Strona Główna

Charlotte Tilbury Airbrush Flawless Finish Skin Perfecting Micro-Powder

środa, 30 listopada 2016


Kosmetykami od Charlotte Tilbury przez długi czas w ogóle nie byłam zainteresowana i pomimo zachwytów wielu osób nie miałam w planach zapoznawać się z marką. Najzwyczajniej nie robiły one na mnie większego wrażenia. Dopiero całkiem niedawno, chyba po recenzji Katosu, która to serdecznie polecała puder Airbrush Flawless Finish coś pchnęło mnie w stronę tych produktów. Byłam akurat w trakcie rozglądania się za nowym pudrem, który nadawałby się dla mojej suchej skóry, a nie ukrywam że jest to nie lada wyzwaniem, ponieważ wiele z nich za bardzo odznacza się na mojej skórze, co wygląda źle. Ktoś mógłby pomyśleć natomiast, że skoro mam skórę suchą to pudry są w takim wypadku zbędne. Moja odpowiedź brzmi i tak i nie. Jeśli na przykład korzystam z bardziej matowego podkładu to z pudru korzystam zwykle w sytuacjach wymagających poprawek. Ja od pudru nie oczekuję super krycia, a jedynie zagruntowania podkładu, bo ten nawet na skórze suchej potrafi się ślizgać, czego staram się unikać, więc czymś utrwalić go muszę dlatego właśnie jest mi potrzebny. Airbrush Flawless Finish Skin Perfecting Micro-Powder reklamowany jest jako wyjątkowo drobno zmielony prasowany produkt, który w przeciwieństwie do tradycyjnych pudrów często wyglądających na skórze ciężko i płasko, ma ją delikatnie otulać, bez efektu ''ciastka'' i bez odznaczania się w załamaniach czy zmarszczkach.



Dostępny jest jedynie w trzech odcieniach Fair, Medium i Dark. Ja zdecydowałam się na środkowy, czyli Medium, który jak nazwa wskazuje ma być średnim odcieniem, chociaż tak naprawdę puder nie daje za wiele koloru na skórze, dlatego z powodzeniem mogę stosować go przez większą część roku. Ma tony beżowe, jest w miarę neutralny i w przyzwoity sposób stapia się z odcieniem mojej skóry. Nie ma żadnego wpływu na zmianę koloru podkładu, bo działa bardziej jak puder transparentny.


Zamknięty jest w złotawym opakowaniu wykonanym z plastikowego tworzywa które lubi łapać odciski palców i jest podatne na zarysowania. Niemniej jednak wykonanie jest ładne, z drobnymi detalami i dobrej jakości lusterkiem ale tak szczerze, nie wzbudza moich zachwytów. Jest to oczywiście kwestią gustu i komuś innemu może podobać się znacznie bardziej. 


Z pudrem polubiłam się już od pierwszego użycia, a każde następne utwierdziło mnie w przekonaniu, że dokonałam właściwego wyboru. Ma on zaskakująco delikatną formułę, która pomimo sprasowanej postaci nie pyli, ale krucha też nie jest. Został tak drobno zmielony, że pod palcami jest niewyczuwalny jak jakiś pyłek . Puder potulnie przylega do pędzla i w subtelny sposób otula twarz, co sprawia że aplikacja jest czystą przyjemnością. Nie sądziłam, że może być aż tak aksamitny i niezauważalny na skórze ale producent w tym wypadku się nie mylił. Jestem z tego faktu niezmiernie zadowolona, ponieważ produkt nie przeciąża mojej suchej skóry, a jedynie gruntuje podkład na czym mi zleżało. Musi być coś w tym, że posiada właściwości wygładzające, ponieważ za jego sprawą rysy zostają optycznie zmiękczone a cera nabiera miękkiego, ładniejszego wyglądu. Warto wspomnieć, że nie podkreśla suchych skórek, nie osiada w widoczny sposób na skórze i raczej nie da się go nałożyć zbyt wiele. Jest produktem lekkim, bez silnego krycia więc musiałabym się naprawdę nasilić żeby zrobić nim sobie jakąś krzywdę. Zapewnia naturalny, świeży efekt z matowo-satynowym wykończeniem. Oprócz tego, że idealnie nadaje się do utrwalania makijażu, lubię wykorzystywać go także do drobnych poprawek w trakcie dnia. Nie wpływa raczej na przedłużenie żywotności podkładu ale nie tego po nim oczekiwałam. Robi dokładnie to na czym mi zależało dlatego też z chęcią zakupię go ponowne. Dodam jeszcze, że w sytuacjach gdy mam mało czasu aplikuję go po oczy i tam również świetnie się spisuje. Bałam się, że będzie mało wydajny, bo takie chodzą o nim glosy ale ja denka jeszcze nie zauważyłam, a korzystam z tego pudru bardzo często, więc pod tym względem źle nie jest. Zatem pierwszy produkt od Charlotte Tilbury dostaje ode mnie ocenę pozytywną.


