Strona Główna

MAC, Mineralize Blush/ Róż Mineralny, Gentle

czwartek, 30 października 2014



Jak już wielokrotnie wspominałam, MACowe róże należą do moich ulubionych, a szczególną sympatią darzę te z serii Mineralize. Ich wypiekana formuła jest nieco inna od tradycyjnych róży, bardziej miękka i drobno zmielona, pięknie podkreśla policzki świetlistym, perłowym połyskiem. Prezentowany dziś przeze mnie odcień Gentle, znajduje się jeszcze w starym opakowaniu, które mniej więcej w pierwszej połowie tego roku przeszło sporą zmianę designu. Fanką nowego nie jestem, dlatego cieszę się, że mam kilka odcieni w tym starym, według mnie ładniejszym. W każdym razie nie o opakowanie się tutaj rozchodzi, a o wspaniałą zawartość. Gentle to wypiekany mineralnie róż, który został zmielony na drobny puder, zapewniając wyjątkowo przyjemną i nieskomplikowaną aplikację. Róże mineralne dostępne są w 9 kolorach, które są w sprzedaży regularnej.



Gentle to według opisu, malinowy odcień ze złotym połyskiem. Jest to jak najbardziej trafna charakterystyka, nic nie trzeba w tym przypadku dodawać. Kolor nakładany delikatnie, warstwa po warstwie, nie daje efektu ciężkiego krycia. Podkreśla kości policzkowe świetlistym, perłowym połyskiem. Jest to cudowne wykończenie, które uwielbiam. Według upodobań można go stopniować, ale już pierwsza warstwa zapewnia świetne krycie, ponieważ mimo swojej delikatnej formuły, róż jest mocno napigmentowany. Nie jest to natomiast rodzaj intensywności, którą wyrządzimy sobie krzywdę, dlatego seria mineralna jest przeze mnie tak lubiana. Te róże są tak wspaniale zmielone, że pokrywanie nimi policzków to czysta przyjemność. Gentle bardzo łatwo aplikuje się na twarzy, nie sposób porobić sobie nim jakichkolwiek plam, a w razie przesadzenia z ilością, można szybko skorygować to poprzez dodatkowe roztarcie.



Róż jest trwały, nie ściera się z moich policzków, więc poprawki w ciągu dnia są zbędne. Ślicznie stapia się z makijażem i nie podkreśla niedoskonałości, jak suche skórki czy rozszerzone pory.  Gentle to produkt do policzków, który współgrać będzie z większością karnacji, co czyni go bardzo uniwersalnym. Nadaje wygląd zdrowego, dziewczęcego rumieńca, co starałam się pokazać na ostatnich zdjęciach.

Lubicie mineralne róże MACa? 
Jakie wypiekane produkty należą do Waszych ulubionych?



Cena:113zł/27$/21£
Pojemność: 3.5g

Na policzkach prezentuje się następująco:





Urban Decay The Vice Palette LTD

wtorek, 28 października 2014


 Wiem, że do Świąt jeszcze pozostało kilka tygodni, ale nie mogłam oprzeć się cudownej paletce z Urban Decay Vice LTD, którą wypatrzyłam na stronie Selfridges i sprawiłam ją sobie w prezencie. Raz się żyje, więc trzeba to wykorzystać, a co :) Jest to limitowana edycja palety Vice, o której było dosyć cicho, ale jakimś cudem udało mi się ją dorwać przed wykupieniem. W Stanach dostępna była na stronie Sephora, z kolei w UK wyłączność na nią miał tylko Selfridges. Paletka przyszła do mnie dzisiaj, więc moja ekscytacja jest jeszcze na wysokim poziomie, dlatego postanowiłam podzielić się pierwszymi wrażeniami i pokazać Wam to cudeńko. 
Paleta Vice LTD zawiera 20 odcieni, wśród których znajdują się zarówno kolory matowe, perłowe jak i metaliczne z drobinkami. Wszystkie przepiękne i na szczęście żadnego jeszcze nie miałam, co cieszy mnie wręcz bardziej. Kolorystka jak najbardziej w moim guście, cienie zostały skomponowane tak, że można wykonać nimi zarówno makijaże wieczorowe oraz te bardziej stonowane. Dla mnie bomba!
Kolor kasetki, przypominający połączenie cytryny z limonką, nie do końca mnie zachwyca, ale myślę, że z czasem się przyzwyczaję. W środku znajduje się lusterko pokrywające całą ściankę oraz dwustronny pędzelek, taki sam jak w Vice 2. W opakowaniach palet Vice, lubię moment otwierania, ponieważ kasetka po naciśnięciu powoli unosi swoje wieczko, ukazując nam wspaniałe wnętrze. Kolory cieni są tak rewelacyjne, a możliwości użycia mnóstwo, że można się nią bawić, tyle ile się pragnie. Ja już od jutra zaczynam testy naoczne. Zobaczymy co zmaluję ;)

