Strona Główna

cienie Makeup Geek część 4

czwartek, 22 marca 2018


Ponownie cienie Makeup Geek, ale tym razem prezentowana szóstka będzie w chłodnej tonacji. Jak na mnie, to dosyć nietypowo, jednak takich odcieni bardzo brakowało mi już od dawna. Ale żeby było szybko, bez zbędnych drobiazgów, to raz dwa przechodzę do opisu każdego koloru (oczywiście według mojego spojrzenia, bo zdaję sobie sprawę, że w tych sprawach ekspertem nie jestem).

Zaczynając od:
CONCRETE JUNGLE - mat, średnio nasycony, bardzo chłodny odcień szarego, który wręcz posiada sine tony. Jest bardzo dobrze napigmetowany, w trakcie rozcierania nie sprawia kłopotów, a jego intensywność można budować. Ma przyjemnie miękką teksturę.
SAND DOLLAR - mat, jasnoszary, odrobinę popielaty kolor. Jest stosunkowo delikatnym odcieniem, który fajnie sprawdza się przy przejściach pomiędzy kolorami, czy zmiękczania ich granic. 
WHITE LIES - biel, ale nie taka rażąca, tylko bardziej zgaszona, ma w sobie coś co sprawia, że na powiekach wygląda korzystnie. Posiada wykończenie matowe.
FAUX FUR - mat, jest średnim odcieniem brązu zmieszanego z szarością. Świetny, uniwersalny cień, który sprawdza się niemalże w każdej możliwej kombinacji. Bardzo lubię po niego sięgać, ponieważ użyty w załamaniu raz dwa robi mi zwykły, codzienny ''look''. Ma aksamitną formułę, dzięki której rozciera się doskonale.
PROM NIGHT - jedyny w tym zestawieniu cień, który ma połyskujące wykończenie. Prom Night to typowy kolor taupe, czyli mieszanka fioletu i szarości z domieszką brązu. Cień o bardzo kremowej konsystencji, który ślicznie wygląda na powiekach.
BADA BING - mat, w którym zatopione są złote drobinki. Z całej szóstki tylko on ma tonację neutralną w kierunku ciepłej. Jest to ciemny kolor czekoladowego brązu, który idealnie sprawdza się do wieczorowych makijaży lub gdy chcę mocniej zaznaczyć oczy. Pomimo silnej pigmentacji nasycenie da się budować stopniowo, ponieważ cień ma przyjemnie miękką formułę. Ze względu na możliwość osypywania się, lepiej aplikuje się go etapami, w małych ilościach.








Cover FX Illuminatig Setting Spray

niedziela, 18 marca 2018


Co zrobić kiedy produkty, których użyłyśmy do wykonania makijażu za bardzo zmatowiły skórę i w efekcie całość wygląda zbyt płasko? Rozwiązań może być kilka, jednym z nich jest na przykład użycie rozświetlającej mgiełki do twarzy. Mnie w takich sytuacjach pomaga Illumiating Setting Spray z Cover FX, mgiełka którą w pełnowymiarowej postaci dostałam jako gratis do zakupów pudru i kropelek brązujących tej marki.
Być może nie jest to produkt idealny, ponieważ ma także i słabe punkty, ale prawidłowo użyty potrafi dodać skórze pięknego rozświetlenia. Nie sprawdzi się niestety u każdego, a na pewno nie u tych osób, które za blaskiem na buzi nie przepadają. Natomiast tym z nas co lubią lekko ożywić makijaż zdecydowanie przypadnie do gustu.
Uważam, że mgiełka nadaje się nie tylko dla cer suchych i normalnych, bo nawet posiadaczki tłustych z powodzeniem mogą z niej korzystać. Ktoś zapyta: zaraz, ale jak? Jak produkt rozświetlający ma sprawdzić się na skórze, która błyszczy ot tak, bez użycia dodatkowych kosmetyków? Otóż sekret tej mgiełki tkwi w ultra lekkiej formule, gdzie w trakcie spryskiwania buzi, atomizer genialnie rozprasza produkt. Mgiełka jest na tyle delikatna, że w momencie osiadania na skórze jest wręcz niewyczuwalna. Z jednej strony to pozytyw, ponieważ nic skóry nie obciąża (tutaj produkt działa na korzyść cer tłustych), ale z drugiej, poprzez swoją delikatność, w kontakcie z buzią nie zapewnia wyczuwalnych właściwości nawilżających. I tutaj cery suche mogą odczuwać niedosyt. Ja na przykład kiedy mam potrzebę dodatkowego nawilżenia, bo moja skóra jest ściągnięta przez puder bądź podkład, czy ogólnie jest w danym dniu lekko odwodniona, jestem zmuszona użyć dodatkowo jakiejś mgiełki zwilżającej.
Mgiełka zawiera w sobie bardzo drobne srebrne drobinki. Ubolewam, że nie ma dostępnej opcji z drobinkami złotymi, bo te jednak dużo lepiej komponowałyby się z moją karnacją, ale może kiedyś marka wprowadzi taką wersję do swojej oferty. W każdym razie w tej mgiełce znajduje się wiele mikroskopijnych drobinek, które twarz pięknie ożywiają. Jednak żeby uzyskać właściwy efekt należy koniecznie przed użyciem porządnie buteleczką kilka razy wstrząsnąć. Przekonałam się na własnej skórze, że jeśli pominie się ten krok to drobinki za bardzo kumulują się w jednym miejscu i zamiast osiadać na twarzy równomiernie, tworzą przesadzone rozświetlone placki. A to niestety za dobrze nie wygląda. Ważne jest również zastosowanie jak najmniejszej ilości, bo bardzo szybko można skończyć z dziwnie wyglądającym na buzi błyskiem.


