcają się, co nie do końca mi się podoba, ale trudno, poradzić nic na to nie mogę.
Cienie, które znajdują się w moim posiadaniu to Apricot 129 i Golden Rose 205.


 Apricot 129, jest bardzo ciepłym, żółto-morelowym odcieniem, który ma wykończenie satynowe. Najładniej prezentuje się w opakowaniu, na swatchu wygląda już na trochę zabrudzony, natomiast na mojej powiece prawie go nie widać. O aplikowaniu go bez bazy nie ma mowy, ponieważ dziwnie wtapia się w skórę i przy nakładaniu kolejnych warstw zaczyna się brzydko rolować i osypywać. Na bazie natomiast jakoś ujdzie lecz efekt szału nie wywołuje. Chciałam używać go jako cień na całą powiekę, ale z racji słabej pigmentacji, nakładam go pod łuk brwiowy lub w kącik oka. Ogólnie korzystam z tego cienia sporadycznie.


Golden Rose 205. kolor ten rzucił mi się w oczy momentalnie. Jest pięknym duochromem, mającym odcień różu, który przechodzi w złoto. Na swatchu wygląda bardzo urokliwie, natomiast aby ten efekt osiągnąć na powiece konieczne jest użycie bazy. Jeśli jej nie zastosuję. ciężko dojrzeć wtedy wykończenie duochrom. Oprócz tego, aby cieszyć się pełnią możliwości tego koloru trzeba się trochę napracować, na co nie zawsze mam ochotę i czas. Może dlatego sięgam po niego rzadziej niż bym chciała.


Cienie mają formułę dosyć dziwaczną, przy kontakcie z palcem wydają się być wręcz masełkowate, natomiast nakładane pędzlem są jakieś tępawe. Bardzo kiepsko trzymają się pędzli, próbowałam różnych, więc nie jest to wina jednego, konkretnego egzemplarza. W związku z tym, że słabo przylegają do włosia, równie łatwo się z niego osypują, dlatego w moim przypadku, gdzie podkład nakładam najpierw, bywa to irytujące. ponieważ muszę poświęcać dodatkowy czas na poprawki. Cienie rozcierają się poprawnie, również bez większych problemów łączą się z innymi. Niestety nie wytrzymują całego dnia i nałożone nawet na bazę, potrafią się zbierać w załamaniu powieki. co wygląda brzydko. Próbowałm także aplikacji na mokro ale różnicy w intensywności nie zauważyłam, mam wręcz wrażenie, że kolory dużo szybciej bledną i się ścierają.
Podsumowując są to cienie, które na pierwszy rzut oka prezentują się wspaniale, lecz na powiekach już tak spektakularnie nie wyglądają, uważam że gdzieś po drodze popełniono jakiś błąd. Może Wy nie macie takich problemów z tymi cieniami i zachowują się one zupełnie inaczej niż na moich powiekach, ja jednak czuję spory zawód. Na szybki makijaż się nie nadają, a nie zawsze mam dużo czasu na pomalowanie się, dlatego sięgam po te kolorki jedynie okazyjnie.

Lubicie tą serię cieni KOBO?
Jakie kolory skradły Wam serca?

Apricot 129, Golden Rose 205

Cena: 17.99zł / wkład 9.99zł

Sally Hansen, Instant Cuticle Remover/Preparat do usuwania skórek

poniedziałek, 17 listopada 2014


Produkty Sally Hansen do pielęgnacji skórek i paznokci zachwyciły mnie od samego początku ich stosowania. Zaczęłam z nich korzystać dopiero w tym roku, choć znałam je dużo wcześniej i bardzo szybko przepadłam. Myślę, że obojętność na produkty firmy, spowodowana była moim małym zaniedbaniem własnych paznokci. To znaczy pielęgnowałam je, ale nie tak jak powinnam. Szczególnie mało interesowałam się skórkami. Wycinałam je od wielu lat żyletką (!), czego nauczyła mnie koleżanka, co oczywiście, czasami wiązało się z zacięciami. Jednak ileż można. Ponieważ paznokcie malować bardzo lubię, zdecydowałam wreszcie porządnie wziąć się za pielęgnację ogólną. Zaczęłam od nawilżania samych skórek dwoma preparatami, Cuticle Rehab oraz Healthy Cuticle Now ( więcej pisałam o nich tutaj i tutaj ). Kolejno zabrałam się za ich bezpieczne usuwanie. Tutaj posłużyłam się środkiem Instant Cuticle Remover, który dzisiaj chcę przedstawić. Jest to preparat do zmiękczania i usuwania  suchych skórek wokół paznokci, zawierający między innymi ekstrakty z rumianku, aloesu i zielonej herbaty.