Cienie UD wyróżniają się niezwykłą konsystencją, która jest jakby masełkowata, ale nie roluje się na powiece. Pigmentacja jest świetna, a cienie cudownie łączą się ze sobą i każdy poradzi sobie ze stworzeniem ładnie wyglądającego makijażu oka. Obok MACowych, cienie Urban Decay należą do moich ulubionych. 

Zapraszam teraz na zdjęcia ;)







Flos-Lek Żel ze świetlikiem lekarskim i herbatą do powiek i pod oczy

poniedziałek, 27 października 2014



Żel od Flos-Lek ze świetlikiem lekarskim i herbatą do powiek i pod oczy, był zakupem pod wpływem zachęcających recenzji na innych blogach. Dawno temu miałam styczność z bodajże żelem arnikowym tej firmy, który miał za zadanie redukować sińce i sprawdzał się w tej roli nawet dobrze, ale nawilżenie dawał zerowe. Moje nastawienie do produktów firmy, było od tamtej chwili dosyć sceptyczne, jednak liczne pozytywne opinie na temat żeli Flos-Lek sprawiły, że powoli zaczęłam wykazywać nimi coraz większe zainteresowanie. Ponieważ cena nie należy do wygórowanych, latem zakupiłam dwa, jeden ze świetlikiem lekarskim i herbatą oraz drugi ze świetlikiem lekarskim i rumiankiem. Pierwszy już wykończyłam więc czas na moje spostrzeżenia.


Żel ze świetlikiem lekarskim i herbatą przeznaczony jest do pielęgnacji skóry okolic oczu, zwłaszcza u osób ze skłonnością do podrażnień i porannych podpuchnięć. Jego zadaniem jest niwelowanie objawów zmęczenia, łzawienia, pieczenia okolic oczu, spowodowanych warunkami atmosferycznymi, przebywaniem w suchych pomieszczeniach i brakiem snu. Moje powieki są bardzo wrażliwe, a podpuchnięcia nie są mi obce, gdyż i tak wory pod oczami towarzyszą mi już od niepamiętnych czasów. Dla kogoś borykającego się z tym upierdliwym problemem od tylu lat, każdy kosmetyk oferujący choć odrobinę redukcji, wydaje się być warty przetestowania. Nie pokładałam w żelu Flos-Lek wielkich nadziei, ponieważ był to zakup głównie z ciekawości, ale wcale nie okazał się taki zły.


Zamknięty w małym plastikowym pojemniczku z dodatkową foliową osłonką, żel trzymany przeze mnie był w lodówce, tak jak zaleca producent. Miało to zwiększyć jego skuteczność, jednak muszę stwierdzić, że uczucie chłodzenia nie było jakieś nadzwyczajne, może to za sprawą jego konsystencji, ale nie jestem pewna. W każdym razie oczekiwałam dużo większego doznania orzeźwienia. Sama formuła nie jest typowo żelowa jak wskazuje nazwa specyfiku. Na początku nieco bardziej zbita, z biegiem czasu wydawała się coraz bardziej wodnista, co było trochę dziwne. Żel zawsze zakręcałam dokładnie, więc nic nie miało prawa dostawać się do środka, ale mimo to, konsystencja z biegiem czasu stawała się delikatnie rozrzedzona. Gdy zobaczyłam, że ważność od otwarcia, przy pojemności 10g, wynosi tylko trzy miesiące byłam przekonana, iż nie zużyję go przed upływem terminu. Myliłam się. Ze względu na formułę, produkt nie był wcale taki wydajny jak typowe kremy pod oczy. Zużywał się zatem szybko, ale może też dlatego, że moja skóra w tych okolicach chłonie wszelkie mazidła jak gąbka. W każdym razie po dwóch miesiącach już go nie było. 