Pojemność: 120ml
Termin ważności: 12 miesięcy

Skład:

Czy Benefit Badgal lash jest tuszem pogrubiającym?

sobota, 10 lutego 2018


Benefit wypuścił niedawno swój najnowszy tusz do rzęs, a ja na przekór ostatnim nowinkom mam w zanadrzu BADgal lash. Miałam go kiedyś w postaci wersji mini, która niestety kompletnie się u mnie nie sprawdziła, ale jako że dostałam go w prezencie to szkoda byłoby żeby się zmarnował. Ogólnie jeśli chodzi o tusze tej marki to nie przepadam za nimi, ponieważ bardzo często rozmazują się, tworząc efekt pandy (w mniejszym bądź większym stopniu, ale jednak).


Zadaniem tuszu jest dodawanie rzęsom objętości, co przekładać ma się na super pogrubienie. Jest to jedna z dwóch rzeczy jakie od maskar oczekuję, drugą jest wydłużenie. Jeśli chodzi o tusz BADgal lash to jego formuła wcale nie jest taka zła. Jak na mój gust konsystencja mogłaby być bardziej mokra, bo odnoszę wrażenie, że przy próbie nakładania chociażby dwóch warstw, tusz zaczyna się w pewnym stopniu kruszyć. Z tego powodu chcąc-niechcąc, zmuszona jestem zadowalać się jedną warstwą co nie zawsze pozwala osiągnąć efekt na jaki liczę.
Natomiast o rezultatach jakie uzyskuję tym tuszem mogę powiedzieć krótko: są niezłe. Przy pojedynczym pociągnięciu szczoteczką, moje rzęsy w widoczny sposób nabierają głębokiego, czarnego koloru, ale z pogrubieniem jest już trochę słabiej. I tak szczerze to bardziej zauważalne jest u mnie wydłużenie, bo nie ważne ile się namacham, efektu zagęszczenia nie potrafię dostrzec.


