Strona Główna

Holika Holika Baby Silky Foot One Shot Peeling

piątek, 30 maja 2014


Holika Holika Baby Silky Foot One Shot Peeling to nic innego jak złuszczające skarpetki do stóp. Jest to zabieg, który skutecznie usuwa martwy, zrogowaciały naskórek na stopach. Kwasy AHA i liczne ekstrakty m.in. z winogron, pomarańczy, jabłek, limonki mają za zadanie odżywić i zmiękczyć skórę. Skarpetki widziałam u nissiax83 i zachęcona rezultatami, jakie ona osiągnęła, postanowiłam również dać im szansę. 
Można je dostać na Ebay od azjatyckich sprzedawców za grosze, ja zapłaciłam niecałe 4£ z darmową przesyłką. Jedyny minus to oczekiwanie które trwa ok. 2 tygodni. 
Skarpetki przychodzą do nas w opakowaniu razem z płynem, który znajduje się w osobnych saszetkach. Sposób użycia jest bardzo prosty. Skarpetki, które przypominają woreczki, należy nałożyć na suche, oczyszczone stopy, a następnie trzeba wlać do nich zawartość saszetek. Znajduje się w nich wodnisty płyn. Ja byłam przekonana, że w saszetkach jest żel, gdyż takie wrażenie odnosiłam po ''macaniu'' i niemiło się zaskoczyłam, gdy okazało się, że zawartość jest wodnista, ponieważ trochę mi się rozlało :/ Na szczęście drobny ubytek płynu nie wpłynął na ostateczny rezultat. Potem trzeba odczekać 1,5 godziny, polecam w tym czasie siedzieć (najlepsza pora na zabieg to wieczór), gdyż uczucie, gdy poruszamy się w mokrych skarpetkach, jest nieco dziwne. Po upływie wyznaczonego czasu, trzeba obmyć stopy ciepłą wodą i uzbroić się w cierpliwość. Naskórek zacznie samoistnie się złuszczać w ciągu kolejnych dni. Producent podaje że całość ma trwać do tygodnia, ale u mnie było trochę inaczej.
Przez pierwsze dni nie działo się zupełnie nic. Zauważyłam za to mocne ściągnięcie skóry na stopach, była ona bardzo sucha. Trzeciego dnia rozpoczęła się prawdziwa ''zabawa''. Nie mogłam uwierzyć jak łatwo i błyskawicznie martwy naskórek zaczął odchodzić od moich stóp. Przyznaję, że widok za przyjemny nie był, dlatego też postanowiłam nie robić zdjęć, żeby nikogo nie zniesmaczyć, ale dla końcowych efektów warto wykonać zabieg. Ponieważ obumarły naskórek ''fruwa'' na wszystkie strony, warto chodzić w czasie rogowacenia w jakichś skarpetkach, żeby uniknąć widoku rozrzuconych resztek naszego ciała ;) I dodatkowo również mieszkający z nami domownicy nie będą musieli przechodzić przez to razem z nami. Chociaż przyznaję, moje dzieci były tym widokiem bardzo zafascynowane :) Cały proces trwał u mnie 13 dni, a więc nieco dłużej niż zakłada producent. 
Efekt końcowy jest wspaniały, uzyskałam miękkie i gładkie stopy, bez żadnego wysiłku. Skóra złuszczyła mi się w miejscach, gdzie nawet nie podejrzewałam, że coś może się stamtąd odkleić. Miło jest dotykać delikatną i aksamitną skórę stóp po czymś takim. Warto pomęczyć się te kilka dni, dla tak świetnych rezultatów. Polecam wypróbować każdemu. Jest to bezbolesny i tani zabieg, który wymaga z naszej strony jedynie odrobiny cierpliwości. Jeśli ktoś oczekuje natychmiastowych efektów, to nie powinien się na coś takiego decydować, ponieważ tutaj trzeba nieco poczekać (kilka dni, długość u każdego jest inna). Nie jest to również zabieg, do wykonywania w okresie, gdy chodzimy w odkrytych butach. 
Ja mam w zapasie kolejne opakowanie i już niedługo ponownie zafunduję sobie domowe złuszczanie. Ciekawe czy i tym razem proces będzie przebiegał podobnie? :D Ktoś już korzystał z tego peelingu? Zachęcam do podzielenia się opiniami ;)