 Pojemność: 8g
Termin ważności: 30 miesięcy

Skład:


Makeup Geek Foiled Eyeshadow | Pegasus, Fantasy

poniedziałek, 28 listopada 2016


Latem miałam wizję jak to tworzę wakacyjne makijaże ale, że ja neutralna raczej jestem zabrakło mi w moich paletkach bardziej zwariowanych kolorów.  A że ten rok zdominowały cienie Makeup Geek wiedziałam gdzie mam takowych szukać. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie są to barwy wpisujące się w obecną porę roku, ale dodając dzisiejszy post zbrodni przecież nie popełniam ;) Z resztą mam takie zaległości, których niestety nie udało mi się nadrobić w tym roku, że aż wstyd przyznawać się jaka ze mnie marna blogerka.
Co do samych cieni uważam, że warto je zaprezentować. Dwa papuzie kolory jakie mam to Pegasus oraz FantasyPegasus czyli jaskrawy, dosyć jasny odcień niebieskiego, kojarzy mi się z czystym błękitnym niebem w słoneczny dzień. Fantasy z kolei jest jaskrawym jasnym kolorem zieleni ze srebrnym poblaskiem. Są to moje pierwsze i jak na razie jedyne dwie sztuki z serii cieni foliowych, które charakteryzują się silnym metalicznym blaskiem. Ich formuła jest nieco inna od cieni tradycyjnych, bardziej mokra i taka jakby cięższa/mięsista. W żadnym wypadku nie są przez to gorsze, co to to nie. Za sprawą tej formuły można z powodzeniem aplikować je palcem, co daje jeszcze mocniejszy efekt lśnienia i nawet nie ma większej potrzeby aplikować ich na mokro, ponieważ już na sucho biją po oczach. Ich minusem może być częstsze zbieranie się w załamaniach powiek, ale spowodowane jest to kremową konsystencją, dlatego bez dobrej bazy raczej się nie obędzie. Po własnych doświadczeniach wiem jednak, że właściwe przygotowanie powiek nie zawsze gwarantuje kilkugodzinną trwałość tych cieni. Można im to natomiast wybaczyć, bo w prosty sposób zebrany nadmiar daje się rozetrzeć i makijaż powraca do prawie wcześniejszego stanu. Zobaczcie z resztą sami jak śliczne są to kolory :)  
↓↓↓Zapraszam↓↓↓






Mario Badescu Drying Lotion

czwartek, 24 listopada 2016


Drying Lotion z Mario Badescu to najprościej rzecz ujmując środek wspomagający wysuszanie pryszczy. A te goszczą na mojej twarzy regularnie, więc wszelkiego rodzaju preparaty mające przyśpieszyć ich proces wymarcia są u mnie mile widziane. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam jakim sposobem dowiedziałam się o istnieniu tego produktu, prawdopodobnie było to wtedy gdy przeszukiwałam ofertę jednego ze sklepów internetowych do których regularnie zaglądam. W każdym razie jestem w trakcie zużywania drugiej buteleczki, co oznacza, że DL w pewien sposób na stałe zagościł w mojej pielęgnacji. Uprzedzam, że nie jest preparatem, który zrewolucjonizował mój proces dbania o skórę, ale ze względu na działanie lubię go mieć pod ręką i sięgam w sytuacjach tego wymagających (czytaj: bardzo często).
 Należało by jednak wspomnieć o samej formule Drying Lotion, ponieważ jest ona trochę inna. Mamy tu postać ciekłą oraz bladoróżowy osad, wygląda to trochę jak dwufazowy preparat, ale przed użyciem nie należy obydwu warstw ze sobą mieszać. Chodzi właśnie o to, żeby były odseparowane. Jeśli buteleczka stoi sobie spokojnie na półce, bądź innym stabilnym miejscu to bez problemu poszczególne warstwy są od siebie oddzielone, z kolei gdy opakowanie doświadczy wstrząsów trzeba trochę odczekać aby osad osiadł na dnie. No dobrze, ale ktoś może zapytać jak to coś stosować. Zapewniam, że na w tym nic skomplikowanego, wystarczy patyczek kosmetyczny albo jemu coś podobne zanurzyć, dotykając osiadłej warstwy i bezpośrednio pokryć wybrane miejsca na twarzy. Oczywiście twarzy uprzednio oczyszczonej. Tworzy się wtedy coś w rodzaju papki/pasty, która szybko zastyga. Pozostaje tylko odczekać kilka godzin i zmyć wszystko wodą. Ja lubię stosować DL na noc, ponieważ tak mi najwygodniej, ale bez problemu można aplikować go w dzień, tyle tylko, że musi to być w czasie gdy spędzimy go w domu, ponieważ DL to nie preparat który się wchłania, a taki co pozostaje na skórze widoczny. Posiada także wyczuwalny zapach kamfory, który całe szczęście szybko się ulatnia, nie jest wprawdzie nachalny, ale fiołkami to nie pachnie.