Warto też wspomnieć o szczoteczce, która pomimo iż ma przyzwoity, w sumie klasyczny kształt i gęste włoski z tradycyjnego tworzywa, to niestety sam rozmiar sprawia, że przy każdym użyciu zastanawiam się czy moje oko nadal będzie w całości. No bo niech mi ktoś proszę wytłumaczy dlaczego ta szczoteczka musi być aż tak ogromna. Większość z nas nie ma przecież wielgachnych oczu. Nie zapominając jak trudno manewruje się tak sporych rozmiarów aplikatorem  chociażby w wewnętrznych kącikach. Sama mam z tym nie mały problem, tak samo jak chociażby z dokładnym wytuszowaniem rzęs od samej nasady. Jeden niewłaściwy ruch i odbite kropki gwarantowane, a wtedy szlag mnie trafia, bo makijaż oka jest spieprzony i gdy goni czas trzeba na szybko poprawiać. Szczoteczka co prawda ładnie rzęsy rozdziela, dzięki czemu efekt jaki uzyskuję nie jest przerysowany i gdyby tylko była drobniejsza to aplikacja zajmowałaby mniej czasu, a sam proces był bardziej przyjemny. I o ile z rozmiarem szczoteczki potrafię się jakoś pogodzić, to jeden istotny drobiazg sprawia, że BADgal lash nigdy nie trafi do moich ulubieńców. Otóż przymknąć oko mogę na ''drobne wady'', ale nigdy nie wybaczam gdy tusz rozmazuje się i tworzy szare plamy. A ten tak robi. Wystarczy odrobina wilgotnego powietrza i panda gotowa. Z tego powodu tusz używam jedynie w dni gdy jest w miarę ''sucho'', a nawet to nie zawsze gwarantuje, że nie odbije się na skórze.




Skład:

o różu wielofunkcyjnym... czyli MAC Trace Gold

piątek, 15 grudnia 2017


Trace Gold jest różem marki MAC, który ze względu na swój niepowtarzalny odcień z powodzeniem pełni także rolę rozświetlacza bądź cienia do powiek. Posiada wykończenie Sheertone Shimmer co oznacza, że  nie należy do grupy tych silnie napigmentowanych, tylko zdecydowanie jest różem mającym bezpieczną intensywność, czyli inaczej mówiąc nikt, ale to absolutnie nikt nie jest w stanie zrobić sobie nim brzydkich plam. Dzięki temu nadaje się nie tylko dla wprawionych osób, także amatorki makijażu, jak i wszystkie te z nas mające ciężką rękę do tego typu kosmetyków, śmiało mogą go używać. Oprócz delikatnej pigmentacji wykończenie Sheertone Shimmer posiada subtelne drobinki rozświetlające. W przypadku różu Trace Gold są one mikroskopijnych rozmiarów i po roztarciu na twarzy są bardzo słabo widoczne.



Trace Gold jest ciepłym różem w kolorze złocistej moreli, który w zależności od karnacji daje zróżnicowany rezultat. Na zupełnie jasnych przedstawia się bardziej brzoskwiniowo i nie sprawdzi się w roli rozświetlacza, ponieważ będzie za ciemny. U niektóych może nawet robić za ocieplający brązer. Natomiast na skórach bardzo ciemnych idealnie spełni funkcję złocistego rozświetlacza, ale już jako róż będzie za jasny. Najwięcej jego zastosowań wykorzystają za to osoby mające średnią karnacje. Wiem coś o tym, ponieważ sama zaliczam się do tej grupy. Trace Gold jako róż dodaje policzkom subtelnego koloru i bardzo fajnie sprawdza się w naturalnym dziennym makijażu. Z kolei gdy mam ochotę na bardziej wyraziste rumieńce aplikuję go na jakiś matowy róż, bowiem w roli topera spisuje się równie dobrze. Przy opalonej cerze często wykorzystywałam go jako rozświetlacz. 
Tymczasem bez względu na odcień skóry Trace Gold może z powodzeniem zastąpić cień do powiek, czy to na całej powiece, czy tylko w wewnętrznym kąciku oka, zawsze wygląda bardzo ładnie.


Trace Gold zapewnia łągodnie połyskujące wykończenie, które pięknie podkreśla skórę. To taki rodzaj naturalnego blasku, z którym ciężko przesadzić, więc użyty nawet w pośpiechu prezentować będzie się atrakcyjnie.
Lubię takie niejednoznaczne odcienie w kosmetykach, ponieważ dzięki temu stają się one produktem uniwersalnym i z łatwością mogą zastąpić kilka rzeczy, co szczególnie sprawdza się na wyjazdach kiedy nie chcemy bądź nie mamy możliwości zabrania dużego bagażu.



