Strona Główna

Maybelline Colossal Volum' Express Cat Eyes

piątek, 29 sierpnia 2014

 

Colossal Volum' Express Cat Eyes to maskara do oczu, która bardzo mnie zaskoczyła. Pozytywnie oczywiście. Głównie dlatego, że do tej pory moje przygody z tuszami Maybelline, kończyły się ogromnymi rozczarowaniami i nie trafiłam jeszcze na taką, która zmienia moje zdanie na ich temat. Tak było dotychczas, ponieważ Cat Eyes jest pierwszym tuszem marki, który spisuje się znakomicie.


Colossal Volum' Express Cat Eyes jest tuszem mającym za zadanie zapewnić niespotykaną dotąd objętość rzęs. Jego innowacyjna szczoteczka oraz formuła sprawiają, że rzęsy mają być nawet o 8-10 razy grubsze. Z ta objętością to może delikatna przesada, ale nie da się wykluczyć, że tusz rzęsy ładnie pogrubia i subtelnie podkręca. Jest to efekt jaki lubię i oczekuję od tego typu tuszów. 
Kolor maskary również jest taki jaki powinien mieć czarny tusz. Nie jest jakiś wyblakły, szarawy ani matowy, tylko głęboko czarny, intensywnie wyrazisty. 
Konsystencja już od początku jest idealna, więc nie trzeba czekać na jej zmianę, jak to bywa w przypadku niektórych maskar, które ''dojrzewają'' dopiero po kilku użyciach. Tusz nie tworzy żadnych grudek, ani nie skleja rzęs. Nawet pod koniec swojej żywotności, gdzie konsystencja jest minimalnie podsuszona, rzęsy są ładnie i równomiernie nim pokryte.
Tusz nie odbija się na powiekach, w ciągu dnia nie rozmazuje się i nie tworzy efektu pandy, czego nie znoszę.
Rezultat jaki osiąga się tym tuszem to ''otwarte oko'', wyraziste, kokieteryjne spojrzenie bez przesadnego dramatyzmu. Rzęsy nadal sprawiają wrażenie naturalnych.



Colossal Volum' Cat Eyes ma tradycyjną szczoteczkę, która jest wygięta, dzięki czemu z łatwością pokrywa rzęsy w wewnętrznym oraz zewnętrznym kąciku oka. Precyzyjnie je rozczesuje i tuszuje od nasady aż po same końce. Opakowanie jest typowe dla serii Colossal, grubsze, masywniejsze, nie do końca w moim guście, ale kształt szczoteczki rekompensuje mi ten wygląd.

Tubka mieści 9,5 ml produktu.
Cena 7.99£

Skład:


 Zdjęcia wykonane są na ''gołej'' twarzy ;)
bez tuszu
 z tuszem (jedna warstwa)


Garnier Micellar Cleansing Water

wtorek, 26 sierpnia 2014



Moje doświadczenia z wszelkimi rodzajami miceli były do tej pory zerowe. Jednak wiadomym jest, że nieznane wzbudza dużo większą ciekawość i kusi jeszcze bardziej, jeśli wszyscy wokoło o tym piszą i mówią. Tak też było ze mną. Nie wzruszona dotychczas, na coraz to nowsze na rynku postaci płynów micelarnych, postanowiłam wreszcie zgłębić bardziej temat. A że głośno ostatnimi czasy było o micelu Garnier, mój wybór padł właśnie na ten konkretny produkt.


Micel Garnier, jak wszystkie tego typu produkty, ma za zadanie usuwać makijaż i oczyszczać skórę, nie podrażniając jej przy tym . Jego sposób użycia ma być prosty, bez zbędnych kroków, nasz makijaż ma zostać zmyty, a twarz ukojona i nawilżona bez konieczności spłukiwania. Ot cała filozofia. Ma być prosto, szybko i skutecznie.