Z owym specyfikiem znam się wystarczająco długo i mogę wystawić mu pozytywna ocenę. Rzeczywiście można zaobserwować, że pomaga w procesie zasuszania pryszczy, ale w moim przypadku tylko tych zwykłych. Nie jestem tą szczęściarą, u której już po jednej nocy delikwent znika zupełnie, ale po kilku zastosowaniach widzę różnicę. Niestety od tradycyjnych syfków częściej goszczą u mnie tak zwane wulkany, czyli bolące podskórne wykwinty, które nie znikają przez długi, długi czas. Ten preparat ich nie niweluje, jednak pomaga zażegnać istniejący ból, co i tak jest dla mnie połową sukcesu. W sytuacjach gdy zdarza mi się majstrować przy twarzy i coś tam sobie wycisnę (tak wiem, że nie powinnam, ale czasami mam dzień słabości) DL przychodzi z błyskawiczną pomocą. Zasusza podrażnione miejsce, w którym pojawia się strupek i po dwóch dniach strefa ta jest całkowicie zagojona.
Sądzę, że osoby borykające się ze słabszym trądzikiem lub od czasu do czasu pojawiającymi się niespodziankami, mogą odnaleźć w tym produkcie pewien rodzaj pomocy, ponieważ to że ma on wpływ na szybsze niwelowanie drobnych nieprzyjaciół jest pewny. Nie należy jednak oczekiwać, że poradzi sobie z każdym rodzajem wykwintów, wiem to po sobie, ale zawsze warto wypróbować. Myślę, że w walce z tym uporczywym problemem sięgamy po różne środki a DL jest swego rodzaju kołem ratunkowym w sytuacjach awaryjnych.
Ps. Drying Lotion dostępny jest w opakowaniu szklanym jak i plastikowym, osobiście wolę to drugie, ponieważ nie ryzykuję rozbiciem, a bywa, że leci mi z rąk dosłownie wszystko ;)

Pojemność: 20ml
Termin ważności: 24 miesiące

Skład:

KIKO, Long Lasting Stick 8 Hours No-Transfer Eyeshadow

poniedziałek, 21 listopada 2016


 Wystarczyło pierwsze zetknięcie z cieniem w sztyfcie marki KIKO w odcieniu 38, abym zakochała się w takiej formie kosmetyku. W bardzo krótkich odstępach dołączyły do niego niego inne kolory i tak oto stałam się posiadaczką niemałej gromadki cieni z serii Long Lasting Stick. Ich zaletą jest nieskomplikowana aplikacja, która przebiega błyskawicznie, co pozwala wykonać efektowny makijaż oka w kilka chwil bez użycia zbędnej ilości produktów. Cienie te są wyjątkowo kremowe dlatego też z łatwością aplikują się na powiekach, a rozcierać je można zarówno pędzlem jak również palcem. Do takiej formy kosmetyku do oczu przekonałam się bardzo szybko, ponieważ jest ona świetną opcją w sytuacjach gdy nie mam za wiele czasu na wykonanie makijażu, a jednak zależy mi aby spojrzenie było w jakiś sposób bardziej zaznaczone. Największą zaletą tych kredek jest moim zdaniem ich trwałość, bowiem kiedy już zastygną trwają na powiekach w stanie nienaruszonym przez wiele godzin i nie trzeba martwić się o zbędne poprawki. Wśród odcieni jakie posiadam jedynie dwa są odrobinę bardziej wymagające, być może dlatego bo posiadają wykończenie matowe i z tego powodu należy w trakcie aplikacji poświęcić im ciut więcej uwagi, ale właściwie użyte również prezentują się bardzo ładnie. Poza tym nie sądzę żeby posiadały jakieś cechy, które je dyskwalifikują zarówno pod względem właściwości jak i użytkowania. Uważam, że warte są swojej ceny, a tym z Was które ich nie znają polecam obadać te kredki na żywo. ;)