Rimmel Scandaleyes waterproof kohl liner

czwartek, 29 maja 2014


Dzisiaj kilka słów o wodoodpornych kredkach Scandaleyes od Rimmel
Przyznaję, że nie używam za często tego typu produktów, więc nie mam dużego rozeznania i porównania do kredek innych firm. Zakupiłam je z czystej ciekawości, a i cena nie była wysoka. Do wyboru jest 7 odcieni, może nie za dużo, ale podstawowe kolory znajdują się w ofercie. To co wyróżnia kredki Scandaleyes, to bardzo miękka formuła, podobna do kredek Urban Decay 24/7 Glide-On. Właśnie to było czynnikiem, który mnie przekonał, ponieważ jestem zwolennikiem masełkowych kajalów, a nie twardych, takich co podrażniają oczy.
Producent zapewnia nas o tym iż:
Delikatna i kremowa formuła sprawia, że kredka jest łatwa w użyciu, a zawarte w niej pigmenty sprawiają, że kolor jest mocny i trwały.
Kolor kredki jest tak intensywny, dzięki czemu podkreślone oko staje się bardziej wyraziste. Jest wodoodporna, dzięki czemu utrzymuje się na oku do 10 godzin.
Niebanalny efekt można uzyskać nakładając ją na cień lub na kilka cieni na raz, dzięki czemu oko staje się charakterystycznie wyraziste.

Ja swoje kredki używam głównie na linię wodną. Jest to miejsce u mnie strasznie wrażliwe i niestety większość kredek, już po ok godzinie zaczyna spływać i zbierać się w kąciku oka. Nie powiem, żeby kredki Rimmela były nie do zdarcia, ale muszę przyznać, że jako jedne z nielicznych, wytrzymują bardzo długo, bez potrzeby poprawek. Nie jest to aż tak długi czas, jak zapewnia producent, bo do 10 godzin to one nie dają rady, ale tak ok 5h utrzymują się nie naruszone.  Oprócz tego nie podrażniają mojego oka, co jest bardzo częste przy tego typu produktach. Nic nie szczypie, nic nie powoduje łzawienia, a o to u mnie nie trudno. Mogę w pełni cieszyć się kolorem na linii wodnej, bez potrzeby ciągłego poprawiania go.
Kolory które posiadam to:
013 purple - matowy fiolet, który nie jest tak intensywny jak wydaje się to na pierwszy rzut oka. Odcień 013 jest mimo swojej miękkości, dość suchy, a jego intensywność buduje się bardzo ciężko, najsłabiej przypadł mi do gustu :/
012 bronze - jak sama nazwa wskazuje jest to brąz w ciepłym, jasnym odcieniu ze złotymi, połyskującymi drobinkami, pięknie prezentuje się na oku.
005 nude - neutralny beż, jest całkowicie matowy. To pierwsza nudziakowa kredka która nie wygląda dziwnie na mojej linii wodnej, ślicznie otwiera oko. Lubię ją najbardziej z wszystkich trzech kolorów.

Jestem mile zaskoczona kredkami Scandaleyes. Nie mam im nic do zarzucenia. Nie rozmazują się, są bardzo przyjemne w aplikacji. Dzięki ich miękkości nie trzeba mocno naciskać na powiekę, a rozcierają się niczym masełko. Nie wiem jak ich konsystencja ma się do rysowania kocich, precyzyjnych kresek, ponieważ takowych nie robię, ale na linię wodną są fantastyczne. Mają bardzo intensywne kolory ( purple jest nieco gorszy), które są zadziwiająco trwałe. Uwagę należy zwrócić przy temperowaniu, gdyż miękkość kredek może niektórym sprawiać kłopoty, ale dobra i ostra temperówka powinna załatwić sprawę. Przy demakijażu nie wymagają mocnego pocierania, mimo iż są wodoodporne, łatwo się zmywają.