Jako, że micel z Garnier to pierwszy tego typu produkt, nie mogę go porównać do innych z tej rodziny tematycznej. Ale, żeby nie przedłużać, opiszę moje spostrzeżenia na jego temat.
Użycie jest nieskomplikowane, odrobina płynu wylana na wacik czy płatek kosmetyczny i można pozbywać się makijażu. Przyznam szczerze, że miałam spore obawy, jak zareaguje moja cera, która jest wrażliwa i należy do grupy suchej. Najbardziej martwiłam się o jej przesuszenie i możliwość zapchania, z powodu źle zmytego makijażu, co na szczęście nigdy nie nastąpiło. Garnier odwalił dobrą robotę i wpuścił moim zdaniem rewelacyjny płyn micelarny. Bardzo dobrze zmywa on makijaż, zarówno twarzy jak i oczu. Bez problemu radzi sobie z podkładami,  cieniami i zwykłym tuszem (nie wiem jak zmywa wodoodporny, ponieważ takich nie używam). Nie podrażnia przy tym oczu, nic mnie nie szczypie ani nie piecze, tak samo jest z resztą twarzy. Makijaż z łatwością się rozpuszcza i nie trzeba dużo skóry pocierać, aby się go pozbyć. Po skończonym demakijażu ma się uczucie świeżości, a gdy micel wyschnie nie czuć żadnego wysuszenia czy ściągnięcia skóry, co bardzo mnie zaskoczyło i jednocześnie nie odstraszyło od dalszego stosowania. Micel jest bezzapachowy, nie perfumowany, testowany dermatologicznie. W kolejce mam już inne do przetestowania, ale zdecydowanie powrócę do micela Garnier, ponieważ spisuje się wyśmienicie i nie widzę w nim jakichkolwiek wad.



Z technicznych spraw. 
Opakowanie wody micelarnej jest solidne, wykonane z przezroczystego grubego plastiku, z ładną różową nakrętką. Bardzo dobrze się ona zatrzaskuje, bez obawy, że produkt wyleje się z butelki. Ma małą dziurkę, przez którą nie wylewa się za dużo na wacik, więc można go łatwo dozować. W butelce znajduje się 400ml płynu, ilość ta wg producenta ma starczyć na 200 użyć, w oparciu o stosowanie 2ml na wacik. Co jak wiadomo w rzeczywistości wygląda nieco inaczej. Ja sama wylewam więcej i zużywam przeważnie 2 płatki kosmetyczne. Mimo to płyn jest bardzo wydajny. 

Okres ważności wynosi 6 miesięcy od otwarcia.  
Cena 4.99£





MAC Mineralize Charged Water Eye Cream

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Notka z serii postów zapomnianych.

Według producenta Mineralize Charged Water to luksusowo bogaty krem pod oczy.  Ma nawilżać i nadawać promiennego wyglądu. W sposób natychmiastowy i trwały, zmniejszać cienie pod oczami, zmarszczki i opuchliznę. Zainspirowany jest wyjątkową technologią jonizowanej Super-Duo Charged Water.
Ja z problemem worków pod oczami, borykam się od wielu lat. Kiedyś, gdzieś, nie pamiętam już nawet gdzie, przeczytałam, że ten krem radzi sobie z takimi rzeczami bardzo dobrze. Zachęcona owym stwierdzeniem postanowiłam dać mu szansę. 
Macową kolorówkę uwielbiam, ale o produktach z serii pielęgnacyjnej nie wiedziałam za dużo. Mimo to krem kupiłam.


Konsystencja kremu jest bardzo lekka i bezproblemowa, do gęstych na pewno nie należy. Taka forma bardzo mi odpowiada i pozytywnie wpływa na kondycję skóry wokół oczu. Nie obciąża tej delikatnej części twarzy, przy aplikowaniu rozciera się równomiernie i przyjemnie. 
Krem jest bardzo śliski i mokry, dzięki temu, podczas rozsmarowywania nie ma obawy przed naciąganiem cienkiej skóry powiek. Już po pierwszym kontakcie ze skórą, daje silne poczucie nawilżenia, można także wyczuć minimalne chłodzenie. 
Nie wsiąka natychmiast, trzeba mu dać kilka chwil, po których zostawia na skórze delikatny film. Krem się nie roluje, dzięki czemu dobrze współpracuje z makijażem. Jest dobrą bazą pod korektor, zwłaszcza te o suchszej konsystencji, o wiele lepiej się na nim rozcierają i nie przesuszają skóry pod oczami. 
 Jest zdecydowanie produktem perfumowanym, jego bliżej nieokreślony zapach jest nieco sztuczny.