Do zaprezentowania mam 7 kolorów, ale w ofercie są aż 32 odcienie, więc wybór jest spory i z powodzeniem można sobie coś upatrzyć. Mam jeszcze jedną kredkę od której wszystko się zaczęło, a pisałam o niej w >>tym<< poście, więc zainteresowanych odsyłam właśnie tam, natomiast poniżej krótka prezentacja pozostałych kolorów:
05 Rosy Brown - to taki trochę odcień taupe pomieszany ze zgaszonym różem z domieszką brązu, ma sporo połyskujących na srebrno drobinek. Nie wiem od czego zależy, ale potrafi inaczej wyglądać na moich powiekach, dlatego nigdy nie mam pewności jaki uzyskam efekt końcowy. Niemniej jest śliczny.
06 Golden Brown - to ciepły złocisty brąz, którego drobinki wspaniale połyskują, ale nie są nachalne i wykończenie jest przez to bardziej metaliczne, mój faworyt.  
07 Golden Beige - jasny odcień piaskowego beżu, w którym zatopione są połyskujące na złoto drobinki, jest to kolor bardzo intensywny, który idealnie nadaje się jako akcent na środku powieki lub w jej wewnętrznej części. Ma wykończenie perłowe i bardzo lubię po niego sięgać.
21 Passion Fruit - soczysty, brzoskwiniowo-morelowy kolor posiadający ciepłe tony i satynowe wykończenie, przepięknie wygląda latem gdy skóra jest muśnięta słońcem
25 Light Taupe - niby szaraczek, ale tak naprawdę jest kolorem trudnym do określenia, ma zdecydowanie chłodne tony i dostrzec można w nim subtelne drobinki lecz te na moich powiekach giną i wykończenie staje się matowe. Ma suchszą formułę niż pozostałe kolory, przez co nie jest tak komfortowy w aplikacji i ciężej się go rozciera. Poza tym może stanowić bazę pod inne cienie.
28 Bright Ivory - jaśniutki, beżowo-kremowy odcień z minimalnymi różowymi tonami. Ma mikroskopijne złote drobinki, które niestety nie są widoczne na moich powiekach. Posiada matowe wykończenie, a  konsystencją przypomina 25 Light Taupe. Z powodzeniem może być stosowany jako baza. Niestety przez suchawą formułę nie jest moim ulubieńcem.
36 Golden Mauve - różowo-fiołkowy połyskujący na złoto kolor, który ma ciepłe tony. Jest dosyć jaskrawy i nie zawsze ukazuje się na moich powiekach tak jak tego oczekuję, ponieważ gdy mam gorsze dni wyglądam za jego sprawą na chorą lub przemęczoną. U mnie najlepiej prezentuje się w cieplejszych miesiącach. 







Make Up For Ever | Full Cover Camouflage Cream

sobota, 5 listopada 2016


Full Cover Camouflage Cream z MUFE zakupiłam z myślą o zakrywaniu blizn i przebarwień potrądzikowych. Niestety tak się składa, że cera wciąż płata mi paskudne figle i co rusz serwuje niespodzianki, które pozostawiają po sobie tragiczne spustoszenie. Staram się jak tylko mogę aby temu przeciwdziałać, jednak łatwo nie jest. To, że raczej cery bez skazy mieć nie będę pogodziłam się już dawno, dlatego też chcąc nie chcąc ratować zmuszona jestem się wszelkimi dostępnymi środkami. Nie ukrywam - te szpecące ślady bardzo mi przeszkadzają i choć długo starałam się udawać, że nie jest tak źle i jakoś specjalnie ich nie maskowałam, tak wreszcie stwierdziłam, że mam już tego dość. Szukałam czegoś mocno kryjącego, co pozwoli ukryć prześwitujące przez podkład wiecznie znienawidzone blizny. O korektorze Full Cover powiedziano już chyba wszystko i pomimo, że słyszałam o nim już dawno, jakość niespecjalnie mnie interesował. Zdecydowałam się jednak na zakup, ponieważ w rankingach plasuje się wysoko pod względem krycia, a tego potrzebowałam. Problem pojawił się niestety gdy przyszło do wyboru odcienia, bo dokonywać go musiałam w ciemno. I pomimo iż zdjęć w internecie jest sporo to niestety nie udało mi się trafić właściwie.


