Strona Główna

Tołpa, Amarantus Nawilżający Krem Rozświetlający Pod Oczy

piątek, 5 grudnia 2014


Pielęgnacja twarzy jest chyba ważna dla każdej z nas. Wlicza się w to jak najbardziej pielęgnacja skóry pod oczami, która wymaga szczególnej uwagi ze względu na jej delikatność i cienkość. Ja przez długi czas niestety okolice te mocno zaniedbywałam, czego bardzo żałuję. Czasu niestety nie cofnę, ale od momentu kiedy się ogarnęłam, dbam o ten rejon ze szczególną uwagą. Stosowałam tak naprawdę niewiele kremów, przeważnie taki sam nakładałam rano i wieczorem, ale od jakiegoś już czasu wprowadziłam do swojej stałej pielęgnacji dwa osobne. Jeden na wieczór, o nieco bogatszej formule i drugi na rano, który jest lżejszy, ale jego głównym zadaniem ma być oczywiście nawilżanie. Dziś napiszę kilka słów o kremie porannym. Po przeciętnej przygodzie z żelem z Flos-Lek, zaczęłam korzystać z kremu rozświetlającego pod oczy firmy Tołpa. Zadaniem specyfiku miało standardowo być nawilżanie i wygładzanie, a także rozświetlanie skóry wokół oczu. Producent obiecywał również, że cienie zostaną rozjaśnione, zwiększy się elastyczność naskórka, oraz zostanie z niego ograniczona ucieczka wody. Był to mój pierwszy krem pod oczy, który miał funkcję rozświetlającą, gdyż wcześniej korzystałam z tych jedynie nawilżających, a dodatkowa opcja brzmiała ciekawie.
Informacje producenta:

Kremik zamknięty w malutkiej aluminiowej tubce ( jest go raptem 10ml) ma wąski aplikator, więc można go dozować bezpośrednio na skórę. Samo opakowanie mimo materiału z jakiego jest wykonane nie pęka gdzieś po bokach, więc nie ma obawy, że produkt będzie wydobywał się dodatkowymi otworami.


Sama konsystencja do zbitych nie należy, jest to krem ultralekki, wprost idealny na dzień. Można go oczywiście stosować również wieczorem, ale jak już pisałam, ja wtedy korzystam z innego produktu. Jako baza pod makijaż, krem spisuje się wzorowo. Korektor nie ślizga się na nim ani nie roluje, obydwa produkty ładnie ze sobą się łączą. Ma odrobinę waniliowy kolor, po roztarciu można zauważyć że nie jest całkowicie bezbarwny i wydobywa się z niego subtelny odcień różu. To właśnie ten pigment ma być odpowiedzialny za rozświetlanie skóry. Efekt jak najbardziej dostrzec można, jednak nie jakiś oszałamiający, bardziej jest to subtelny blask. Krem przyjemnie rozsmarowuje się w okolicach oczu, z takim poślizgiem, co znacznie ułatwia całą aplikację. Na wchłonięcie nie trzeba długo czekać, a po zaabsorbowaniu się w skórę nie pozostawia tłustej warstwy, tylko taki delikatny film.


Uważam, że jest to bardzo dobry krem, który poprawnie spełnia swoją funkcję. Zarówno nawilża skórę wokół oczu, jak i dyskretnie ją rozjaśnia. Nie ma co oczekiwać jakiegoś efektu wow, ale po regularnym stosowaniu spojrzenie odrobinę staje się zdrowsze i promienne. Nie zauważyłam żeby jakoś niesamowicie niwelował cienie pod oczami, ale plusem zdecydowanie jest poprawa napięcia naskórka, co dało się u mnie dostrzec bardzo szybko. Raczej nie jest to produkt który będzie wpływał na spłycanie czy niwelowanie zmarszczek, ale nie jest to też jego rolą. To co ma zapewniać to głównie nawilżenie, dlatego jeśli ktoś szuka dobrego kremu pod oczy, mającego działanie przeciwzmarszczkowe to niech nim sobie głowy nie zawraca. Natomiast dla osób młodych lub potrzebujących odżywienia będzie to wybór idealny. 
Myślę, że pozostanę przy tego typu kremach pod oczy właśnie z zamiarem stosowania ich na dzień, ponieważ dodatkowa funkcja rozświetlania, służy moim ślepiom bardzo dobrze. Na zmarchy niechaj więcej działa krem stosowany wieczorem. A o tym napiszę już niebawem ;)