Preparat znajduje się w małej tubce z nakrętką i zakończony jest wąskim dozownikiem. Jego otwór jest malutki, więc można bardzo precyzyjnie aplikować produkt na wybrane miejsca. Instant Cuticle Remover ma postać przezroczystego żelu, choć w buteleczce wydaje się być niebieskawy. Ponieważ konsystencja jest żelowa, sam produkt nie spływa ze skórek, a my nie musimy się nim babrać. Zapachu również żadnego w nim nie wyczujemy ( ani kwiatowego/owocowego, a już na pewno alkoholowego), więc wszystkie osoby, dla których jest to znaczącą kwestią mogą być spokojne.


Producent zaleca aplikację cienkiej warstwy preparatu, na suche skórki wokół paznokci. Po 15 sekundach należy je delikatnie usunąć patyczkiem, a następnie dokładnie umyć ręce w ciepłej wodzie z mydłem. W przypadku bardziej zgrubiałego naskórka, czas przetrzymywania żelu można wydłużyć do 1 minuty. Wszystko ma zatem trwać krótko i cały zabieg nie ma być skomplikowany. Ja z aplikacją i pozostałymi czynnościami nie mam jakichkolowiek problemów. Preparat nakładam najpierw na jedną dłoń, odczekuję minutę i zabieram się za odsuwanie skórek drewnianym patyczkiem, który jest przeznaczony do tego użytku. Gdy skończę jedną dłoń biorę się za drugą i czynność powtarzam. Potem myję dłonie i voilá. Efekt jak po wizycie w salonie. Jeśli chodzi o czas, początkowo stosowałam się ściśle do zaleceń producenta, czyli nie trzymałam żelu na skórkach dłużej niż 1 minutę, ale przyznaję się, że zdarzyło mi się ten wyznacznik kilka razy przekroczyć i nic złego się nie stało. Mimo wszystko staram trzymać się granicy 60 sekund. Tak na wszelki wypadek. Ku przestrodze: żelu nie powinno używać się na uszkodzone skórki oraz częściej niż dwa razy w tygodniu.
Po przebyciu pierwszych zabiegów stwierdzić muszę, że skórki nie rozpuszczały się do końca i czasami jakieś resztki pozostawały, ale w bardzo krótkim odstępie czasowym ( mniej więcej po 3 tygodniach), preparat pozwolił mi na całkowite ich usuwanie. Przez cały czas stosuję także wymienione wcześniej środki do nawilżania okolic skórek, więc one zapewne dodatkowo wpływają na to, że skórki usuwa mi się łatwiej, a przynajmniej tak zakładam. Dużo również czytałam opinii, że tym żelem nie da się rozpuścić ich wcale. Moim zdaniem związane jest to z indywidualną kondycją skórek właścicielek. Logicznym wydawać powinno się, że im twardsze one są, tym więcej zabiegów potrzeba będzie na odpowiednie ich zmiękczenie i dopiero po czasie będą rozpuszczać się zupełnie. Ja sama nie miałam skórek twardych, gdy zaczynałam używać ten preparat, a mimo to, dopiero po kilku jego zastosowaniach widziałam idealne rezultaty.
Instant Cuticle Remover przy regularnym używaniu spowolnił wzrost moich skórek. Dzięki niemu mogę szybo i skutecznie wykonywać pełny manicure, nie muszę również obawiać się teraz zacięć, do jakich dochodziło gdy skórki wycinałam. Wszystko odbywa się  przyjemnie, ze świetnymi efektami. Na dzień dzisiejszy produkty Sally Hansen są moimi ulubionymi, jeśli chodzi o pielęgnację skórek i ich okolic i mam ochotę na zakup kolejnych, ponieważ asortyment mają ogromny.