Z pośród 12 dostępnych kolorów (na stronie Sephora.pl widziałam 8) wybrałam numer 5. Wydawał się jasno-średnim, dosyć żółtawym odcieniem dlatego stwierdziłam, że nada się idealnie. Dodatkowo czytałam, że Full Cover ciemnieje o nawet 2 tony, więc miałam również i to na uwadze. Numer 5 w rzeczywistości okazał się bardzo, ale to bardzo jaśniutkim kolorem, dla mnie dużo za jasnym, w związku z czym nie mogłam początkowo stosować go w celu jaki sobie założyłam. O dokupieniu drugiego odcienia nawet nie myślałam, ponieważ nie jest to produkt najtańszy i zwyczajnie szkoda było mi wydawać więcej pieniędzy. Zatem na początku był przeze mnie mało używany ale żeby nie spisywać go na straty testowałam go jako korektor pod oczy. W tej kwestii swojego ulubieńca posiadam od dawna, jest nim UD Naked Skin Concealer, ale mówią, że Full Cover rewelacyjnie kryje cienie pod oczami, dlatego pomyślałam co mi szkodzi spróbować.


 Wspomnieć muszę iż nie jest to według mnie najodpowiedniejszy produkt dla tak delikatnej części twarzy, gdyż prawdopodobieństwo zafundowania przesuszenia sobie okolic pod oczami jest spore. Szczególnie jeśli posiada się skórę suchą bądź też dojrzałą przy codziennym stosowaniu jest sporym ryzykiem. Full Cover jest bowiem korektorem silnie zastygającym, który ma działanie długotrwałe oraz matowe wykończenie. Jest świetnie napigmentowany dlatego też wystarczy naprawdę niewielka ilość aby pokryć wybrane miejsca. Wąski aplikator bardzo ułatwia dozowanie produktu, więc tutaj nie ma problemu, że wyciśnie się za dużo i dzięki temu nic się nie marnuje. Ma nieco tępawą formułę i zastyga w krótkim czasie więc lepiej szybko z nim pracować. Właściwie zastosowany potrafi zamaskować wszelkie niedoskonałości jak przebarwienia, blizny czy sińce. Do aplikacji najlepiej sprawdzają się palce, ponieważ ciepło skóry sprawia, że korektor świetnie się z nią stapia i wszystko wygląda bardzo naturalnie. Ale żeby osiągnąć taki rezultat trzeba umiejętnie korektor aplikować. Po pierwsze skóra musi być właściwie nawilżona, szczególnie sucha, w przeciwnym wypadku efekt rodzynka jest bardzo możliwy. Bez właściwej bazy niestety suchości zostaną podkreślone błyskawicznie, dlatego odżywczy krem koniecznie musi być. Ja lubię korektor delikatnie wklepywać opuszkami, bo w ten sposób mam największą kontrolę nad miejscami jakie chcę zamaskować. I choć pod oczami sprawdza się nawet dobrze to jednak nie ryzykuję stosowania go codziennie, ponieważ nie chcę za bardzo obciążać tej okolicy. Powiedzmy sobie szczerze nie jest to produkt lekki, z czasem może skórę wysuszać zatem od czasu do czasu po oczy go stosuję, ale na co dzień wolę lżejsze formuły. Dodam, że dobrze sprawdza się jako baza pod cienie. Moje powieki pokryte licznymi żyłkami  świetnie maskuje, ale stosowanie go wyłącznie w tym wypadku zupełnie mija się z celem, ponieważ jest to produkt szalenie wydajny, który nawet przy codziennym użyciu starcza na wieki.
Full Cover jest produktem dobrze maskującym silne przebarwienie, a sukcesem jest właściwie dobrany odcień. Ja niestety źle wytypowałam swój dlatego też, żeby w pełni korzystać z jego możliwości nakładam ten korektor na pomarańczowy kamuflaż i uzyskuję w ten sposób w miarę odpowiedni ton. Przyznam, że korekcja kolorem (color correction) jest dla mnie czymś nowym, ale powoli staram się to ogarniać. Bawię się też kolorem zielonym, ale o tym innym razem.
W każdym razie Full Cover jest naprawdę godny uwagi, ale przed zakupem należy porządnie zastanowić się, czy potrzeba nam aż tak silnego krycia, bo takie też produkt nam zapewnia. Jest ono także matowe i długotrwałe,a co za tym idzie wiąże się z przesuszaniem skóry. Dla osób borykających się ze skórkami raczej odradzam, ponieważ będą one jeszcze bardziej podkreślone. Jego cena może odstraszać ale należy wziąć pod uwagę, że jest niezwykle wydajny.