Podczas stosowania kremu Charged Water zaobserwowałam sporą dawkę nawilżenia. Jest to chyba główny atut tego produktu. Wspaniale zapewnia komfort przesuszonej skórze pod oczami na bardzo długi czas. Koi podrażnienia, przywracając szybko promienne spojrzenie. 
Na zmarszczki nie ma znacznego wpływu, ale u młodych osób, dzięki nawilżeniu będzie je zapewne spowalniał. Ja jednak w tym aspekcie potrzebuję, już nieco więcej. 
I na koniec o samym wpływie na zmniejszenie opuchlizny. Bo było to głównym czynnikiem, który zachęcił mnie do zakupu tego kremu. Jednak sprawa ma się pod tym względem trochę dziwnie. Nie wiem dlaczego, ale raz produkt ten nie wpływa na pomniejszenie moich worków pod oczami, a bywają i takie dni kiedy widzę znaczną poprawę. Czym jest to spowodowane, określić nie jestem w stanie.
Podsumowując, uważam że jest to bardzo dobry krem nawilżający, który idealnie nadaje się dla osób młodszych oraz tych, które nie mają specjalnych potrzeb w zakresie pielęgnacji okolic oczu. Świetnie odżywia przesuszone miejsca, ale na głębsze zmarszczki większego wpływu nie ma.


Cena: 24.50£/160zł/35$
Pojemność: 15ml
Termin ważności: 6 miesięcy od otwarcia

Skład:

Nuxe Réve de Miel Lip Moisturizing Stick

piątek, 22 sierpnia 2014


Produkty do ust, jak już kiedyś pisałam, są najszybciej zużywającymi się w moich zasobach rzeczami. Lubię próbować różne ich formy: pomadki, balsamy, masełka, ale najwygodniejsze zawsze pozostaną zdecydowanie te w postaci sztyftów.
Nuxe Reve de Miel Lip Mousturizing Stick jest jednym z takich właśnie kosmetyków pielęgnacyjnych. Jest to ultraodżywcza pomadka naprawcza, która zawiera wysoko skoncentrowane składniki naturalne takie jak miód akacjowy, wyciąg ze słonecznika, masło karite oraz wyciąg z grejpfruta. Intensywnie odżywia, wygładza i chroni usta, zapewniając im znakomity komfort.


Pomadka Reve de Miel należy zdecydowanie do grona moich ulubionych produktów ochronnych do ust. Jej konsystencja jest bardzo przyjemna. Sztyft pokrywa usta cienką warstwą, która jest lekka, jednocześnie nie wyczuwalna. Wargi się nie kleją, nie tworzą się na nich również jakiekolwiek grudki. Usta nie są po niej błyszczące, sztyft nadaje im raczej delikatnie satynowe wykończenie. Wszelkie pomadki czy błyszczyki rewelacyjnie się na niej trzymają, jest dla nich tak jakby bazą. 
Reve de Miel niesamowicie odżywia usta już po pierwszej aplikacji. Ze spierzchniętych warg, zamieniają się w delikatne, miękkie i doskonale gładkie. Efekt jest długotrwały, komfort wypielęgnowanych ust utrzymuje się jeszcze długo po aplikacji. Sztyft wzorowo sprawdził się również w bardziej ekstremalnej sytuacji, kiedy to po przygodzie w górach, moje usta zostały mocno potraktowane przez wiatr i słońce. Pomógł mi wtedy i w bardzo krótkim czasie je ukoił oraz zregenerował. 
Bardzo przyjemnym akcentem jest zapach. Nie drażniący, z delikatnymi nutami cytrusa, nic nachalnego.
Drobny minus jaki zauważyłam to niestety wydajność. Sztyft znika w bardzo szybkim tempie, więc zdecydowanie nie jest to coś, starczającego na długi czas. Chyba, że to ja tak namiętnie go używam i stąd ten błyskawiczny ubytek ;)


Pojemność sztyftu to 4g.
Cena 5.50£

Skład:


zakupy, zakupy

czwartek, 21 sierpnia 2014

Zapewne część z Was wie, że niedawno wróciłam z mini-wakacji w Polsce. Większość czasu spędziłam w gronie bliskich osób, ale mimo to udało mi się wygospodarować trochę chwili, na drobne zakupy w drogeriach Rossmann i Natura. Niestety w moim rodzinnym mieście nie ma Sephory i Douglasa, dlatego też nie mogłam tam zajrzeć, a chciałam bardzo( ah, ten brak czasu). Mówi się trudno, muszę cierpliwie poczekać na kolejny wyjazd.
Tak naprawdę nie zrobiłam jakiejś konkretnej listy, ale wiedząc co nieco, z obserwowanych przeze mnie blogów, miałam mniej więcej mały wgląd na to co zakupić. 
Skupiłam się głównie na pielęgnacji ciała i włosów. Jest mi nareszcie dane wypróbować produkty Bielendy, Tołpa, Alterra, L'biotica, Jantar czy Biosilk. 
Muszę przyznać, że zakupy w miejscach do, których nie ma się dostępu na co dzień, cieszą niesamowicie i jak głupia oglądałam wszystko półka po półce.