Smashbox Indecent Exposure Mascara

środa, 6 grudnia 2017


Wybór tuszu do rzęs Indecent Exposure marki Smashbox był zupełnym przypadkiem. Kupiłam go ponieważ spodobał mi się rozmiar i kształt szczoteczki. Małych rozmiarów, smukły z gęsto osadzonymi włoskami aplikator wzbudził moje zaufanie i chociaż nie wiedziałam jaką opinią cieszy się ten tusz, oczami wyobraźni widziałam ładnie wyczesane rzęsy.
Tusz dostępny był tylko w jednym kolorze -Deep Black, co mi zupełnie nie przeszkadzało bo zawsze stawiam na czerń. Tutaj jest ona przyzwoicie nasycona, ładnie intensyfikuje naturalny odcień moich rzęs bez przesadnego, sztucznego, smolistego efektu.


Tusz od samego początku miał dosyć gęstą konsystencję, przez co nie wymagał leżakowania. Na początku używało mi się go bez najmniejszego problemu, ale po ok 3 miesiącach formuła zrobiła się zbyt sucha, co znacznie zaczęło utrudniać aplikację. Żeby go uratować, po raz pierwszy postanowiłam do tuszu dodać kilka kropelek Duraline (3 lub 4, dokładnie nie pamiętam). Obawiałam się, że niekorzystnie wpłynie to na trwałość tuszu, jednak do takiej sytuacji nie doszło. Tusz nie tylko odzyskał pierwotną formułę, również nie rozpuszczał się w trakcie dnia, więc nadal mogłam cieszyć się z jego stosowania. Właśnie, przechodząc do stosowania. 
Maskarę polubiłam już po pierwszym użyciu, ponieważ za praktycznie jednym pociągnięciem, uzyskałam efekt ślicznie zaznaczonych oraz widocznie wydłużonych rzęs. Wykonując ruch typu zyg-zag szczoteczka precyzyjnie rozczesuje rzęsy, dlatego też o posklejaniu czy efekcie pajęczych nóżek nie ma mowy. Mnie jedna warstwa tuszu satysfakcjonuje w zupełności, ponieważ zapewnia naturalny, nieprzerysowany, niemniej jednak znakomity rezultat. Rzęsy są przy tym nadal miękkie,a tusz w trakcie dnia nie kruszy się.


Pomimo iż nie jest to tusz wodoodporny, to na rzęsach utrzymuje się wyjątkowo dobrze. W trakcie dnia nie odbija się na powiekach ani też nie tworzy efektu pandy. Zdarza się, że kiedy na przykład wieje wiatr i łzawią mi oczy (co niestety towarzyszy mi bardzo często) tusz minimalnie rozmazuje się w wewnętrznym kąciku oka, ale tragedii nie ma.
Na koniec dodam jeszcze, że podczas demakijażu zmywa się z łatwością.
Nie jest ideałem chociażby ze względu na konsystencję, która z upływem czasu podsycha, mimo wszystko szczoteczka zapewnia dokładne wyczesanie rzęs od nasady aż po same końce, gwarantując piękny efekt.


Tak jedna warstwa wygląda na moich rzęsach:



Skład:

Anastasia Beverly Hills, Lipgloss Toffee

czwartek, 30 listopada 2017


Zakup błyszczyka z Anastasia Beverly Hills zapoczątkował u mnie tegoroczną miłość do tych produktów. Błyszczyki były zresztą w przeszłości przeze mnie namiętnie zużywane i dopiero przekonanie się do pomadek zsunęło je na dalszy plan. Doskonale pamiętam, że moimi ulubieńcami były błyszczyki Bourjois, ale bezpowrotnie ich miejsce zajęły te z ABH. Pokochałam je między innymi za formułę, trwałość i zapach oraz wszystko inne. Kolor od którego rozpoczęło się zamiłowanie to tychże konkretnych mazideł to Toffee opisany jako jasny ciepły brąz. Jest on odcieniem czysto beżowym o brązowym zabarwieniu bez śladu tonów różowych czy innych. Dla mnie, fanki wszelkich nudziaków, kolor jest cudowny. Nie zgodzę się jedynie z tym że jest to błyszczyk o jasnym zabarwieniu, ponieważ ma zdecydowanie średni stopień nasycenia koloru, więc gdy zobaczyłam go po raz pierwszy byłam tym faktem nieco zaskoczona. Nie żeby odcień mi się nie spodobał, ale najzwyczajniej oczekiwałam, że będzie nieco jaśniejszy. Bardzo ładnie komponował się z moją wakacyjną opalenizną, natomiast w obecnej chwili częściej sięgam po inne kolory.