Koszt kredki Scandaleyes to 3.99£ (Boots)/4.49$ (Ulta)/ok 18.99zł. Kredka ma 1.2g, okres jej przydatności to 30miesięcy ;)





Skład:
ISODODECANE, HYDROGENATED POLYCYCLOPENTADIENE, POLYETHYLENE, CYCLOPENTASILOXANE, PARAFFIN, POLYETHYLENE TEREPHTHALATE, PERFLUORONONYL DIMETHICONE, POLYBUTENE, SILICA, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, HYDROGENATED PALM KERNEL GLYCERIDES, HYDROGENATED PALM GLYCERIDES, TALC, STEARALKONIUM HECTORITE, POLYURETHANE-11, PROPYLENE CARBONATE, TIN OXIDE, BHT. [MAY CONTAIN/PEUT CONTENIR/+/-: MICA, IRON OXIDES (CI 77491, CI 77492, CI 77499), TITANIUM DIOXIDE (CI 77891), ALUMINUM POWDER (CI 77000), ULTRAMARINES (CI 77007), FD&C YELLOW NO. 5 ALUMINUM LAKE (CI 19140), CHROMIUM OXIDE GREENS (CI 77288), MANGANESE VIOLET (CI 77742), FERRIC AMMONIUM FERROCYANIDE (CI 77510), FERRIC FERROCYANIDE (CI 77510), CARMINE (CI 75470)].

013 PURPLE, 005 NUDE, 012 BRONZE

Benefit Gimme Brow

środa, 28 maja 2014


Gdy biorę do ręki zdjęcia z okresu liceum, to zawsze zwracam uwagę na moje wyskubane w tym czasie brwi. Wtedy wydawało mi się, że jest super, ale na szczęście w porę się ogarnęłam i dałam im spokój. Przez długo, po doprowadzeniu ich do normalności nie robiłam z nimi nic. To znaczy, nabrały w miarę naturalnego kształtu, ale nie uważałam, że  potrzebuję je dodatkowo podkreślać. Moje założenia brały się z tego, że skoro brwi mam ciemne, to nie muszę ich dodatkowo zaznaczać. Ale nadszedł czas gdy po raz pierwszy nieśmiało podkreśliłam je cieniem i doznałam szoku. Takiego pozytywnego zaskoczenia. Różnica niby nieznaczna, ale jak wpłynęła na całokształt wyglądu oprawy moich oczu. Wtedy zrozumiałam o co w tym wszystkim chodzi. Przez bardzo długi czas metoda z zastosowaniem cienia w pełni mnie zadowalała, jednak odkrywając coraz więcej, moje zainteresowanie innymi produktami do brwi, było coraz większe.
Dzisiaj mam ochotę przedstawić żel do brwi Gimme Brow z Benefit. Jest to produkt, pozwalający na szybkie i łatwe podkreślenie brwi, który nadaje niezwykle naturalny, nie przerysowany efekt. Świetny do podkreślania brwi, gdy nie mam za dużo czasu, aplikuje się w dosłownie kilkanaście sekund.

Aplikacja
Żel ma niewielkich rozmiarów szczoteczkę, która idealnie pokrywa brwi. Aplikację najlepiej zacząć od połowy łuku, w kierunku końca brwi, poprzez wykonywanie krótkich ruchów, a potem uzupełnić wybrane miejsca, całość należy przeczesać. Szczoteczka precyzyjnie pokrywa każdy włosek.