Na kolorówkę czasu miałam najmniej, ale ponieważ nigdy nie miałam nic z Kobo i Catrice wybrałam sobie kilka kosmetyków z tych właśnie szaf. Tak zupełnie w ciemno, zdecydowałam się na poniższe rzeczy, czyli cienie, róże i błyszczyk ;)


A przed samym wyjazdem do Polski zrobiłam sobie niemały prezent z okazji wakacji i  zakupiłam kilka pozycji z mojej ''chciej listy''. Teraz, po takim szaleństwie, dałam sobie na wstrzymanie do końca września. Póki co mam się czym cieszyć.
Za jakiś czas, gdy więcej poużywam, naskrobię nowe posty, mam nadzieję, że ktoś będzie zainteresowany. 
Buźka! ;))



Lush Volcano Foot Mask

środa, 20 sierpnia 2014


Z produktami jakie ma w ofercie firma Lush, jak narazie jestem jeszcze słabo rozeznana. Mimo iż czytałam i słyszałam o nich bardzo wiele pozytywnych opinii, sama dopiero zaczynam odkrywać, które produkty są warte zakupu, a które lepiej omijać szerokim łukiem. To co szczególnie podoba mi się w marce, to bardzo miła i uczynna obsługa na stoiskach. Do tej pory nie spotkałam się jeszcze z tak pozytywnym personelem. A wiadomo, że jeśli jesteśmy odpowiednio traktowani, jako klient, to ma to duży wpływ na naszą opinię o danej firmie. Tak jest przynajmniej w moim przypadku.


Jednym z pierwszych produktów jakie zakupiłam w Lush była maska do stóp o nazwie Volcano. Stopy to część mojego ciała, której poświęcam stanowczo za mało uwagi. Pomyślam więc, że czemu by nie spróbować akurat czegoś z asortymentu Lush.
Przesympatyczna ekspedientka zaproponowała mi trzy różne maski do stóp, udzielając przy tym tyle informacji, że nie musiałam już o nic dodatkowo pytać. Ostatecznie wybrałam Volcano Foot Mask, która wydawała mi się najodpowiedniejsza dla moich zmęczonych i przesuszonych stóp. Jej zadaniem jest zregenerowanie obolałych po całym dniu stóp, ma również chłodzić i koić a także regenerować i usuwać suchy naskórek.
Zastosowanie maski Volcano z pozoru wydaje się dziecinnie proste. Należy nałożyć ją na stopy, następnie owinąć je jakimś foliowym woreczkiem i pozostawić na 10-20 minut. Po upływie wyznaczonego czasu woreczki zdejmujemy, rozcieramy przez chwilę maskę w miejscach, gdzie występuje suchy naskórek. Ma to za zadanie wyeliminować martwe skórki i na koniec wszystko zmywamy. Ja niestety bardzo nie polubiłam całego procesu, który wręcz niemiłosiernie mnie drażnił. Już na początku pojawia się problem przy aplikacji tego mazidła. Konsystencja jest fatalna, przy nakładaniu na stopy nieprzyjemna oraz trudna w rozsmarowywaniu. Maska jest bardzo gęsta, dlatego we współpracy sprawia niemałe kłopoty. Idąc dalej, ja na stopy nakładałam zwykłe jednorazowe reklamówki z Tesco, ponieważ nie mam jakiś specjalnych worków na tą część ciała, ale te sprawdziły się bardzo dobrze. Gdy czekałam wyznaczone 10 min, w międzyczasie obmywałam ręce, z których było ciężko pozbyć się resztek maski, ponieważ szybko zasychała i była oporna na wodę. Dalej było już nieco lepiej. Rozsmarowanie maski na stopach, po upływie proponowanego przez producenta czasie jest nieco trudne, ale nie niewykonalne. W ciągu tych kilku minut, minimalnie zasycha, jednak wystarczy stopy delikatnie zwilżyć i można spokojnie przeprowadzić proces do końca. 
Teraz najważniejsze. Czy owa maska do stóp przynosi jakieś spektakularne rezultaty. Otóż, podczas pierwszej aplikacji nie zauważyłam nic szczególnego w wyglądzie moich stóp. Dopiero po kolejnych, można było zaobserwować dużo bardziej gładki naskórek, który w suchszych miejscach był lekko starty. Ale jakiś wyjątkowych efektów nie zauważyłam. Ogólnie, stopy stały się bardziej miękkie może odrobinę zrelaksowane, a sucha skóra minimalnie zniwelowana. Najbardziej  pozytywną rzeczą jaką dawała ta maska było silne uczucie chłodzenia, niestety tylko przez chwilę, ponieważ po zmyciu znikało ono dosyć szybko . Na sam koniec wspomnę jeszcze o zapachu. Jest on bardzo mentolowy, kompletnie nie w moim guście, ale w sklepie aż tak bardzo mi nie przeszkadzał. Dopiero w domu przekonałam się, że nie jest to coś, z czym się polubię. Wspomnę jeszcze, że maska starczyła na 5 użyć.
 Do tej pory czytałam same pochlebne opinie o tym produkcie , ja sama nie mam w zasadzie mu nic do zarzucenia, ale szału nie robi. Ot, taka maska, niczym szczególnym się nie wyróżniająca. Niestety mnie nie zachwyciła na tyle, abym do niej powróciła w przyszłości, dlatego na ponowny zakup już się nie zdecyduję.