Czy lubicie Instant Cuticle Remover równie mocno jak ja?
Jak Wy pozbywacie się skórek, macie ulubione metody/preparaty?

Pojemność: 29.5ml
Skład:

Alterra Lippenpflege Bio-Kamille/ Pomadka do ust z rumiankiem BIO

piątek, 14 listopada 2014


Sztyft ochronny od Alterra, to trzeci produkt firmy, który po przygodzie z szamponami, dane mi było stosować. W moim posiadaniu znalazła się wersja pomadki z rumiankiem BIO. którą początkowo stosować miałam w celu odżywienia rzęs. Tak. rzęs, ponieważ wiele czytałam, że sprawdza się w tym przypadku bardzo przyzwoicie, pozwala im na regenerację, a nawet porost. Tak naprawdę zaniechałam ten zamiar, ponieważ gdy zagościła ona na moich ustach, stwierdziłam, że jest na tyle świetna, że jednak będę korzystać z niej w sposób jaki pierwotnie została przeznaczona. Postanowiłam sobie za to, że gdy następnym razem będę w PL. to kupię więcej sztuk, aby mieć zapas. zarówno do ust, jak i do zastosowania na rzęsy. Tak więc już na wstępie domyślić się można. że recenzja będzie pozytywna.

Informacja od producenta:

Wiem, że nie jest to wersja podstawowa, jednak nie mam pojęcia czym. ta którą posiadam, czyli BIO różni się od zwykłej rumiankowej. ponieważ jej nigdy nie miałam. Natomiast informacji na ten temat nie mogłam nigdzie znaleźć, więc liczę na wasze sugestie. Żeby jednak nie przeciągać szybko zacznę od konkretów. Na początek wrażenia wizualne. Opakowanie ma ładny design, z racji, że jest białe, kojarzy mi się z czystością. Wykonane jest z matowego plastiku, jakości nie najgorszej, nie ulega uszkodzeniom. Sztyft wysuwa się bez problemowo.
Jak widać na zdjęciu poniżej nowo otwarta pomadka ma żółtawy kolor, który jednak nie ma wpływu na zabarwianie ust i jest ścięta na płasko. Konsystencja jest bardzo zbita i początkowo myślałam, że nic z tego nie będzie. Na szczęście pierwsze wrażenie było błędne i mimo twardej spoistości okazało się, że podczas kontaktu z ciepłem ust, produkt przyjemnie się aplikuje. Tutaj przechodzimy zatem do kolejnego punktu, czyli stosowania. Pomadka bardzo łatwo wtapia się w usta i wystarcza dwukrotne rozprowadzenie jej na wargach, w celu ich nawilżenia. Dzięki temu, że jest tak mocno zbita przekłada się to na jej wydajność, oczywiście w znaczeniu pozytywnym. Kwestia zapachu jest nieco sporna, ponieważ ja nie wyczuwam w niej nic, natomiast bywa że gdy zdarzy mi się polizać ust, mam wrażenie dziwnego posmaku.
Moje usta często są przesuszone i mimo iż dbam o nie regularnie, bardzo łatwo tracą wilgoć. Bywa wtedy tak, że w przypadku innych pomadek ochronnych potrzebuję rozprowadzać je nawet szcześciokrotnie lub więcej, aby czuć właściwy komfort. Alterra z rumiankiem BIO różni się od większości z nich właśnie tym, że wystarcza użyć jej raz i już czuć odmianę w nawilżeniu. Nie sądziłam, że będę nią tak zachwycona, a tu proszę. Wyszła z tego duża miłość. 
Pomadka dostarcza świetne natłuszczenie, usta dzięki niej stają się miękkie i bardzo szybko regenerują się, gdy są w gorszej kondycji. Czuć ją przez długi czas, co wiąże się oczywiście z dłuższym komfortem w ciągu dnia. Sztyft nadaje ustom przyjemny połysk, jest także idealną bazą pod szminki, które często noszę. Nie powoduje ich rolowania, a nawet zauważyłam, że nieznacznie przedłuża ich trwałość. Czy można oczekiwać czegoś więcej? Pomadka swoją rolę spełnia świetnie i szczerze uważam, że jest lepsza od sztyftu ochronnego z Nuxe (więcej tutaj), który lubię bardzo, ale porównując wydajność, właściwości i cenę, Alterra moim zdaniem zdecydowanie wygrywa. 

