Strona Główna

Soap&Glory Sugar Crush Body Buttercream

poniedziałek, 28 lipca 2014


Post o produkcie który dzisiaj przedstawię powstawał tak długo, że w międzyczasie udało mi się go zdenkować. Bo o ile same zdjęcia pstrykam z łatwością, to zabieranie się za klikanie w klawiaturę zajmuje mi zawsze o wiele więcej czasu. I nawet nie wiem skąd u mnie takie opory. Ale żeby nie przedłużać, chcę przybliżyć dzisiaj Soap&Glory Sugar Crush Body Buttercream. Owo masełko stosowało mi się z ogromną przyjemnością przez cały okres jego obecności w mojej łazience.


Jak można sie domyślić ma ono specyficzny zapach, który do subtelnych nie należy, ale nie jest to również nic natarczywego. Soap&Glory znane z mocnych aromatów, jakie posiadają ich kosmetyki pielęgnacyjne i tym razem mnie nie zawiodło. A skoro jestem już przy zapachu, to może skupię się właśnie na nim. Masełko Sugar Crush pachnie świeżo, owocowo, wręcz rześko co idealnie sprawdza się w letnim okresie, ale można w nim także wyczuć odrobinę słodkiej woni. Całość daje uczucie świeżości, która nie przytłacza jakimś ciężkim i mocno cukierkowym zapachem, dlatego w ciepłe dni stosowało mi się go bardzo dobrze. Nie oznacza to, że nie jestem fanką słodkich zapachów, ponieważ takowe lubię identycznie, jednak latem są one dla mnie za mocne. Żeby to najlepiej zobrazować, mam zawsze wrażenie, że jestem takim lepem na muchy, jeśli rozumiecie o co mi chodzi ;) A poza tym, trochę mnie takie słodkie zapachy duszą. Tak więc wersja cytrusowa jest dla mnie idealna. W tym wypadku odpowiedzalne są za to limonka oraz kiwi, które są głównymi nutami w tego masełka. Oprócz nich, w składzie znajdują się olej kokosowy i migdałowy, a także masło shea i kakaowe, te jednak nie są tak wyczuwalne, ponieważ najbardziej wybija się tutaj limonka.


Masełko Sugar Crush ma według mnie idealną konsystencję na tego typu produkt. Nie jest zbyt spoiste, nie jest również za bardzo rozpuszczone. Jego gęstość mieści się gdzieś pomiędzy, dzięki czemu nie trzeba przejmować się problematyczną aplikacją. Formuła jest nieziemsko kremowa, a przy tym bogata, ale nie mylić tego z za ciężka. Błogo rozsmarowuje się po skórze, co prawda nie wchłania się momentalnie, niemniej jednak, po krótkiej chwili jest już zaabsorbowane. Plusem jest również brak śliskiej powłoki na skórze, jest to coś czego bardzo nie lubię w kosmetykach do ciała, gdyż sprawia, że wszysto się jakby do mnie klei. Po zastosowaniu tego masełka skóra jest mięciusia, genialnie przyjemna w dotyku i bardzo dobrze nawilżona. Jako posiadaczka suchej skóry, otrzymuję od tego produktu wszystko, czego potrzebuję do zapewnienia odpowiedniej pielęgnacji ciała. Na pewno do masełka Sugar Crush będę powracać jeszcze nie raz. Uwielbiam je za cytrusowy zapach i wspaniałe nawilżenie jakie zapewnia mojej skórze. Nie ma nic do czego mogłabym się przyczepić ;)


Masełko Soap&Glory Sugar Crush znajduje się 300ml plastikowym pojemniczku i dostępne jest w cenie 10.50£ Boots/22$ Sephora.



MAC, Lipstick, Coral Bliss

piątek, 18 lipca 2014


Miałam sporą przerwę, ale to nie oznacza, że zapomniałam o tym miejscu. W międzyczasie porobiłam wiele zdjęć i zaczęłam kreślić posty, których niestety nie dokończyłam. Czas zabrać się do roboty i nadrobić zaległości. 
Zacznę od posta który był gotowy już dawno temu, ale gdzieś po drodze zupełnie o nim zapomniałam. Przedstawiam zatem pomadkę MAC Coral Bliss, która posiada wykończenie creamsheen. Charakteryzuje się ono tym, że jest niezwykle kremowe, nawilżające i daje przyzwoite krycie.