Owy żel ze świetlikiem i herbatą swoje zadanie spełniał, ale moich opuchnięć nie redukował całkowicie. Zaznaczam również, że jeszcze żadnemu specyfikowi się to nie udało. Jedne radzą sobie z tym lepiej, inne wcale. Żel Flos-Lek należy do takich przeciętniaków, coś tam robi, jednak bez większych zachwytów. Bywały dni gdy spisywał się lepiej, ale zdarzało się, że w gorszych chwilach nie potrafił sprostać zadaniu. Dużo większe rezultaty widoczne były na moich powiekach, aniżeli na skórze pod oczami. Jego zadaniem miała być dodatkowa pomoc przy niwelowaniu pieczenia oraz podrażnień, co zdarza mi się od czasu do czasu,ale nie zaobserwowałam takowej. Z kolei pomagał po nie przespanych nocach, poprzez dostarczanie uczucia ulgi i ukojenia. 
Produkt o tyle ciekawy, że mogłam stosować go w duecie z innym kremem pod oczy, a nie powodowało to obciążenia tej delikatnej okolicy. Musiałam kilka razy się w ten sposób wspomagać, ponieważ nawilżenie jakie zapewniał do szalonych nie należało. Przy skórze normalnej możliwe, że zaspokajałby te potrzeby, ja jednak mam pod oczami Saharę, więc wymagam więcej. Aha i współgrał także z korektorem.

Nie uważam, że jest to produkt, po który każda osoba musi koniecznie sięgnąć, ale dla tych co borykają się z problemami opuchniętych okolic oczu, wart jest rozpatrzenia. Tym bardziej, że cena nie powala, a i z dostępnością problemów również nie ma. Podejrzewam, że drugi który posiadam, ten ze świetlikiem i rumiankiem spisze się podobnie, dlatego na razie wstrzymałam się ze stosowaniem go. Teraz na dzień używam rozświetlającego kremu z Tołpy, a na wieczór Clinique All About Eyes Rich. gdy zużyję, recenzję pojawią się na pewno :)

Stosowałyście żele Flos-Lek? Które są waszymi ulubionymi?


Cena: ok 7zł
Pojemność: 10g
Ważność: 3 miesiące od otwarcia

Skład:

NARS, Highlighting Blush Powder, Albatross

piątek, 24 października 2014


Rozświetlacz marki NARS dołączył do grona moich kosmetyków dobrych kilkanaście tygodni temu i w ten sposób stał się drugim, obok MAC Soft&Gentle produktem z tego gatunku. Z pośród czterech dostępnych w ofercie odcieni, zdecydowałam się na najbardziej osławiony Albatross. Nie wiem dlaczego do jego recenzji zbierałam się tak długo, ale lepiej późno niż wcale. 


Albatross opisany jest jako świetlista poświata, co tak naprawdę nie do końca odzwierciedla nam kolor, ponieważ każdy wyobrażenie może mieć inne. Moim zdaniem jest to rozświetlacz dosyć przewrotny/podstępny bowiem inaczej prezentuje się w opakowaniu, niż na kościach policzkowych. Spoglądając na niego w kompakcie, widzimy interesujący odcień kości słoniowej, który połyskuje pod wpływem zmiany kąta. Natomiast wstępna  różnica w kolorze, jest widoczna, gdy naniesie się go np. na opuszek palca. Wybijać zaczynają się z niego piękne, intensywnie złotawe tony, które jeszcze bardziej lśnią na szczytach kości policzkowych. Albatross jest bardzo ciepłym, pozłacanym, wręcz anielskim rozświetlaczem, zdecydowanie pięknym, ale nie jest to odcień dla każdego. Właścicielki cer o żółtych i oliwkowych tonach oraz te posiadające średnią do ciemniej karnację, zdecydowanie się z nim polubią. Niestety większość osób z cerą jasną (mogę się oczywiście mylić) nie będzie w tym rozświetlaczu dobrze wyglądać, gdyż jest on bardzo złoty i mocno ciepły.