MUFE Full Cover nr 5

MUFE Full Cover nr 5

Pojemność: 15ml
Termin ważności: 12 miesięcy

Skład: 

pierwsze spotkanie z GlamSHADOWS

wtorek, 1 listopada 2016


Do cieni GlamSHADOWS początkowo podchodziłam z pewną dozą powątpiewania, ponieważ pierwsze opinie jakie pojawiały się w internecie były mocno krytyczne. Wolałam sobie poczekać, wszak na ilość cieni do powiek nie narzekam (choć wbrew pozorom wcale nie wylewają mi się z szuflady ;). Jednak gdy tak rozmyślałam czy warto inwestować w cienie Hani, Ta w między czasie wypuściła kolejną, drugą serię swoich perełek. Tym razem zadziałał mój chcieizm i nie namyślałam się zbyt długo. Ale żeby nie było, że napaliłam się jak szczerbaty na suchary, bo jednak nie wiedziałam czy cienie warte są zakupu, wybrałam tylko najciekawsze według mnie kolory. Po dwóch tygodniach oczekiwania dotarła do mnie paczka świeżutkich i pięknych produktów. Miałam to szczęście, że zamówiony przeze mnie odcień Pani Generał miał właściwą naklejkę, bo wiem, że były jakieś problemy w drukarni. 
A teraz moje przemyślenia. W zależności od wykończenia, cienie różnią się pod względem chociażby pigmentacji czy tego jak aplikują się na powiekach. Wśród kolorów jakie posiadam znajdują się trzy maty, dwa metaliczne/foliowe, jeden duochrom i dwie satyny, które trochę różnią się od siebie formułą. I tak zaczynając od matów to na swatche'ach być może nie prezentują się nadzwyczaj intensywnie, ale wcale nie oznacza, że giną przez to na powiekach. Otóż są to cienie, które podbijają swój kolor wraz z dokładaniem kolejnych warstw. Dzięki temu osoby początkujące z makijażem mogą bez obawy z tymi cieniami pracować, bo o zrobieniu sobie niechcianych plam nie ma mowy. Maty mają delikatną formułę, przez co rozcierają się bardzo łatwo, nie są aż tak masełkowe jak chociażby cienie Makeup Geek lecz nie uważam, że z tego względu są gorsze. Inne- to fakt, ale na swój sposób równie dobre i lubię z nimi pracować. W zależności od rodzaju pędzla, w kontakcie z włosiem zdarza się, że minimalnie pylą jednak wydaje mi się, że większość matów tak ma. 
Teraz cienie metaliczne/foliowe, które są rewelacyjne i świetnie prezentują się zarówno w opakowaniu jak na powiekach. Mają różniącą się od matów formułę, są zdecydowanie bardziej kremowe, miękkie, wręcz jakby mokre. Bez problemu aplikują się płaskim syntetycznym pędzlem języczkowym, ale należy uważać przy rozcieraniu ponieważ znajdujące się w nich drobinki potrafią odrobinę posypać się pod oczami. Nie jest to nic strasznie rzucającego się w oczy, gdy na przykład mamy bardziej rozświetlający makijaż twarzy, ale gdy komuś zależy na zupełnie matowej cerze to coś takiego może doskwierać. Polecam w takiej sytuacji aplikowanie cieni metalicznych palcem, ponieważ ma się wtedy większa kontrolę, a sam pigment jest jeszcze bardziej intensywny. Satyny z kolei są pod względem konsystencji znacznie bardziej podobne do cieni metalicznych, gdyż są bardziej aksamitne niż maty, ale na powiekach ukazują subtelny kolor, dlatego też świetnie prezentują się w codziennym makijażu. 
Uważam, że zakup cieni GlamSHADOWS był dobrą decyzją i każdy z ośmiu jakie posiadam bardzo lubię i cieszę się, że wszystkie dobrze komponują się z moją tęczówką. Gdy zależy mi na wzmocnieniu danego koloru to aplikuję go albo palcem lub dodatkowo na mokro, ponieważ efekt jest wtedy jeszcze bardziej intensywny. Ich pigmentacja jest na bardzo wysokim poziomie i z całą pewnością są warte swojej ceny. Podobają mi się także polskie nazwy, które są łatwe do zapamiętania. Sądzę, że pomysł ten był świetnym posunięciem.

góra: Musztardówka, Zimna Czekolada, Kakaowa Cegła
środek: Chiński Jedwab, Pani Generał, Pralina
dół:Złota Pistacja, Kleo