Cena: 24.99zł
Pojemność: 10ml
Ważność: 3 miesiące od otwarcia

Skład:

LUSH, Lip Scrub/Peeling do Ust, Santa's

wtorek, 2 grudnia 2014


Moje usta zwykle złuszczam tradycyjną szczoteczką do zębów, a ponieważ bardzo łatwo mi one pierzchną i pojawiają się na nich suche skórki, zabieg ten powtarzam dosyć często. Nigdy mi to szczególnie nie przeszkadzało, jednakże bywały chwile gdy chciałam wypróbować czegoś innego, ale na wykonanie domowego peelingu do ust nigdy czasu, ani ochoty nie miałam. Dobrą alternatywą dla takich leniuszków jak jak są oczywiście gotowe specyfiki. Mnie od dawna interesował właśnie takowy scrub do ust z Lush w wersji Bubblegum, który ma chyba największy popyt, ponieważ zwykle go nie mogłam dostać. Ostatnio moja noga ponownie zawitała do sklepu Lush, ale zamiast upragnionego Bubblegum, upolowałam sobie scrub z limitowanej świątecznej edycji, o nazwie Santa's. Jest to wersja o smaku coli z daktylami i wiśniami i chociaż za colą nie przepadam to ten peeling pachnie i smakuje świetnie. Zamknięty w malutkim, zgrabnym słoiczku, aż prosił się abym go zabrała do domu. Tak też uczyniłam.


 Jak wszystkie produkty Lush, tak i ten został wykonany ręcznie z naturalnych składników. Wiem, że część osób twierdzi iż scrub ten jest zbędnym gadżetem i z powodzeniem można zrobić sobie niemalże identyczny w domowym zaciszu. Nie twierdzę, że tak nie jest, bo owszem, wystarczy kilka podstawowych składników, i cieszyć się można samodzielnie wyprodukowanym scrubem do ust. Ale jak już wspomniałam, mnie za bardzo w takie tworzenie bawić się nie chce, a tu mam produkt już gotowy.


Stosowanie tego scrubu nie jest niczym skomplikowanym. Palcem nakładam odpowiednią ilość i wsmarowuję w usta do momentu, aż kryształki cukru się rozpuszczą. Nie trwa to długo, dosłownie po kilku sekundach cieszę się ponownie miękkimi ustami, które pozbawione są suchych skórek. Konsystencja może niektórym wydawać się zbyt suchawa, sama też początkowo myślałam, że coś jest nie tak, ale problem pojawia się tylko wtedy, gdy na palec nabierze się za dużo, ponieważ nadmiar kryształków łatwo się osypuje.
Zawarte w peelingu olejki dodatkowo nawilżają moje usta, zatem po każdorazowym użyciu mogę cieszyć się jednocześnie miękkimi jak i odżywionymi ustami. Nie jest to jakiś mega zdzieracz, więc można korzystać z niego nawet po kilka razy dziennie, wszystko zależy od indywidualnych potrzeb. Po całym zabiegu usta wycieramy w chusteczkę lub jak kto woli, można je oblizać, co ja na przykład czynię, ponieważ jest to produkt całkowicie naturalny i bardzo smakowity. Pachnie przy tym słodko i aż chce się go z tego powodu używać. Wersja Santa's, od peelingów dostępnych w stałej ofercie różnie się tym, że znajdują się w niej dodatkowo małe czerwone serduszka, które nie rozpuszczają się, ale na szczęście jest ich bardzo mało.
Uważam, że nie jest to produkt niezbędny w toaletce każdej z nas, ale na pewno stanowi miły dodatek pielęgnacyjny. Jam mam dzięki niemu ładnie wyglądające usta, na których pomadki prezentują się znacznie lepiej. Zapewne po zużyciu wypróbuję jeszcze wersję Bubblegum, bo przecież to od chęci jej posiadania wszystko się zaczęło.