Rozświetlacz Albatross ma zbitą konsystencję, która jest jednocześnie bardzo miękka i jedwabista. Produkt został rewelacyjnie zmielony, nie jest suchy, dzięki czemu nie osypuje się ani nie pyli. Pigmentacja jest tak niesamowita, że początkowo miałam problem z aplikowaniem go w odpowiedniej ilości. Wystarczy dosłownie jeden delikatny dotyk pędzlem, a kosmetyk sam się do niego przykleja, dlatego trzeba uważać aby nie nabierać go za dużo. Albatross jest niezwykle intensywnym rozświetlaczem, skutkiem czego może być przesadzony błysk na kościach policzkowych. Najlepiej aplikować go pędzlem duo fibre lub jakimkolwiek, który jest miękki i puchaty, ale nie zbity. Producent poleca używać go wraz z Ita Brush, który jest oczywiście wyrobem NARS, ja jednak nie posiadam tego pędzla, wiec nie wiem jak współpracuje on z rozświetlaczem.


Albatross rozciera się bez najmniejszych problemów, nie podkreślając przy tym rozszerzonych porów. Ładnie wtapia się w skórę, tworząc jednolitą całość z makijażem. Rozpościera na kościach policzkowych złotawo-kremową taflę. Można oczywiście stosować go również jako cień do wewnętrznego kącika oka, jak i na środek powieki czy pod łuk brwiowy, sprawdza się w tej roli wyśmienicie. Nałożony trwa na swoim miejscu przez cały dzień, bez migracji i prześwitów. Idealnie łączy się ze wszelkimi różami, szczególnie tymi połyskującymi, zawierającymi drobinki bądź nie. Nie polecałabym go natomiast łączyć z różami matowymi, u mnie wygląda to trochę dziwnie i nie do końca pasuje. Ale co kto lubi ;)

Wiem, że w Polsce NARS nie ma stacjonarnych sklepów, jednak kosmetyki można zamawiać ze strony producenta narscosmetics.eu oraz pl.strawberry.net


Opakowanie wykonane jest z matowego, gumowatego tworzywa. Jak zapewne większość się orientuje, materiał ten lubi łapać wszelkiego rodzaju odciski  brudnych palców, ale przy zwiększonej uwadze można zachować jego czystość. Moje po ponad dwóch miesiącach używania, nadal jest bez zabrudzeń, ale ja należę do typu pedantycznego, więc o czystość opakowań swoich kosmetyków dbam szczególnie. W środku kompaktu znajduje się duże lusterko, które jest zapewne atutem dla większości użytkowniczek.



Bardzo trudno było uchwycić go na zdjęciu, ale starałam się jak mogłam ;) Poniżej zdjęcia rozświetlacza Albatross na moich kościach policzkowych.




Rozświetlacz Albatross jest na pewno interesującym kosmetykiem, który ma piękny, mocno złocisty kolor. Ja jestem zadowolona, że zdecydowałam się na jego zakup, jednak ze względu na specyficzny odcień radzę dobrze przemyśleć decyzję o kupnie i nie sugerować się jedynie jego wyglądem, tylko rozpatrzyć, czy będzie on współgrał z Waszą karnacją.

Miał ktoś styczność z rozświetlaczem Albatross? Skradł komuś serce czy może okazał się pomyłką?
Chętnie dowiem się jakie Wy rozświetlacze lubicie i polecacie.