Cena Volcano Foot Mask to 6.25£ za 125g.

Lush jest firmą, która swoje produkty wyrabia ręcznie, z naturalnych owoców i warzyw. Są one w większości pozbawione konserwantów, wiąże się to z ich krótkim okresem przydatności oraz koniecznością przechowywania w lodówce. Na każdym opakowaniu znajduje się informacja z datą wyrobu oraz terminem przydatności. Dzięki temu można dokładnie pilnować ważności używanego produktu.


lakierowo Essie Angora Cardi

środa, 13 sierpnia 2014


Lakiery do paznokci Essie są zdecydowanie moimi najbardziej ulubionymi. Lubię je za ogromny wybór kolorystyczny, kremową konsystencję, trwałość oraz łatwość aplikacji. Wiem, że nie każdy pała do nich taką miłością jak ja, ale to nic nie szkodzi, w końcu wszyscy jesteśmy różni i lubimy inne rzeczy ;) Oczywiście jak wszędzie, tak i w przypadku Essie, trafiają się zarówno lepsze jak i gorsze egzemplarze, na szczęście na te drugie trafiam bardzo rzadko.

Mam do zaprezentowania kolor o nazwie Angora Cardi, który jest z grupy odcieni ciemniejszych. Kolor niesamowicie piękny, jest to kremowy brudny róż z purpurą, kojarzy mi się z dojrzałą śliwką. Świetny na każdą porę roku.
Konsystencja lakieru jest gęsta, ale nie za bardzo, aplikuje się go z łatwością, nie tworzy smug i już po pierwszej warstwie, płytka paznokcia pokryta jest równomiernie. Ja jednak wolę zawsze nałożyć dwie cienkie warstwy, bo tak po prostu jestem przyzwyczajona. Lakier bardzo ładnie lśni, a przy moim ulubionym kremowym wykończeniu, jest to efekt jaki odpowiada mi najbardziej. Angora Cardi ma przyzwoitą trwałość, bez top coat'a wytrzymuje ok 4 dni, zanim widać pierwsze starcia na końcówkach paznokci. 

Zapraszam na ogromną porcję zdjęć (na paznokciach dwie warstwy)













La Roche-Posay Effaclar Duo [+]

czwartek, 7 sierpnia 2014


Moja cera przez lata sprawiała mi potężne problemy. Upłynęło bardzo wiele czasu zanim nauczyłam się właściwie dobierać kosmetyki, które pozwoliły uporać się z wieloma dręczącymi mnie problemami. Jednym z moich największych kompleksów był trwający od okresu dojrzewania trądzik, który mocno uprzykrzał moje życie. To właśnie z nim wiąże się cała historia źle dobieranych przeze mnie kosmetyków. Latami stosowałam najsilniejsze (no prawie) środki wysuszające, co bardzo odbiło się na ogólnym stanie mojej cery. Problemu nie mogłam nigdy ogarnąć, a ogólna kondycja skóry mojej twarzy ciągle się pogarszała. Z normalnej, odrobinę przetłuszczjącej się cery stworzyłam sobie wysuszony wiór, co jeszcze bardziej pogłębiało cały stan. Teraz gdy już wiem jak należy traktować moją cerę, co jest dla niej dobre, a co jej szkodzi, jest mi o wiele prościej dobierać produkty pielęgnacyjne. Nie oznacza to jednak, że moja cera jest teraz idealna, bo do takiego stanu jest jej daleko. Nadal goszczą na niej jakieś niespodzianki, ale to wszystko wiąże się ze sprawami hormonalnymi.