Konsystencja
Gimme Brow jest żelem mokrym, ale dzięki malutkiej szczoteczce nie skleja brwi, ani nie robi z nimi nic złego. Po nałożeniu, zasycha, utrwalając kształt, jaki nadałyśmy naszym brwiom. Przy czym nie odznacza się na brwiach. W ciągu dnia nie rozmazuje się, więc śmiało można stwierdzić, że jest trwały. Nie wysycha, ani się nie kruszy.

Efekt
Używając tego żelu nie ma co liczyć na wyrazisty, dramatyczny rezultat. Gimme Brow zapewnia subtelne podkreślenie, które nigdy nie będzie przerysowane. Efekt intensywności można minimalnie stopniować, poprzez dokładanie żelu ale i tak będzie on nadal naturalny. Osoby z dużymi prześwitami/ubytkami w brwiach będą dodatkowo musiały wspomóc się kredką/cieniem lub czymś co pozwoli im uzupełnić braki, gdyż ten żel tego nie zrobi. Rezultat podkreślonych brwi utrzymuje się przez cały dzień. 

Dostępność
Gimme Brow występuje w dwóch kolorach Light/Medium oraz Medium/Deep. Ja posiadam ten ciemniejszy. który jest chłodnym odcieniem, wspaniale komponującym się z moim naturalnym kolorem brwi. Absolutnie nie odznacza się na nich, więc pozwala mi czuć się komfortowo, bez obawy, że ktoś zwraca uwagę na moje dziwnie podkreślone brwi. 
Pojemność żelu to 3.0g/17.50£ 

Gimme Brow to fantastyczna alternatywa dla osób, które nie lubią długo bawić się przy podkreślaniu swoich brwi. Żel Benefitu pozwala załatwić sprawę w błyskawicznym tempie, kilka ruchów szczoteczką i efekt gotowy. Nawet niewprawna ręka da sobie radę z tym produktem, gdyż drobna szczoteczka nikomu nie zrobi krzywdy. Jest to świetny produkt na co dzień, ponieważ pozwala zaoszczędzić czas. Nie wiem jak odcienie żelu sprawdzą się w przypadku osób z bardziej ciepłymi tonami włosków, aby się przekonać polecam próbę w sklepie, w celu uniknięcia rozczarowania. Większość powinna jednak bez problemu dobrać sobie kolor;) Minusem może byc wysoka cena, ale ja nie żałuję wydanych pieniędzy, ponieważ efekt mnie bardzo zadowala i moje oczekiwania są spełnione ;)