A jak Wy złuszczacie naskórek ust?
Stawiacie na domowe sposoby czy wolicie gotowe produkty?

Cena: 5.50£
Pojemność: 25g

 Skład:

MAC, Tinted Lipglass, Prrr i Pink Lemonade

poniedziałek, 1 grudnia 2014


Przedstawiane dziś przeze mnie błyszczyki do ust, to mini wersje Tinted Lipglass pochodzące z serii Sized To Go, która jest od jakiegoś już czasu dostępna w stałej ofercie MAC. W jej skład wchodzi 8 wybranych kolorów, z pośród krórych ja mam Prr oraz Pink Lemonade. Producent opisuje te błyszczyki jako produkt do stworzenia długotrwałego blasku. Są one napigmentowane, bardzo błyszczące, nanosząc je na usta można uzyskać delikatny lub spektakularny efekt. Zawierają także olejek jojoba, któego rolą jest zmiękczanie i odżywianie ust.

  
Prrr, Pink Lemonade
Prrr - to delikatna, różowawa brzoskwinia z różowym blaskiem.
Pink Lemonade - jest cukierkowym różem.
Obydwa odcienie zawierają malusieńkie błyszczące drobinki, ale na ustach nie są one wyczuwalne.
Produkt znajduje się w wygodnej buteleczce, posiada aplikator z gąbeczką, który umożliwia szybką  i łatwą aplikację. 


Seria Tinted Lipglass ma strasznie klejąca się formułę i nawet gdy błyszczyk nałoży się cienką warstwą, jest nadal niemiło wyczuwalny na ustach. Nie mam nic przeciwko takim konsystencjom, pod warunkiem, że nosząc je, ciągle odczuwam komfort i nawilżenie. W przypadku tych dwóch kolorów tak niestety się nie dzieje. Możliwe, że to przez znajdujące się w nich drobinki, które mogą mieć jakiś wpływ na ogólne doznania. Dla porównania, posiadam limitowany odcień z tej serii, który jest całkowicie kremowy i nosi się bez problemowo, dlatego bardzo go lubię. Z kolei Prrr i Pink Lemonade mnie rozczarowały. Po zaaplikowaniu momentalnie wchodzą we wszystkie załamania, nieestetycznie je podkreślając. Nawet cienka warstwa nie jest w stanie zapobiec takiemu zachowaniu. Prawdą jest, że są to błyszczyki dosyć mocno napigmentowane, dlatego raczej nie polecam kłaść grubej warstwy na usta, bowiem wygląda to sztucznie i w moim przypadku wszystko się roluje, tworząc paskudny ślad w wewnętrznej części warg. Trwałość również nie jest ich najmocniejszą stroną i bardzo łatwo ścierają się z ust, mimo że mają tak gęstą konsystencję. Plusem jest oczywiście ładny waniliowy zapach, który posiadają wszystkie MACowe produkty do ust, ale w przypadku tych dwóch sztuk to niestety za mało. Ja zapewne więcej błyszczyków zawierających drobinki z serii Tinted Lipglass nie kupię, ale nie skreślam tych mających kremową konsystencję, bo według mnie sprawują się na ustach znacznie lepiej.

Czy miałyście do czynienia z serią Tinted Lipglass ?
Które błyszczyki MAC lubicie najbardziej ?