Jednym z produktów który wiele zmienił w przypadku mojej cery, jest krem La Roche-Posay Effaclar Duo, produkt znany wielu osobom. Zastąpiłam go, po nieudanej wcześniej kuracji preparatem Avene Triacneal, który po 8 miesięcznym okresie stosowania, zrobił mi ogromne bubu na buzi. Ale powracając do tematu. Effaclar Duo używałam długo, poszły trzy pełne tubki i potem zrobiłam sobie od niego przerwę. Jakiś czas temu na rynku pojawiła się nowa wersja Duo [+] wzbogacona o składnik CERAMID PROCERAD, mający jeszcze szybciej zwalczać powstawanie przebarwień potrądzikowych. Nowy składnik aktywny wzmacniający działanie przeciw niedoskonałościom pozostałych składników aktywnych: NIACYNAMIDU, który zmniejsza oznaki podrażnienia skóry i działa łagodząco, PIROCTONIANU OLAMINY, który ma działanie antybakteryjne, LHA (Lipohydroksykwas) i kwasu salicylowego, które działają złuszczająco oraz kwasu linolowego, który odblokowuje pory i eliminuje martwe komórki odpowiedzialne za ich zatykanie.


Effaclar Duo [+] przeznaczony jest dla osób posiadających skórę trądzikową i tłustą. Ja jako właścicielka skóry suchej mimo wszystko nie zauważyłam nigdy jakichkolwiek skutków ubocznych, tzn. nigdy mi ten krem nie zaszkodził. I odnoszę się tutaj do obydwu wersji. Najbardziej obawiałam się nadmiernego wysuszenia, ale już po pierwszych użyciach wiedziałam, że mogę stosować go bez obaw. Wspominam o tym, ponieważ np.Triacneal moją skórę wysuszył i spowodował wysyp tak bolących gul, że długo męczyłam się z doprowadzeniem jej do normalności.


Jeśli chodzi o różnice w działaniu pomiędzy zwykłą wersją Effaclar Duo, a Duo [+] to większych nie zauważyłam. Obydwa kremy działają dla mnie identycznie. Nowsza wersja minimalnie szybciej przyspiesza gojenie się stanów zapalnych, a także szybciej niweluje zaczerwienienia na skórze. Natomiast w kwestii rozjaśniania przebarwień to nie jestem do końca pewna, ponieważ stosuję także inne produkty, których zadaniem jest ich rozjaśnianie, ale na pewno Duo [+] też odgrywa w tym jakąś funkcję. Trudno mi tylko określić jak dużą. Ale uważam, że  nowy składnik, który tutaj wprowadzono, swoją rolę na pewno spełnia. Poza tym Effaclar Duo [+] lubię za to, jak wyrównuje teksturę skóry, staje się ona dzięki niemu gładsza i jaśniejsza.
Wraz z nową wersją liczyłam na usunięcie zaskórników jakie mam na nosie, niestety nie zauważyłam żadnej poprawy w tym kierunku. Jest to chyba jedyna obietnica producenta, która nie została spełniona. jednak na szczęście, krem nie powoduje nowych zaskórników.



Konsystencja Duo [+] jest odrobinę inna od poprzedniej wersji. Nie jest to różnica ogromna, ale da się ją zauważyć. Krem jest o wiele bardziej nawilżający od swojego starszego brata, mimo to jako baza pod makijaż sprawdza się tak samo dobrze. Jest nietłusty, odrobinę żelowy oraz długotrwale matujący, oprócz tego wchłania się bardzo szybko. Ma delikatny zapach. Producent podaje, że Duo [+] został stworzony, aby minimalizować ryzyko reakcji alergicznych u osób uczulonych na nikiel. Jest również produktem hipoalergicznym i bez parabenów. Polecam go dla wszystkich osób borykających się z kłopotami skórnymi, w zależności od natężenia problemu, kuracja tym produktem czasowo może potrwać różnie, ale warto spróbować pomóc swojej skórze.


Cena 15.50£/40ml


skład:

                        
 
template design by designer blogs