Cena: 22.50£/30$
Pojemność: 4.8g

Skład:

Tołpa, Planet of Nature, Łagodny Płyn Micelarny Do Mycia Twarzy i Oczu

czwartek, 23 października 2014


Swoja przygodę z płynami micelarnymi rozpoczęłam stosunkowo niedawno. Produkt Tołpy jest dopiero drugim z tego gatunku kosmetykiem. Pierwszym był micel z Garniera, który bardzo przypadł do mojego gustu i właśnie do niego porównywać będę dzisiejszy kosmetyk Tołpy.
Łagodny płyn micelarny do mycia twarzy i oczu pochodzi z cyklu Planet of Nature, tak szczerze to nie mam za dużego rozeznania jeśli chodzi o produkty tej marki, więc nie wiem czym charakteryzuje się owa seria. Nie mniej jednak, zależało mi na wypróbowaniu jakiegoś polskiego kosmetyku. Z informacji podanych na etykiecie wynika, że nie zawiera on alergenów i sztucznych barwników. Owy płyn micelarny przeznaczony jest dla właścicielek skóry wrażliwej oraz bardzo wrażliwej, a więc ja idealnie wpisuję się w te kanony. Producent zapewnia, ze dzięki komfortowej formule płyn micelarny odpręży i dokładnie oczyści skórę z makijażu i zanieczyszczeń. Skóra odzyska blask i świeżość oraz jedwabistą gładkość.


Jak widać butelka płynu micelarnego jest smukła, przezroczysta, co pozwala na kontrolowanie ubywającego produktu. Z tyłu opakowania można znaleźć wszystkie potrzebne nam informacje, jak opis oraz skład. Dozownik z zatrzaskiem na klik zamyka się szczelnie, dla mnie jest taki sobie, ponieważ nie do końca przepadam za taką formą zamknięcia, Nie mniej jednak, z łatwością dozuje produkt na wacik nie rozlewając go przy tym. Konsystencja jest typowo wodnista, z kolei zapach delikatnie wyczuwalny, nie drażniący nozdrzy.


Działanie tego micela określić mogę jako dobre. Ze zmyciem makijażu obchodzi się bez najmniejszych problemów, potrzebne są mi do tego przeważnie dwa duże płatki kosmetyczne lub trzy, gdy mam mocniej pomalowane oczy. Zauważyłam jednak, że nie do końca radzi sobie z dokładnym zmyciem tuszu, a nie używam tych wodoodpornych. Jeśli zestawić go z micelem Graniera to nie jest już tak skuteczny jak konkurent. Używając Garniera dodatkowe kroki w oczyszczaniu były zbędne, w przypadku produktu Tołpy często muszę zastosować dalsze czynności, które są niezbędne abym mogła w pełni czuć, że moja skóra jest pozbawiona resztek makijażu. Plus należy mu się za brak pozostawiania uczucia ściągnięcia. Po wykonaniu demakijażu ma się wręcz wrażenie, że na twarzy znajduje się warstwa czegoś lepkiego. Znika ono po wchłonięciu się preparatu, a cera jest miękka i nawilżona. Zawsze jednak towarzyszy mi wrażenie nie do końca czystej skóry.
W nazwie płynu micelarnego występuje słowo ''łagodny'' i taki rzeczywiście jest. Nie mogę narzekać, że podrażnia, szczypie czy piecze, gdyż nie doznałam ani razu takiego dyskomfortu. Szczególnie moje oczy są bardzo łatwym celem takich nieprzyjemności, ale micel na całe szczęście nie robi im nic złego. Nie pozostawia również uczucia zamglonego spojrzenia, o co początkowo go podejrzewałam po tłustawej warstwie jaką lubi zostawiać na twarzy. Micel skóry nie wysusza, a wręcz delikatnie nawilża, ale potrzebny jest mu jakiś dodatkowy wspomagacz, gdyż sam nie usunie wszystkich resztek makijażu. Przypuszczam, że już do niego nie powrócę, ponieważ po pierwsze, dostęp mam do niego utrudniony, a po drugie micel Garniera spisuje się lepiej i mam go stacjonarnie :) W kolejce czeka natomiast Bielenda.