Pink Lemonade
Cena:42zł/10£/10$
Pojemność: 2.4g

Anastasia Beverly Hills, Clear Brow Gel/ Bezbarwny Żel Do Brwi

piątek, 28 listopada 2014


Prezentowany dzisiaj bezbarwny żel do brwi Anastasia Beverly Hills to mini wersja, którą dostałam gratis podczas zakupów na stronie BeautyBay, gdzie co jakiś czas robię głównie zamówienia pielęgnacyjne. Nigdy wcześniej nie korzystałam z takich żeli, a z racji tego, że produkty do brwi ABH są wychwalane przez wielu wręcz pod niebiosa, niezmiernie ucieszył mnie taki dodatek. Maleństwo, które do mnie przyszło, zawiera 2.5ml produktu, a więc trzy razy mniej niż posiada standardowa tubka. Nie wiem czy samo opakowanie różni się od wersji pełnowymiarowej, ale po przeglądnięciu zdjęć na stronie producenta nie zauważyłam rozbieżności, więc doszłam do wniosku, że chyba jest identyczne.
 Szczoteczka żelu jest bardzo sztywna i posiada spiralne włosie, które precyzyjnie nanosi preparat. Wyglądem przypomina standardową szczoteczkę do rzęs. Nic z niej nie ścieka, można wręcz odnieść wrażenie, że nie ma na niej grama produktu. O jego obecności zapewnia mnie natomiast zapach żelu. Jednak nie jest to nic przyjemnego dla nosa. Preparat okropnie śmierdzi alkoholem, co bardzo mi się nie podoba. Nie wiem czy tego typu produkty mają taki mocniejszy zapach, gdyż bezbarwnych żeli wcześniej nie używałam, ale jeśli tak, to chyba za bardzo do nich garnąć się nie będę. Działanie żelu jest z kolei bardzo dobre. Brwi po przeczesaniu szybko wysychają i stają się sztywne aż do momentu demakijażu. Nie są one absolutnie posklejane czy sztucznie wyglądające. Żel pięknie ujarzmia włoski, ale nie sposób go dostrzec. Nakładam go zarówno solo, jak i na cień do brwi i w obydwu przypadkach nadaje im niezwykle naturalny wygląd. Nie jest to produkt dla mnie niezbędny, traktuję ten żel raczej jako taki dodatek lub gdy koniecznie chcę ujarzmić moje brwi na cały dzień. Zapewne osoby borykające się z nieposłusznymi włoskami, które lubią wykręcać się w różne strony będą tym żelem zachwycone, ale ja aż tak mocno takich preparatów nie potrzebuję. Gdy go wykończę, raczej nie zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowanie, co prawda żel jest świetny, robi to, do czego został stworzony, jednak intensywny zapach alkoholu bardzo mi tutaj przeszkadza. 

Znacie bezbarwny żel do brwi ABH?
Co Wy stosujecie do ujarzmiania brwi?

Cena: 16.50£/22$
Pojemność: 7.93ml
Ważność: 6 miesięcy od otwarcia

 Skład:

L'biotica, Biovax, Intensywnie Regenerująca Maseczka Keratyna+Jedwab

czwartek, 27 listopada 2014


Pisałam niedawno o szamponie Biovax z Keratyną i Jedwabiem (recenzja tutaj), natomiast dzisiaj słów kilka o maseczce do włosów z tej samej serii. Zakupiłam ją niepewna efektów, ponieważ wszelkie odżywki i maski zwykle strasznie obciążały moje włosy dlatego zwyczajnie ich nie stosowałam. O maseczkach Biovax czytałam, że spisują się świetnie i mało kto na nie narzeka. Postanowiłam więc jakąś wypróbować, czemu by nie. Wybór serii z keratyną nie był przypadkowy, gdyż moim włosom często potrzebna jest regeneracja i odbudowa, a producent zapewnia o jednym i drugim.

Informacje producenta:

Maseczkę zakupiłam w zestawie z termocapem i jednorazową saszetką serum wzmacniającym z witaminą A i E. Czepek, mimo że zwykły, niczym się nie wyróżniający, okazał się bardzo przydatny. Samo opakowanie kosmetyku jest bardzo szczelne, ale ma trochę niewygodne otwarcie, które zamyka się dosyć ciężko. Na szczęście jakoś to poskromiłam. Konsystencja maseczki należy do gęstej, ale bardzo łatwo nabierającej się na dłonie, jest niezwykle kremowa, również bez problemu produkt rozprowadza się na włosach, szybko je pokrywając. Pachnie delikatnie, przyjemnie, ale zapach na włosach za długo się nie utrzymuje.