Lubicie pomadki ochronne Alterra?
Stosujecie je może również na rzęsy? Jeśli tak, to chętnie poczytam o efektach waszych kuracji.



Cena: ok 5zł
Pojemność: 4.8g

Skład:

MAC, Face and Body Foundation/ Podkład do twarzy i ciała

piątek, 7 listopada 2014


Dawno nie było u mnie recenzji żadnego podkładu, a tak się składa, że już od sierpnia w moim posiadaniu znajduje się Face and Body Foundation, więc wreszcie wypadałoby coś o nim napisać. Tym bardziej, że przerobiłam go na większość możliwych sposobów, więc zdanie mam o nim nieźle wyrobione.
 O tym podkładzie słyszałam od bardzo dawna, wiele osób rekomendowało go jako idealny, między innymi na lato, ponieważ ma lekką formułę, nadającą się dla skóry suchej, czyli takiej jak moja. Ja jednak przez długi okres czasu wciąż patrzyłam na niego sceptycznie i  nie wykazywałam większego zainteresowania w jego kierunku. Sama nie wiem co tak bardzo mnie zniechęcało do zakupu tego podkładu. Głównie obawiałam się słynnej wodnistej konsystencji i krycia, którego miało wręcz nie być żadnego oraz za pomarańczowego koloru po wcześniejszych, nie do końca udanych przejściach ze Studio Fix oraz ProLongwear. Moje obawy były na szczęście niepotrzebne, ponieważ Face and Body okazał się jednym z lepszych podkładów jakie dane było mi do tej pory używać.


Według opisu producenta to podkład na bazie wody, o wodoopornej formule, która zapewnia długotrwałe krycie twarzy oraz ciała. Polecany jest do wszystkich typów skóry, zapewnia połysk, a także naturalnie wyglądające krycie.  Rewelacyjnie sprawdza się również podczas sesji zdjęciowych. Produkt jest dostępny w szerokiej gamie odcieni, występującej w dwóch grupach kolorystycznych: N (dla cer w odcieniach neutralnych/beżowych) i C ( dla cer z tonami żółtymi). Dostępny jest również odcień White, idealny do rozjaśniania za ciemnych kolorów podkładów, ale ostatnio nie mogę go nigdzie dostać. Face and Body występuje w dwóch pojemnościach 50ml oraz 120ml. Ja na początek zdecydowałam się na mniejszą, tak na wszelki wypadek, gdyby coś poszło nie tak, ale teraz gdy już wiem, że się polubiliśmy, to kolejne opakowanie kupię już w tej większej pojemności. Jest to również znacznie bardziej opłacalne cenowo.


Podkład znajduje się w miękkiej buteleczce z nakrętką i posiada wąski dozownik z dziurką. Ponieważ otwór jest niewielki, produkt wydobywa się bez kłopotów i nie tracimy przy tym niepotrzebnej ilości. W związku z tym, że jest to podkład na bazie wody, przed każdym użyciem należy nim porządnie wstrząsnąć, aby wszystkie składniki ze sobą się zmieszały. Słychać wtedy niezły odgłos chlupotania.
Konsystencja rzeczywiście jest rzadka i lejąca, ale w kontakcie ze skóra odrobinę gęstnieje. Zapach jaki ma ten podkład całkowicie odróżnia go od pozostałych z rodziny MAC. Większość z nich krótko mówiąc, wali jakby farbą, a tutaj czuć zupełnie coś innego. Nie jest to może najpiękniejszy zapach podkładu jaki znam, ale zdecydowanie pachnie przyjemnie i świeżo, odrobinę cytrusowo. 
Aplikować można go zarówno dłońmi, pędzlami czy gąbeczką, z czego ja oczywiście najchętniej wybieram opcję ostatnią. Każda metoda się tutaj sprawdza, wypróbowałam je wszystkie, jednak najwygodniej zawsze używa mi się jajka. Daje ono dodatkowy efekt rozświetlenia, mimo że podkład już sam w sobie pozwala uzyskać piękny glow.