Coral Bliss na stronie producenta opisany jest jako zamrożony, delikatny koral. Jest to bardzo piękny kolor, który ma pastelowy odcień koralu z minimalnym połączeniem różu. Subtelnie pokrywa usta, nadając im piękny, romantyczny wyraz. Bardzo lubię tą pomadkę, szczególnie w okresie letnim sięgam po nią dosyć często. Nie zawiera w sobie żadnych drobinek, ale na ustach daje lekki, kremowy blask. Pomadka jest dobrze napigmentowana dlatego też krycie uzyska się już przy pierwszej warstwie, jednak efekt można zwiększyć, dokładając drugą warstwę.


Coral Bliss rozprowadza się łatwo i przyjemnie, można aplikować ją bez potrzeby użycia lusterka. Nie wychodzi poza kontur ust ani się nie rozmazuje. Plusem jest także równomierna aplikacja. Pomadka dzięki kremowej konsystencja daje uczucie nawilżenia ust, a przy tym nie podkreśla suchych skórek. Oczywiście jeśli usta nie są wcześniej odpowiednio przygotowane, to przy jakiejkolwiek pomadce wszelkie suchości zostaną podkreślone, ale myślę, że to wie każda z nas. Wiadomo przecież, że wymogiem noszenia szminek jest prawidłowa pielęgnacja ust ;)


Pomadka ma charakterystyczny zapach wanilii, który bardzo lubię, moim zdaniem umila on samą aplikację. Przy regularnym stosowaniu MACowych produktów do ust, można się przyzwyczaić do odczuwanego aromatu i z czasem nie jest on już tak intensywny. Co by nie było, dla mnie duży plus.


Poniżej zdjęcia pomadki prezentującej się na ustach, wykonane w różnych oświetleniach.








Sally Hansen Healthy Cuticles Now!

piątek, 4 lipca 2014


W ostatnim czasie naszła mnie faza większej dbałości o moje dłonie, które jak wiadomo są naszą wizytówką. Interesują mnie wszelkie kremy do rąk, odżywki do paznokci i pozostałe produkty tego typu. Moją uwagę jakiś czas temu zwrócił preparat z firmy Sally Hansen Healthy Cuticles Now! Jest to multiwitaminowym kremem do skórek i paznokci, którego zadaniem jest wzmocnienie słabej i delikatnej płytki paznokcia oraz nawilżenie wysuszonego i zrogowaciałego wokół niego naskórka. Pomóc mają w tym zawarte w preparacie witaminy A, C, E, prowitamina B5, bio-aktywny kompleks z soi oraz nawilżający aloes. W rezultacie mamy cieszyć się zdecydowanie piękniejszymi paznokciami, wyglądającymi rewelacyjnie nawet bez manicure. Intensywna pielęgnacja ma zapewnić gładki i zdrowo wyglądający naskórek, a także mocniejsze paznokcie odporne na codzienne nakładanie i zmywanie lakieru.


Healthy Cuticles Now! zamknięty jest w solidnym,plastikowym słoiczku,który przywodzi na myśl widok kosmicznego spodka, ponieważ jest właśnie w takim trochę śmiesznym kształcie. Odżywkę nakłada się palcem na oczyszczone paznokcie i skórki, poprzez wmasowywanie. Można aplikować ją każdego dnia, ale przed pomalowaniem pazurków należy umyć ręce aby pozbyć się tłustej warstwy.
Konsystencja jest lekka, kremowa, nie sprawia kłopotów w stosowaniu, jednocześnie jest tłusta, więc wystarczy używać niewielkiej ilości. Po wchłonięciu, zostawia na skórkach delikatny film, a na paznokciach lśniącą warstwę, nie klejąc się przy tym.
Zapach jest typowo kosmetyczny, kojarzy mi się z kremem Nivea, nie czuć go zbyt intensywnie, więc większość osób z wrażliwymi nosami powinna byc zadowolona.


Ogromnego kłopotu z suchymi skórkami wokół paznokci aż tak bardzo nie mam. Nie mniej jednak od czasu do czasu zdarzają się gorsze dni, szczególne przy bokach paznokci dochodzi u mnie do niewielkich rogowaceń. Healthy Cuticles Now! jak najbardziej pomaga niwelować ten problem i bardzo przyśpiesza regenerację skórek. Zaobserwowałam to głównie u moich dzieci, ponieważ mają one o wiele większy problem ze skórkami niż ja, a aplikując im ten preparat odnotowałam ogromne polepszenie. Skórki zostały wygładzone w szybkim czasie.
Również kondycja samego paznokcia ulega poprawie. Płytka nabiera zdrowszego wyglądu, jest bardziej błyszcząca i nawilżona.