Producent zaleca stosować maseczkę na umyte, osuszone ręcznikiem włosy, poprzez wmasowanie jej w czuprynę oraz skórę głowy. Następnie dla uzyskania efektu intensywnej regeneracji i odżywienia należy nałożyć dołączony termocap i pozostawić maskę na 15 minut lub dłużej. Dla podtrzymania ciepła można dodatkowo owinąć głowę ręcznikiem. Z racji tego, że moje doświadczenia ze stosowaniem masek są bliskie zeru, robiłam tak jak proponował producent. Nie wiedziałam jedynie jaką ilość maski mam na włosy nakładać, ale szybko metodą kilku prób i błędów, ogarnęłam temat. Nie wiem jak to jest u Was, ale mnie spokojnie wystarcza mała ilość (mam włosy do ramion), ponieważ zbyt dużo maseczki niepotrzebnie obciąża moje włosy. Wypłukiwanie jej po całym zabiegu nie sprawia problemów, ciepła woda szybko i skutecznie ją wymywa i nie mam potrzeby korzystania z pomocy szamponu. Już w czasie zmywania maski czuć, że włosy są niesamowicie miękkie i śliskie. Potem jest tylko lepiej, czyli same ochy i achy. Włosy rozczesują się za pierwszym pociągnięciem szczotki. Po wysuszeniu są wspaniale lśniące i gołym okiem można zauważyć jak maska świetnie je wygładziła. Fryzura nabiera lekkości, włosy są cudnie jedwabiste oraz sypkie, czego zupełnie się nie spodziewałam. Ale to tylko przez złe doświadczenia z przeszłości. Włosy nie zyskują spektakularnej puszystości, nie są też oklapnięte i smętnie sterczące. Mimo, że korzystam z niej raz w tygodniu, efekty na moich cienkich włosach są zadowalające i nie potrzebuję częstszych aplikacji. Co prawda producent zaleca używać jej co 3-5 dni, jednak dla moich włosów jest to zbyt wiele. Rezultaty można zaobserwować nawet po jednorazowym stosowaniu, co w moim przypadku jest świetną sprawą, ponieważ bywa, że zapominam o niej i przerwy robię nawet na 10 dni. Najważniejsze jednak, że moje włosy lubią tą maseczkę i w przeciwieństwie do szamponu z serii Keratyna+Jedwab, śmiało stwierdzić mogę, że jest to znakomity produkt.
Dzięki tej masce, moje złe wyobrażenie o tego typu produktach nareszcie zostało zniwelowane. Teraz mam ochotę na więcej, ale wiem, że nadal muszę uważnie wybierać produkty. Gdy dodam do tego jeszcze regularność w stosowaniu, moje włosy powinny zawsze prezentować się nienagannie. Polecam tą maseczkę każdemu kto ma włosy przesuszone i wymagające odżywienia oraz regeneracji. Powinna sprostać wyzwaniu, moje włosy w każdym razie świetnie odbudowuje.

Miał ktoś tą maseczkę do włosów?
Jakie inne maski Biovax polecacie?

Cena: 13.99zł
Pojemność: 250ml

Skład:

Bielenda, Esencja Młodości, Nawilżający Płyn Micelarny

środa, 26 listopada 2014


Moja przygoda z płynami micelarnymi rozwija się coraz bardziej i jak na razie, stosowanie tego rodzaju kosmetyku fajnie urozmaica mój demakijaż. Oczywiście w mojej codziennej pielęgnacji nie jest to rzecz niezbędna, jednak przyjemnie uzupełnia cały proces oczyszczania twarzy. Micel z Bielendy, kupiłam zupełnie w ciemno, nie posiadając jakichkolwiek wiadomości na jego temat,a zachęciła mnie do niego informacja na etykiecie głosząca, że posiada kwas hialuronowy oraz witaminę B3. Sam wygląd butelki również wpłynął na moją decyzję, choć raczej nie sugeruję się oprawą opakowań takich produktów, to kolorystyka etykiety mnie urzekła. Według obietnic, micel oprócz oczywiście oczyszczania twarzy z makijażu, ma dodatkowo za zadanie zwężać pory, zapobiegać powstawaniu wyprysków oraz łagodzić podrażnienia, a że zmagam się z niedoskonałościami cery, wydawał się dobrym wyborem.