Soap&Glory Sugar Crush peeling do ciała

piątek, 23 maja 2014


Kosmetyki pielęgnacyjne Soap&Glory słyną ze swoich bajecznych zapachów. Są one bardzo słodkie, świeże oraz intensywne i albo się je kocha, albo nienawidzi. Ja należę do pierwszej grupy i przyznaję, że co jakiś czas w mojej łazience goszczą produkty tej firmy. 
Dzisiaj mam do przedstawienia peeling do ciała Sugar Crush, który wzbogacony jest o świeżo wyciśnięte limonki, musującą cytrynę, słodkie waniliowe piżmo i olej migdałowy, z solą morską, pokruszonym brązowym cukrem oraz olejem makadamia. Jego zadaniem jest pozostawienie gładkiej, elastycznej i seksownej skóry. Jest to peeling działający cuda na suchych kolanach, łokciach i wszędzi tam gdzie nasza skóra tego wymaga, jest energetyzujący i niesamowity w działaniu.
Jak już pisałam, kosmetyk typowo dla produktów Soap&Glory, po otwarciu wieczka, wita wzmożonym aromatem, który jest słodki i orzeźwiający jednocześnie. Nie dla osób, którym tak intensywny zapach przeszkadza, bo niestety nie będą go w stanie znieść. Ja natomiast lubię czuć pod prysznicem konkretną woń, która umila mi mycie ;)
Dosyć już o jego zapachu, przejdę teraz do bardziej konkretnych spraw. Peeling znajduje się w plastikowym słoiczku i niestety może to co niektórym utrudniać aplikację, z obawy przed wlewającą się do środka wodą. Ja, aby tego unikać, nabieram zawsze potrzebną mi ilość przed wejściem do kabiny i w ten sposób woda nie wpływa na jego konsystencję. A jest ona bardzo, bardzo gęsta. Nieznacznie utrudnia to aplikację, ale po kontakcie z wodą, peeling zaczyna się rozpływać i sunie po ciele raz-dwa. Granulki cukru są wyczuwalne, jednakże nie powodują dyskomfortu, jednocześnie delikatnie ścierają obumarły naskórek. Wszystko ładnie spływa z ciała pozostawiając nawilżoną skórę.
Peeling nie jest mega zdzieraczem, ale swoją rolę spełnia. Już po pierwszym użyciu czuć minimalną różnicę, jednak najlepsze efekty zauważyć można po kilkukrotnym stosowaniu. Wszelkie wyczuwalne krosteczki czy zrogowacenia znikają i uzyskuje się gładką oraz przyjemną w dotyku skórę. To co podoba mi się w tym peelingu, to sposób w jaki zmiękcza i nawilża ciało. Po wyjściu z pod prysznica moja skóra jest niesamowicie  gładka i miękka. Balsam jest wtedy już tylko małym dopełnieniem. Dzięki temu peelingowi zauważyłam także, że odrastające włoski na nogach, nie wrastają jak wcześniej, a miałam z tym zawsze spory problem.
Kwestia wydajności jest indywidualna, ponieważ wszystko zależy od częstotliwości korzystania, a także ilości jaką będzie się używać. Ja nie muszę stosować go często, średnio robię to raz w tygodniu. Jeśli jednak ktoś lubi lub ma potrzebę na częstsze korzystanie, to opakowanie wystarczy góra do 2 miesięcy.

Pojemność Sugar Crush to 300ml, cena: 8£/9.36EU/25$ termin przydatności to 12 miesięcy od otwarcia.





paletka Urban Decay Naked Basics

czwartek, 22 maja 2014


Naked Basics to paletka w której zakochałam się już po pierwszym użyciu. Nie wiem co mnie tak długo powstrzymywało przed jej zakupem, no dobra, kłamię, wiem dobrze. Byłam po prostu przekonana, że cienie będą na tyle przeciętne, że niczym mnie nie zachwycą. Jakże niesamowicie mylne było moje wyobrażenie. Jest to wręcz idealny dobór kolorów, z których można stworzyć subtelne, jak i wieczorowe makijaże oka. Niby taka niepozorna z wyglądu paletka, a oferuje wiele możliwości. Zacieszam, że teraz jest już moja.
Cienie Urban Decay obok MACowych są moimi ulubionymi. W posiadaniu mam Naked i Naked2, świetne palety, jednak nie ze wszystkich kolorów korzystam tak często, jak bym chciała, a poza tym zawsze brakowało mi czegoś z przeważającą ilością matów. Po zakupie Naked Basics otrzymałam wszystko to, co było mi potrzebne. Na 6 kolorów, 5 jest matowych i zachowane są one w neutralnej tonacji, która odpowiada mi idealnie. Tylko jeden, Venus - ten najjaśniejszy, jest satynowy, ale za to można stosować go także na kości policzkowe ;) Ktoś powie, że odcienie nudne i niczym się nie wyróżniające, ale ja mam odmienne zdanie. 
Kolory są napigmentowane tak intensywnie, że nie trzeba dużo pacać pędzelkiem, aby uzyskać mocne pokrycie. Każdy z cieni ma bardzo miękką konsystencję, mimo iż są matowe, nie podkreślają suchości powiek, co przy tego typu wykończeniach cieni innych marek, zdarza się dosyć często. Cienie rozcierają się z niesłychaną łatwością, łączą ze sobą w naturalny sposób, nie tworząc przy tym jednej wielkiej plamy. Można w bardzo szybkim czasie wykonać nienaganny makijaż, nawet jeśli nie ma się wprawnej ręki. Tymi cieniami po prostu nie da się zrobić jakiejkolwiek krzywdy. Nie zaobserwowałam żadnego osypywania się, a jeśli nawet zdarzyło się, że jakiś drobny pyłek zawędrował gdzieś na policzek, usuwał się bez rozmazywania.
Cienie z paletki Naked Basics są ogromnie trwałe, wytrzymują na powiekach calutki dzień, bez zbierania się w załamaniach i konieczności poprawek. Ja używam je na MACowy Paint Pot, jak wszystkie moje cienie, ale samodzielnie również są nie do zdarcia.
Kasetka jest mała i zgrabna, idealnie mieści się w dłoni. Ma duże lusterko, przy którym można spokojnie ''zrobić'' sobie oko. W przeciwieństwie do innych paletek Naked, ta nie ma załączonego pędzelka, ani innych dodatków.
Naked Basics jest uniwersalną paletką na wszelkie okazje. Mimo tylko 6 kolorów, można stworzyć wiele wariantów. Jest idealna w podróż, ponieważ opakowanie zamyka się bardzo szczelnie i wykonane jest z mocnego tworzywa. Gdy kiedyś ją wykończę, zdecydowanie kupię kolejną.