Odżywka Sally Hansen Healthy Cuticles Now! przy pojemności 13.6g/7.40£/6.99$/10.95EU, zdecydowanie jest bardzo wydajnym preparatem. Jestem z niej mocno zadowolona, ponieważ pomaga w poprawie kondycji skórek i paznokci zarówno mnie, jak i moim pociechom (mąż nie lubi bawić się w takie eksperymenty, typowy facet;). 
Jeśli ktoś szuka ratunku dla uporczywych skórek i ogólnej poprawy kondycji paznokci jest to zdecydowanie produkt, któremu warto się przyjrzeć.





MAC, Lipstick Angel

czwartek, 3 lipca 2014


Nie wiem czy to wina letniej pogody, czy może raczej brakującego ciągle czasu, ale nie mam ostatnio wolnej chwili, na tworzenie nowych postów. Chciałam regularnie wrzucać coś nowego, jednak przez najbliższy okres nie prędko się to zmieni. Ratuję się więc lekkimi seriami o lakierach i pomadkach ;)

Będzie dzisiaj o szmince z MACa w odcieniu Angel. Kolor o którym było głośno swojego czasu, gdy sama Kim Kardashian podała do wiadomości, że jest to jej ulubiona pomadka z MACa. Każdy chciał ją wtedy mieć, natomiast ja sama zainteresowałam się nią stosunkowo niedawno.

Gama kolorystyczna pomadek MAC jest tak szeroka, że nie ma takiej opcji, aby ktokolwiek nie mógł znaleźć czegoś odpowiedniego dla siebie. Dostępne są wszystkie możliwe odcienie, od jasnych po intensywne ciemne. Róże, beże, czerwienie, fiolety, brzoskwinie i inne. Oprócz tego, występują one w kilku wykończeniach, z których każde daje nieco inny efekt na ustach.


Opakowanie pomadek MAC jest proste, przypominające w kształcie nabój. Ma elegancki czarny kolor, w który wtopione są mikroskopijne drobinki. Zamyka się na charakterystyczne >klik<, co daje pewność, że szminka nie otworzy się nam niespodziewanie np. w torebce.


Teraz kilka słów o bohaterze dzisiejszego posta.
Angel jest pomadką o wykończeniu Frost, które ma nadawać ustom metaliczny, zmrożony połysk.  Kolor szminki to delikatny róż. Jest bardzo subtelny, idealny na co dzień, jak i do mocniejszych makijaży oczu. Na moich ustach, które z natury są mocno napigmentowane, kolor jest dosyć jasny, wpadający w chłodny odcień. Metaliczne wykończenie wybija się słabo, co dla mnie jest dużym plusem, ponieważ nie specjalnie lubię taki efekt na moich ustach. W okresie takim jak obecny, czyli latem, gdy moja skóra jest nieco opalona, pomadka wydaje się być dużo jaśniejsza, niż jest to w pozostałych porach roku. Szczególnie wybija się z niej też chłodny odcień, który odrobinę gryzie się z moją ciepłą karnacją. Jednak nie przeszkadza mi to na tyle, abym czuła się zmuszona do zrezygnowania z tego koloru.


Konsystencja pomadki jest bardzo kremowa, jak w przypadku większości macowych mazideł do ust. Dzięki swojej miękkiej formule, rozprowadza się dziecinnie prosto,  a co najważniejsze nie podkreśla suchych skórek. Usta nabierają delikatnego połysku, bez widocznych drobinek czy innych błyszczących form brokatu.
Plusem jest przyjemny zapach, jaki charakteryzuje te pomadki. mnie kojarzy się on z aromatem wanilii, jednak zaobserwowałam, że traci on na intensywości z biegiem czasu. Chyba, że to kwestia przyzwyczajenia i po prostu nie odczuwam go tak jak kiedyś. Co by nie było, aplikacja jest dzięki temu o wiele milsza.


Kwestię trwałości pomadki pominę, ponieważ u mnie i tak produkty do ust znikają w szybkim tempie. Wszystko zależy również od sytuacji, czy coś zjadam i  piję. Pewne jest natomiast to, że do samego końca jej obecności na ustach, czuć nawilżenie i komfort noszenia. Gdy się ściera, następuje to równomiernie.


Angel jest kolorem, który mogę polecić każdemu. To taki bezpieczny odcień nadający się na wszelkie okazje, powinien więc większości osobom przypaść do gustu.

Na koniec małe pytanko. Czy wolicie posty z większą ilością zdjęć, czy może takie, gdzie ich liczba jest mniejsza? Zawsze przed opublikowaniem posta mam dylemat, ale osobiście staram się przekazać jak najwięcej. Dajcie proszę znać co Wam się bardziej podoba ;)

Zapraszam na resztę zdjęć ;)









 
template design by designer blogs