Informacja producenta:

W tym momencie proces oczyszczania mojej twarzy wygląda następująco. Pierwszy krok jaki wykonuję, to zmywanie makijażu olejem kokosowym, który o tej porze roku, rozprowadzam wacikiem, ze względu na jego stałą konsystencję. Następnie do akcji wkracza micel, a jego zadaniem jest oczywiście usunięcie resztek makijażu i pozostałości oleju kokosowego. Na końcu wszystko przemywam mokrą szmatką muślinową, aby mieć pewność, że nic nie pozostało na mojej skórze. Od kiedy wprowadziłam micele do stałej pielęgnacji, zawsze podczas pierwszych kilku użyć sprawdzam także jak sprawuje się on samodzielnie i właśnie na tym opierać będę swoją recenzję.
To, jak wygląda opakowanie płynu, widać na załączonych zdjęciach, czyli wiadomo, że jest przezroczyste i ma tradycyjny zatrzask, który jest bardzo solidnie wykonany, nie ma możliwości aby ''ot tak'' się otworzył. Micel jest perfumowany i zapach ten plasuje się na pozycji dość wyczuwalnej. Gdy stosowałam go samodzielnie (czyli bez oleju kokosowego) odczuwałam nieznaczne poszczypywanie, a po wyschnięciu delikatne napinanie skóry. Uczucie to było mi zupełnie obce podczas używania ostatniego micela z Tołpy, czy mojego pierwszego, osławionego micela Garnier. Tak więc z pośród tych trzech okazał się dla mojej cery najmniej komfortowy w użyciu. Kwestia najważniejsza, to oczywiście jak płyn zmywa makijaż. Otóż z podkładem, różem i cieniami radzi sobie całkiem dobrze, co nieco potrafi nie doczyścić, ale najgorzej nie jest, natomiast zwykłego tuszu nie domywa za nic w świecie. Przy demakijażu twarzy niezbędne jest zużycie minimum 3 dużych płatków kosmetycznych.
Kiedy stosuję ten płyn po użyciu oleju kokosowego, do szczypania skóry nie dochodzi, jednak bywa po nim nadal lekko ściągnięta. Ponieważ olej świetnie rozpuszcza makijaż, micel ma ułatwione zadanie i zmywa wszystko już dużo dokładniej. Natomiast samodzielnie stosować go nie lubię. Jest to bardziej taki produkt do tonizowania cery, niż zmywania z niej pełnego makijażu. Nie zaobserwowałam, aby powodował zwężanie porów czy łagodzenie podrażnień, ale również nie wpływa na pogorszenie stanu skóry. Jedynym dyskomfortem jest minimalne szczypanie, które odczuwałam podczas pierwszych aplikacjach. Zużyję go oczywiście do końca lecz więcej do niego nie powrócę, jeśli miałabym go ocenić to przyznałabym mu 6/10 punktów.

Stosowałyście nawilżający płyn micelarny z Bielendy?
Jakie micele Was zawiodły lub okazały się bublami?
Cena: 11.99zł
Pojemność: 200ml
Ważność: 12 miesięcy od otwarcia

 Skład:

L'biotica, Biovax, Intensywnie Regenerujący Szampon Keratyna+Jedwab

wtorek, 25 listopada 2014


Do szamponu Biovax Keratyna+Jedwab mam mieszane uczucia. Stosowałam go solo oraz w połączeniu z odżywką tej samej serii, ale mianem ulubieńca określić go nie mogę. Sprawował się na moich włosach dobrze lecz po pierwszych zachwytach, zaczęłam zauważać również jego liczne wady. Szampon zamiast z czasem wpływać na moje włosy coraz korzystniej, ich kondycję stopniowo obniżał. Producent zapewnia o efekcie odbudowanej struktury włosów, ich lekkości, puszystości oraz, że kosmyki staną się jedwabiście lśniące i miękkie. Obietnice te, a także wiele pozytywnych opinii o szamponach i odżywkach Biovax, zachęciły mnie do wypróbowania go na sobie. W końcu tylko po takich testach, możemy być pewni, czy produkt jest odpowiedni dla naszych indywidualnych potrzeb, czy też nie.

Informacja producenta:

Szampon pachnie subtelnie, nie zalatuje od niego niczym chemicznym, jednak nie potrafię dokładnie sprecyzować jego woni. Na włosach nie jest wyczuwalny, a szkoda, ponieważ ja lubię, gdy ze świeżo umytej czupryny roznosi się ładny zapach. Choć zapewne dla pewnej grupy jest to zaletą.