Dzięki swojej wodnistej konsystencji Face and Body cudownie stapia się z moją cerą. Nie wiem co i jak, ale nawet z bliska nie widać, że mam na twarzy podkład. Coś niesamowitego! Do tej pory nie miałam podkładu, który byłby tak naturalny i zgrany z moją cerą. Efekt, to nic innego jak druga skóra. Oczywiście ktoś powie, że pewnie z tego powodu nie daje żadnego krycia. Otóż nie, krycie jest. Moim zdaniem jest to coś na pograniczu słabego ze średnim, w kierunku średniego. Można je  z powodzeniem budować, ponieważ podkład jest tak lekki, że nie tworzy na buzi efektu maski, więc jeśli ktoś potrzebowałby nałożyć nawet trzy warstwy myślę, że nadal wyglądałby dobrze. Jego chyba nie można przedobrzyć. Pomiędzy nakładaniem kolejnych warstw polecam jednak chwilkę odczekać aby podkład mógł się lekko wtopić. Ja sam nie budowałam aż tylu warstw, doszłam tylko do dwóch i podkład nadal nie był widoczny, a cera wyglądała świeżo. I to jest właśnie rezultat jaki osiąga się po aplikacji tym podkładem. Cera pięknie promienieje, bije od niej zdrowy blask, ale nie jest to efekt przetłuszczenia, tylko taki naturalny glow. Oczywiście fanki matu mogą nie do końca być zadowolone lecz jest na to prosta rada. Wystarczy twarz oprószyć matującym pudrem i osiągnąć zadowalający rezultat. Ja, Face and Body lubię przypudrowywać MSF Natural, lekko niweluje on blask jaki nadaje podkład, ale cera nadal wygląda świeżo. Na mojej suchej cerze podkład utrzymuje się calutki dzień, po ok. 3,5h wymaga drobnych poprawek, głównie w strefie T. Lubię w nim to, że nie ściera się z buzi, ani nie podkreśla suchych miejsc, jeśli takie mi się zdarzają. Nie ma chyba takiej opcji aby jakaś sucha skórka została uwydatniona, ponieważ podkład bardzo dobrze nawilża i komfort jaki nadaje, czuć przez cały dzień. Bardzo dobrze maskuje drobne zaczerwienienia i niedoskonałości, ale już z ciemnymi przebarwieniami raczej rady sobie nie daje, w tym wypadku trzeba się wspomóc korektorem, albo wybrać bardziej kryjący podkład. Ja nie posiadam cery idealnej, są momenty, że coś się na niej pojawia, a już najbardziej przeszkadzają mi brzydkie, uporczywe ślady po pryszczach-wulkanach. Mimo to Face and Body pozwala mi się dobrze czuć w makijażu, nie obciąża mojej cery i świetnie wygląda przez cały dzień. Sprawdził się wspaniale w warunkach ekstremalnych, jak wysoka temperatura, z twarzy mi nie spływał. Obecnie jest odrobinę za ciemny, więc mieszam go z jaśniejszym podkładem GA Luminous Silk w odcieniu 4 lub YSL Touche Eclat BD40, ładnie się z nimi łączy i wygląda dalej nieźle. Ogromną zaletą tego kosmetyku jest możliwość stosowania go również na inne części ciała, jak dekolt czy nogi. Wiem, że są osoby, które używają go zamiast samoopalacza i są bardzo zadowolone z efektu. 

A czy Wy używałyście może podkład Face and Body?
Dajcie znać jakie krycie w podkładach preferujecie?


Cena: 27$/126zł/21.50£ lub 35$/148zł/28.50£
Pojemność: 50ml lub 120ml
Ważność: 24 miesiące 

Skład:
 
template design by designer blogs