Naked Basics kosztuje 22£/28$, gramatura każdego cienia to 1,3g.











REVLON Colorburst Laquer Balm

środa, 21 maja 2014



Revlon Colorburst Lacquer Balm to mój pierwszy tego typu produkt do ust. Już od jakiegoś czasu kusiło mnie aby spróbować szminko-balsamu w kredce, ponieważ obecnie na rynku, prawie każda firma ma w swojej ofercie takie wynalazki. Jakoś tak przez zupełny przypadek trafiło akurat na firmę Revlon, ale nie wykluczam zakupu kredek z innych marek, gdyż taka forma, szalenie przypadła mi do gustu. 
W asortymencie Revlonu dostępnych jest 10 różnych odcieni, ja tradycyjne wybrałam najbezpieczniejsze z możliwych: Demure 105 oraz Ingenue 145. Demure to jasny róż z jak się okazało, małymi drobinkami brokatu, których nie zauważyłam w sklepie. Czuć je nieznacznie na ustach, czego ja akurat nie lubię, ale nie jest to na szczęście, aż tak niekomfortowe. Kolor Ingenue to z kolei beżyk, który na moich ustach wybija ceglaste tony i nawet mi się to podoba. Ten kolor pozbawiony jest drobinek i jest dużo bardziej komfortowy w noszeniu.
Obydwie kredki są mocno kremowe i nawet nawilżają usta. Bardzo łatwo i precyzyjnie można je zaaplikować. Mają subtelny, orzeźwiający zapach, po aplikacji czuje się delikatne ochłodzenie i posmak mięty, ale nie jest on tak nachalny jak np. w przypadku Carmexu (z którym się nie lubię). Dzięki obecności potrójnemu kompleksowi z masła shea, mango oraz kokosa, zmiękczają i pielęgnują usta. Mimo zbitej konsystencji, szybko miękną w kontakcie z wargami. Nie rozmazują się, nie zbierają w załamaniach ust i są dosyć trwałe.  Szkoda tylko, że ta jaśniejsza ma brokat, bo bez niego byłaby wręcz idealna, a tak mam spory niedosyt, jeśli chodzi o jej konsystencję. W kredkach podoba mi się możliwość wykręcania produktu, tak jak w przypadku zwykłej szminki. Jest to bardzo wygodne, bo nie trzeba bawić się w temperowanie. Ich opakowania wykonane są solidnie i cieszą oko, mają ładną, lśniącą powłokę. 
Podoba mi się taka alternatywa dla koloryzującego balsamu/szminki. Ponieważ są to moje pierwsze kredki, więc nie mam porównania do innych, dlatego chętnie poczytam jakie są wasze ulubione i jakie byście mi poleciły na przyszłość ;))) Na dzień dzisiejszy chcę więcej :D