 

Opis kolorów:
Musztardówka - ta nazwa jest adekwatna do odcienia, jest to kolor zgaszonej, ciepłej żółci, który na powiekach można wykorzystywać na wiele sposobów. ma wykończenie matowe, odrobinę suchsze niż pozostałe dwa maty jakie posiadam, ale w żaden sposób nie przypomina kredowego cienia.
Zimna czekolada - chłodny odcień dosyć średniego rozbielonego brązu. Tego typu kolory często na mojej skórze wybijają fioletowe tony, ale nie ten cień. Jego czysta forma idealnie przenosi się na powieki i idealnie współgra z moją tęczówką. Ten cień bardzo dobrze sprawdza się do zaznaczania załamania lub jako kolor przejściowy. Ma wykończenie matowe.
Kakaowa cegła - to ceglasty odcień pomarańczowego brązu, który ma matowe wykończenie, doskonale nadaje się do ciepłych, jesiennych makijaży. 
Złota pistacja - przepiękny złocisto-oliwkowy kolor, który subtelnie prezentuje się na powiekach, a jednocześnie jest świetnym dopełnieniem makijażu. Ma wykończenie połyskująco-satynowe i bardzo miękką, łatwo rozprowadzającą się formułę.
Chiński jedwab - połyskujący, lekko metaliczny duochrome który przecudnie opalizuje na złoto-lawendowo. Ze względu na łagodny odcień fioletu jest cieniem dosyć chłodnym ale złote tony doskonale balansują całość. 
Pani generał - jest to kolor będący połączeniem kilku odcieni co sprawia, że jest niezwykle interesujący, a jednocześnie trudny w opisaniu. Moim zdaniem jest to jakby odcień taupe z którego przebija mieszanka złoto-srebrnego blasku. Ma metaliczne, wręcz foliowe wykończenie.
Pralina - kolejny zachwycający kolor będący ciepłym odcieniem antycznego złota połączonego z brązem. Jego wykończenie jest metaliczne/foliowe, ale odrobinę różni się konsystencją od Pani Generał. Pralina jest równie masełkowa i mokra, ale nieco grubiej zmielona, dlatego też w trakcie rozcierania można wyczuć znajdujące się w niej drobinki, które przy aplikacji pędzlem potrafią się minimalnie osypać. Dla większej kontroli warto zatem posłużyć się palcem.
Kleo - cień który także nie jest do końca oczywisty, Wygląda na chłodny odcień, a tak naprawdę po roztarciu wydobywa się z niego ciepły, złotawy kolor z domieszką oliwkowego tonu. Zawiera także mnóstwo widocznych drobinek. Posiada satynowe wykończenie ,a sama formuła nieco różni się od pozostałych cieni GlamSHADOWS  jakie posiadam. Kleo jest miękki, ale jednocześnie suchy, dlatego zawarte w nim drobinki bardzo lubią się osypywać i z.tego względu najlepiej aplikować go na mokro.



po lewej, od góry:  Złota Pistacja, Kakaowa Cegła, Zimna Czekolada, Musztardówka
po prawej, od góry: Chiński Jedwab, Pralina, Pani Generał, Kleo

Make Up For Ever | STEP 1 Skin Equalizer Smoothing Primer

poniedziałek, 31 października 2016


Baz pod makijaż używam sporadycznie, nie są one dla mnie niezbędnikiem i raczej sięgam po nie gdy mam znacznie więcej czasu na makijaż lub też świadomie nie pominę tego kroku. Z tego powodu nie mam wyrobionego zdania na ich temat, ponieważ przerobiłam stosunkowo niewielką ich ilość, a gdy decyduję się na zakup całkowicie polegam na istniejących recenzjach. 
Swego czasu głośno było o bazach Make Up For Ever, które firma wypuściła w obfitej ilości, każdą z przeznaczeniem do konkretnych celów. O ile się nie mylę w ofercie dostępna jest matująca, nawilżająca, odżywcza, korygująca zaczerwienienia, rozświetlająca i wygładzająca, Dodatkowo nabyć można je w standardowej 30ml, jak i mniejszej pojemności (15ml) i tu właśnie pojawiło się moje zainteresowanie odnośnie tymże kosmetykiem. Nie ma dla mnie nic lepszego niż możliwość zakupu nowej nieznanej rzeczy w mniejszej objętości, bo jeśli coś pójdzie nie tak to moja frustracja nie będzie aż tak ogromna. Dlatego takie podróżne opakowania są świetnym rozwiązaniem właśnie dla mnie.