Czy ktoś zna płyn micelarny Tołpy z serii Planet of Nature?


Cena: 17.99zł
Pojemność: 200ml
Ważność: 6 miesięcy od otwarcia

Skład:

MAC, Prep+Prime Skin Base Visage

środa, 22 października 2014


Na zakup pełnowymiarowego opakowania bazy marki MAC, zdecydowałam się po zużyciu miniaturki, która bardzo szybko przypadła do mojego gustu. Choć początkowo myślałam, że nie będzie to produkt dla mnie, wystarczyła jedna aplikacja aby moje obawy zostały rozwiane. Prep+Prime Skin Base Visage jest płynną emulsją zawierającą silikony i to właśnie ich obecność wstępnie do mnie nie przemawiała. Myślałam, że będą miały one niekorzystny wpływ na moją cerę, zapchają ją i pogorszą ogólny stan. Oczywiście były to niepotrzebne obawy, ponieważ nic takiego nie miało miejsca. Zadaniem bazy Skin Visage jest usuwanie nadmiaru sebum oraz wyrównywanie kolorytu skóry, poprzez redukcję zaczerwienień. Ma ona również ułatwiać rozprowadzanie i aplikację podkładu lub pudru.


Skin Base Visage zamknięta jest w czarnej, plastikowej buteleczce, która ma wygodną w użyciu pompkę. Produkt wydobywa się z łatwością i można jego ilość łatwo kontrolować. Design jest prosty, bardzo miły dla oka.


Baza jest białego koloru, na twarzy tradycyjne przybiera transparentny wygląd. Zawiera wiele mikroskopijnych drobinek, które widoczne są w świetle słonecznym. Dla osób preferujących matowe bazy, Skin Visage niestety nie będzie z tego powodu dobrym pomysłem. Ja między innymi polubiłam ten produkt właśnie za ślicznie odbijające się w świetle mikro drobinki. Nie są one strasznie chamskie, ale rozświetlenie na twarzy daje się z bliska zauważyć. Efekt ten można jeszcze bardziej podkreślić stosując podkład rozświetlający, co nada twarzy większej promienistości lub poprzez aplikację matowego pudru zniwelować go.


Konsystencja bazy jest bardzo lekka, ma postać delikatnego musu i przyjemnie rozciera się na skórze. Pół pompki wystarcza aby pokryć całą twarz.Można bez problemu aplikować ją na krem, ale najlepiej poczekać do jego całkowitego wchłonięcia. Baza nie jest wyczuwalna na skórze, nie pozostawia żadnej tłustej warstwy, a mimo to stanowi idealny poślizg dla podkładu. Cera po użyciu tego cudeńka jest przyjemna w dotyku, staje się gładsza, drobne linie i rozszerzone pory są ładnie wypełnione. Wykończenie jest satynowo-matowe z pięknym rozświetleniem. Takie połączenie może wydawać się dziwnie, ale w moim odczuciu baza nadaje właśnie taki efekt. Cenię ją za to, że nie powoduje zapychania ani nie wywołuje podrażnień, ponieważ moja wrażliwa cera, jest bardzo podatna na wszelkiego typu nieprzewidziane niespodzianki. Nie przesusza też skóry, a posiadam typ suchy, więc śmiało twierdzę, że świetnie nadaje się do tego rodzaju cery. Podejrzewam, że normalne i mieszane również polubią się z tym produktem. Baza współpracuje z wszystkimi podkładami jakie używam, ale najchętniej stosuję ją wraz z Face and Body, póki co jest to dla mnie połączenie idealne. 
Plusem tego produktu jest możliwość używania go samodzielnie, w celu złagodzenia rysów i odświeżenia cery. Ja jednak nie jestem skłonna do takich zagrywek, ale jeśli ktoś nie ma nic do ukrycia ( czytaj: ma cerę doskonałą) to jak najbardziej może zastosować tą opcję.
Pozostaje jeszcze kwestia wpływu na trwałość makijażu. Otóż baza nieznacznie przedłuża jego żywotność lecz nie należy oczekiwać cudów. Tak na oko będzie to może godzina. Ważniejsze jest jednak to jak Skin Visage wpływa na sam makijaż, ponieważ przez cały czas dzięki temu produktowi wszystko jest na swoim miejscu, nic nie ściera się ani nie migruje. Nie mam dużego doświadczenia z bazami pod makijaż, ale Skin Visage na razie plasuje się u mnie na pierwszym miejscu.