Pierwsza myśl, jaka nasuwa się po wydobyciu szamponu z butelki, to jego dosyć gęsta konsystencja, mnie kojarząca się z jakimś kleikiem lub czymś do niego zbliżonym. Za takową nie bardzo przepadam, zwykle szampony tego typu nie pienią się za dobrze, a przynajmniej takie jest z nimi moje doświadczenie. Opisywana wersja Biovax Keratyna+Jedwab od tej normy nie odbiega. To znaczy, pieni się, ale trzeba po pierwsze włosy namoczyć w 100%, ponieważ w miejscach gdzie będa one tylko lekko wilgotne, szampon pienić się nie będzie. Trzeba także użyć dużo więcej produktu niż zwykle, co wiąże się z jego małą wydajnością. Szampon nieznacznie włosy plątał, co czuć było już w momencie wypłukiwania go, ale większej tragedii nie robił. Zawsze miałam także wrażenie, że nie do końca zmywał się z moich włosów, ale to raczej nie miało wpływu na ich wygląd po wysuszeniu. Sprawiał natomiast, że były one nawilżone i miękkie, co mnie niezmiernie cieszyło, gdyż mam często problem z matowo wyglądającymi włosami, które przy skórze szybko się przetłuszczają, a na reszcie długości są suchawe.
I tutaj pojawia się dziwna sprawa, ponieważ po pierwszych użyciach, czy to samodzielnie, czy z odżywką z serii, moje włosy były dużo bardziej lśniące niż normalnie. Robiły się takie jakby grubsze, ale nie były obciążone. Ładnie się układały i były przyjemnie sypkie. Jednym słowem, efekt mi się podobał i myślałam, że trafiłam na szampon, który po dłuższym stosowaniu, świetnie zregeneruje mi włosy. Niestety, mniej więcej po zużyciu połowy butelki, efekt już mnie tak nie cieszył, było wręcz coraz gorzej. Włosy stawały się po kilkunastu minutach od wysuszenia oklapnięte, dziwnie płaskie. Nadal lśniły, jednak już nie tak spektakularnie jak po pierwszych użyciach szamponu. A ostatnim minusem jaki się objawił, było bardzo szybkie przetłuszczenie się włosów. Codzienne mycie głowy stało się obowiązkowe. Co prawda, ja włosy myję i tak każdego dnia, ale tutaj chodzi o to, że ich widok każdego, następnego ranka, sprawiał wrażenie niemytych włosów od co najmniej trzech dni. Nie wiem dlaczego szampon przestał po czasie wykazywać swoje pozytywne właściwości i stał się produktem, po który sięgałam niechętnie. Zawsze wypłukiwany był dokładnie, dlatego nie mogę znaleźć wytłumaczenia na takie dziwne rezultaty. Głowa mnie po nim nigdy nie swędziała, co myślę że warto również zaznaczyć. Mam do niego ogólnie mieszane uczucia, dlatego uplasował się u mnie, mniej więcej na takiej środkowej pozycji. Może przy kolejnej okazji wypróbuję jakiś inny szampon Biovax i wtedy chętnie porównam do tego z Keratyną+Jedwabiem.

A czy Wy lubicie szampony Biovax?
Miałyście może wersję intensywnie regenerującą Keratyna+Jedwab?

Cena: 13.99zł
Pojemność: 200ml

Skład:

KOBO, Mono Eye Shadow/Prasowany cień do powiek

środa, 19 listopada 2014


Pomiędzy mną a cieniami marki KOBO nie ma niestety specjalnej więzi. Mam w posiadaniu dwa cienie wypiekane, które pierwotnie zakupiłam nie w celu malowania powiek, a jako róż/rozświetlacz ( pisałam o nich tutaj ) . Sprawdziły się tak sobie. Myślałam, że może cienie tradycyjne dużo bardziej przypadną mi do gustu i sięgać po nie będę znacznie chętniej. W końcu według producenta są to wysokiej jakości pigmenty połączone z zaawansowaną technologicznie formułą, która pozwoliła stworzyć cienie o świetnej trwałości, przeznaczone do profesjonalnego makijażu. Formuła oil free zapewniać ma łatwą i precyzyjną aplikację produktu, który ma znakomicie przylegać do powieki i nie obciążać jej. Kolory jakie posiadam są jak najbardziej śliczne lecz prezentują się znacznie lepiej w opakowaniu niż na moich powiekach. Nie są najgorsze, tak stwierdzić nie mogę, ale niestety czegoś mi w nich brakuje.