Zdecydowałam, że Smoothing Primer czyli baza wygładzająca będzie najbardziej przydatna. Rzecz jaka rzuciła mi się po pierwszych testach to spore podobieństwo do bazy z Benefit POREfessional. Obydwie bowiem mają porównywalną konsystencję oraz niemal identycznie zachowują się na skórze. Niestety nie jestem w stanie stwierdzić tego w 100%, ponieważ bazy z Benefit obecnie nie posiadam, ale stosowałam ją wystarczająco długo, żeby mieć zachowane w pamięci najważniejsze detale. Tak czy inaczej osoby , które znają POREessional mogą mniej więcej wiedzieć czego oczekiwać po bazie z MUFE. Dla tych co jednak styczności z nią nie mieli już spieszę z większą dawką informacji.
Może zacznę od formuły, która jest gęsta i zbita, ale bardzo łatwo rozprowadza się po powierzchni skóry. Jak na typową bazę silikonową przystało, tworzy aksamitną powłokę co daje się już wyczuć w trakcie aplikacji. Nie jest kosmetykiem ciężkim dlatego też po naniesieniu na twarz nie wyczuwa się jej. Do aplikacji nie potrzeba za wiele, porcja małego ziarenka groszku/kawy to wystarczająca ilość, aby pokryć najważniejsze części twarzy. U mnie są to nos i okolice, środek czoła oraz broda. Ogólnie im mniej zastosuję to lepszy efekt osiągam, ponieważ na grubszej warstwie bazy, podkład często dziwnie się zachowuje więc wolę nie przedobrzać.
To, że baza została użyta widać gołym okiem, ponieważ faktura skóry momentalnie staje się bardziej sprasowana, drobniejsze pory i załamania zostają wypełnione i optycznie jest ich mniej. Oczywiście nie ma cudów i nie należy oczekiwać, że skóra nagle będzie wyglądać jak po liftingu, ale baza jej stan wizualnie polepsza. W dotyku jest przyjemnie aksamitna, ale jeśli ma się tendencje do suchych skórek to należy uprzednio wykonać peeling, gdyż większe skórki raczej zostaną podkreślone. Zauważyłam natomiast, że jeśli mam problem z suchymi plackami, które zwłaszcza w obecnym okresie lubią mi się pojawiać, to wcale nie stają się bardziej widoczne, co szczerze mnie zaskoczyło. Śmiało mogę zgodzić się z producentem, że jest to baza wygładzająca, bo taki efekt mi dostarcza. Faktura skóry w subtelny sposób jest polepszona i lepiej przygotowana do dalszych kroków w makijażu.
Jeśli chodzi o kompatybilność z podkładami to nie zauważyłam aby baza gryzła się z jakimkolwiek który posiadam. Raczej wszystkie współpracują z nią identycznie i zachowują swoje oryginalne właściwości. Czy dzięki niej makijaż trzyma się dłużej? Odrobinę tak lecz w moim przypadku baza nie wydłuża jakoś szalenie trwałości, a raczej wpływa na dopieszczanie podkładu w jego normalnym trybie noszenia. To znaczy, że podkład zachowuje swoje właściwości i tak jak wyglądał świeżo zaaplikowany, podobnie prezentuje się po kilku godzinach. Jedynie w dni kiedy cera sprawia mi więcej problemów niż zazwyczaj  to czy poratuję się bazą, czy innym specyfikiem wyglądam i tak niewyjściowo i każdy ulubiony kosmetyk nie jest w stanie tego zmienić.
Najważniejsze pytanie brzmi natomiast, czy polecam? Moja odpowiedź jest taka: uważam, że jeśli posiada się cerę w dosyć dobrej kondycji to jest to rzecz zupełnie zbędna, natomiast dla osoby która nie posiada już skóry nastolatki, a pragnie żeby podkład jeszcze lepiej stapiał się z cerą warto ją wypróbować. Ja nie mam nic przeciwko tej bazie, jest fajnym dodatkiem do makijażu ale potrafię obyć się bez niej, dlatego też nie korzystam z niej codziennie. Najważniejsze, że mnie nie przesusza, ale osobiście wolę jednak produkty które dodatkowo mają właściwości rozświetlające, dlatego następnym razem zdecyduję się chyba na wersję rozświetlającą - Radiant Primer Yellow ;)


 Pojemność: 15ml (wersja podróżna)
Termin ważności: 12 miesięcy

 Skład:
 
template design by designer blogs