Revlon Clolrburst Laquer Balm kosztuje 7.99£ Boots/8.99$ Ulta i mieści w sobie 2,7g produktu.











skład:
Cocos Nucifera (Coconut) Oil, C12-15 Alkyl Benzoate, Octyldodecanol, Nylon-12, Calcium Aluminum Borosilicate, Silica, Stearalkonium Bentonite, Aluminum Calcium Sodium Silicate, Mentha Piperita (Peppermint) Oil, Cera Alba ((Beeswax) Cire d abeille), Propylene Carbonate, BHT, Benzoic Acid.

mogą zawierać: 
Mica, Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77491, 77492, 77499), Yellow 5 Lake (CI 19140), Red 6 Lake (CI 15850), Red 7 Lake (CI 15850:1), Blue 1 Lake (CI 42090), Red 28 Lake (CI 45410), Yellow 6 Lake (CI 15985), Red 33 Lake (CI 17200).

N.Y.C Smooth Skin brązer w odcieniu Sunny

poniedziałek, 19 maja 2014


Swojego czasu na youtubowych tutorialach dużo osób zachwalało brązer z N.Y.C. w odcieniu Sunny, o którym mówiło się, że jest bardzo dobrym produktem za niewielką cenę. Ponieważ zyskał taką pozytywną opinię, zdecydowałam się na jego zakup. Niestety w UK nie jest on dostępny, więc musiał pomóc mi tutaj Ebay. Brązer przyszedł do mnie szybko od zagranicznego sprzedawcy, ale czy rzeczywiście okazał się tak wyborowy jak głosiły internetowe opinie?

Opakowanie jest wykonane z plastiku, w środku znajduje się lusterko. Podczas zamykania sprawia kłopoty, prawda jest taka, że wykonanie jest trochę tandetne, tak jakby zrobione było od niechcenia. Kompakt mieści 9,4g produktu, w Stanach można go dorwać za 2.79$ w CVS.
Brązer ma odcień, na pierwszy rzut oka wpadający w ciepłe tony, jest jasny i matowy, wydawałoby się, że idealnie nada się do konturowania. Tak niestety nie jest. Brązer jest bardzo mocno zbity i suchy. Ciężko się go aplikuje, jest oporny w rozcieraniu, długo się z nim pracuje, a i tak efekt jest słaby i nie za bardzo pasuje mi jako produkt do konturowania. Nawet jako brązer do nakładania na miejsca, które ''naturalnie muska słońce'' za bardzo się nie nadaje. Na mojej cerze wybija z niego pomarańczowy odcień i wyglądam przez niego jak niedomyta. Tworzy również jakieś dziwne plamy i nie mam absolutnego pojęcia jak się to dzieje, bo aż tak niewprawnej ręki, to ja nie mam. Latem, gdy jestem opalona wogóle go nie widać, a z kolei w zimie przy bardziej rozjaśnionej cerze, nie pasuje mi wybijająca się z niego pomarańcz. A szkoda, ponieważ w kompakcie kolor wydaje się nie najgorszy. Może osoby z bardzo chłodną karnacją miałyby inne odczucia aniżeli moje, ja jednak nie polecam tego brązera. Jego trwałość także nie powala, w jakiś nienaturalny sposób znika po pewnym czasie z twarzy i lekko przesusza.
Ja tych wszystkich zachwytów, jakie o nim słyszałam nie zauważam. Przykro mi ale jest to delikatny niewypał. Dobrze, że kosztował grosze ;)








Skład:
Talc, Ethylhexyl Palmitate, Zinc Stearate, Silica, Kaolin, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Imidazolidinyl Urea, Propylparaben, Methylparaben. May Contain: Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499), MICA, Titanium Dioxide (CI 77891)
 
template design by designer blogs