Kobo wypuścił serię Mono Eye Shadow w opakowaniach oraz w formie pojedynczych wkładów. Ja wybrałam opcję pierwszą, ponieważ ku mojemu rozczarowaniu, wkłady były w sklepie jakieś pouszkadzane i pokruszone :/ Osobiście preferuję komponowanie własnych palet, dlatego wkłady są mi na rękę, ale odpuściłam sobie, po co komuś uszkodzony produkt. 
Pojemniczki są plastikowe i odkręcają się, co nie do końca mi się podoba, ale trudno, poradzić nic na to nie mogę.
Cienie, które znajdują się w moim posiadaniu to Apricot 129 i Golden Rose 205.


 Apricot 129, jest bardzo ciepłym, żółto-morelowym odcieniem, który ma wykończenie satynowe. Najładniej prezentuje się w opakowaniu, na swatchu wygląda już na trochę zabrudzony, natomiast na mojej powiece prawie go nie widać. O aplikowaniu go bez bazy nie ma mowy, ponieważ dziwnie wtapia się w skórę i przy nakładaniu kolejnych warstw zaczyna się brzydko rolować i osypywać. Na bazie natomiast jakoś ujdzie lecz efekt szału nie wywołuje. Chciałam używać go jako cień na całą powiekę, ale z racji słabej pigmentacji, nakładam go pod łuk brwiowy lub w kącik oka. Ogólnie korzystam z tego cienia sporadycznie.


Golden Rose 205. kolor ten rzucił mi się w oczy momentalnie. Jest pięknym duochromem, mającym odcień różu, który przechodzi w złoto. Na swatchu wygląda bardzo urokliwie, natomiast aby ten efekt osiągnąć na powiece konieczne jest użycie bazy. Jeśli jej nie zastosuję. ciężko dojrzeć wtedy wykończenie duochrom. Oprócz tego, aby cieszyć się pełnią możliwości tego koloru trzeba się trochę napracować, na co nie zawsze mam ochotę i czas. Może dlatego sięgam po niego rzadziej niż bym chciała.


Cienie mają formułę dosyć dziwaczną, przy kontakcie z palcem wydają się być wręcz masełkowate, natomiast nakładane pędzlem są jakieś tępawe. Bardzo kiepsko trzymają się pędzli, próbowałam różnych, więc nie jest to wina jednego, konkretnego egzemplarza. W związku z tym, że słabo przylegają do włosia, równie łatwo się z niego osypują, dlatego w moim przypadku, gdzie podkład nakładam najpierw, bywa to irytujące. ponieważ muszę poświęcać dodatkowy czas na poprawki. Cienie rozcierają się poprawnie, również bez większych problemów łączą się z innymi. Niestety nie wytrzymują całego dnia i nałożone nawet na bazę, potrafią się zbierać w załamaniu powieki. co wygląda brzydko. Próbowałm także aplikacji na mokro ale różnicy w intensywności nie zauważyłam, mam wręcz wrażenie, że kolory dużo szybciej bledną i się ścierają.
Podsumowując są to cienie, które na pierwszy rzut oka prezentują się wspaniale, lecz na powiekach już tak spektakularnie nie wyglądają, uważam że gdzieś po drodze popełniono jakiś błąd. Może Wy nie macie takich problemów z tymi cieniami i zachowują się one zupełnie inaczej niż na moich powiekach, ja jednak czuję spory zawód. Na szybki makijaż się nie nadają, a nie zawsze mam dużo czasu na pomalowanie się, dlatego sięgam po te kolorki jedynie okazyjnie.

Lubicie tą serię cieni KOBO?
Jakie kolory skradły Wam serca?

Apricot 129, Golden Rose 205

Cena: 17.99zł / wkład 9.99zł
 
template design by designer blogs