Cena: 115zł/21£/30$
Pojemność: 30ml
Ważność: 6 miesięcy od otwarcia

Skład:

KOBO, Luminous Baked Colour

wtorek, 21 października 2014


Wypiekane cienie KOBO były zupełnie spontanicznym zakupem. W większości przypadków takie nie przemyślane sprawunki, są później mało kiedy przeze mnie używane. Myślę, jednak, że każda z nas choć raz w swoim życiu porwała się na coś całkowicie niepotrzebnego, tylko dlatego, bo było akurat w zasięgu ręki, a wyglądało ciekawie. Ja dokładnie miałam taką sytuację właśnie z tymi cieniami. Podczas wyboru zwykłych cieni KOBO, już na sam koniec, gdy miałam zmierzać do kasy, chwyciłam jeszcze dwa wypiekane cienie, które miały służyć mi głównie jako rozświetlacz i róż. Zdecydowałam się szybko na kolor Copper 322 oraz Apricot Glow 311.


Producent podaje informację, że stosowanie cieni możliwe jest zarówno na sucho jak i mokro oraz, że można nimi uzyskać niezwykły efekt rozświetlenia i blasku.


Jak już podałam wcześniej, mój wybór padł na dwa, względnie jasne odcienie, które oprócz bycia typowym produktem do oczu, miały również służyć jako rozświetlacz i róż.
Pierwszy Copper ma kolor brudnego różu i to on miał spełniać się równocześnie jako produkt do policzków. Jednak muszę się przyznać, że od kiedy jest w moim posiadaniu, a bytuje u mnie już dobre dwa miesiące, jako róż został zastosowany może trzy razy. Natomiast drugi, Apricot Glow jest neutralnym, bardzo jasnym odcieniem brzoskwini, który miał być stosowany głównie jako rozświetlacz lecz w tej roli spisuje się marnie. Jest on o wiele trudniejszy w obsłudze od swojego kolegi, gdyż okropnie pyli a drobinki w nim się znajdujące, brzydko migrują po całej twarzy.

Copper 322
Apricot Glow 311
Copper, Apricot Glow
Pigmentacja tych cieni nie jest zła, z tym że Apricot Glow jest znacznie suchszy i trudniejszy w obsłudze. Nawet zaaplikowany na mokro nie daje tak ładnego wykończenia jak Copper, który chociażby użyty na sucho prezentuje się o wiele okazalej. Obydwa pylą, a drobinki znajdujące się w Apricot Glow wędrują po całej twarzy, przez co jest to cień piekielnie ciężki do ujarzmienia. Trwałość także nie jest jednakowa. Copper utrzymuje się przez cały dzień, bez konieczności poprawek, możliwe że wpływ na to ma jego metaliczne wykończenie, które już samo z siebie jest odrobinę mokre. Apricot Glow natomiast lubi blednąć i zbiera się w załamaniu powieki nawet gdy nałożony jest na bazę.  
Nie chcę mieszać tych cieni z błotem, ponieważ nie są do końca sobie równe, ale serca mi nie skradły. Liczyłam na dużo więcej, a wyszło tak sobie i o ile Copper jakoś bardziej mnie przekonuje, to i tak cienie leżą głównie nietykane. Mam za to nauczkę, że zakupy pod wpływem impulsu nie są dla mnie dobrą opcją. 

Cena: 19.99zł
Cienie Luminous Baked Colour dostępne są w 12 kolorach

Copper, Apricot Glow
 
template design by designer blogs