W pierwszym momencie ujął mnie prześliczny, słodki zapach, który na myśl przywodzi pyszne waniliowe ciasteczka. Bardzo lubię kiedy produkty do ust pachną tak przyjemnie, ponieważ jest to dodatkowym atutem w trakcie aplikacji. 
Jak na standardowy błyszczyk utrzymuje się wyjątkowo długo, chyba że piję bądź jem, wtedy rzeczą naturalną jest, że zanika.


Aplikator jest bardzo wygodny z użyciu i z łatwością przenosi produkt na usta. Nie mam potrzeby maczać go w tubce dwukrotnie, ponieważ to co znajduje się na nim po pierwszym wyjęciu w zupełności starcza na pełne pokrycie ust. Dodatkowo błyszczyk jest rewelacyjnie napigmentowany, więc naprawdę minimalna ilość zapewnia całkowite pomalowanie powierzchni warg, a i tak sporo pozostaje jeszcze na gąbeczce. Oprócz świetnej pigmentacji na słowa uznania zasługuje również formuła błyszczyka, która jest bardzo kremowa i dosyć gęsta, jednocześnie wspaniale nawilża przez długi długi czas, pozostawiając usta w uczuciu komfortu aż do całkowitego zniknięcia z nich. Pomimo swej bogatej konsystencji nie klei się, co uwielbiam, ale jeśli nałożę go odrobinę zbyt dużo to czasami zbiera się w wewnętrznej części ust, tworząc taką jakby linię. Spokojne można tego uniknąć, jeśli używam błyszczyka w minimalnych ilościach, bo sam kolor jest wystarczająco intensywny, ale zdarza się, że w pośpiechu byle jak użyty robi mi coś takiego.




Skład:

RCMA Over-Powder

niedziela, 26 listopada 2017


Puder transparentny No-Color ((>>recenzja <<) znany jest chyba większości z nas, ale marka RCMA posiada w ofercie jeszcze inny mniej popularny, jednak równie dobry Over-Powder, który dostępny jest w dwóch wersjach kolorystycznych: Warm Gold i Pure Pearl.
Over-Powder to sypki puder, który przeznaczony jest do nadawania miękkiego rozświetlenia wybranych miejsc. Może być z powodzeniem stosowany na obojczykach, ramionach, kościach policzkowych łuku kupidyna oraz wszędzie tam gdzie pragniemy skórze dodać blasku. Ze względu na zawarte drobinki nie wszystkim przypadnie do gustu, bo przyznać trzeba że jest dosyć specyficzny, a przesadnie nałożony, w mig zrobi ze skóry kulę dyskotekową. Natomiast użyty w odpowiednich proporcjach zapewni cudowny efekt rozświetlenia.


Początkowo miałam odcień Warm Gold, który posiada złote drobinki i dzięki temu świetnie komponuje się z moją karnacją, dlatego też nie wiedząc czemu dokupiłam Pure Pearl, a ten niestety nie do końca współgrał z tonem mojej skóry. Powód był prosty, zawarte w nim srebrne drobinki odznaczały się na mnie za bardzo, powodując, że moja skóra wyglądała sztucznie. Kolor sam w sobie był ładny, ale przeznaczony raczej dla osób o chłodnym typie urody, dlatego też bez żalu rozstałam się z tym odcieniem pozostawiając sobie Warm Gold.


Opakowanie jest identyczne jak w przypadku  No-Color Powder, czyli tutaj też dostajemy lekki, plastikowy pojemniczek z dosyć kiepskim zamknięciem i solniczką o zbyt dużych oczkach. Aby ułatwić aplikację, pozostaje przesypywać puder do zastępczego słoiczka, albo radzić sobie na własny, nam odpowiadający sposób.



Lubię ten puder za to, że pomimo swych rozświetlających właściwości, skórę jednocześnie matuje, a przy tym jest lekki i nie wysusza jej przesadnie. Świetnie współgra z podkładami, które lubią w trakcie dnia po skórze się przemieszczać, zatem jego właściwości gruntujące są jak najbardziej zapewnione. Dobrze spisuje się również przy podkładach bardziej matujących, kiedy twarz wygląda płasko, ponieważ zawarte w nim drobinki pięknie całość ożywiają. 
Nie raz przekonałam się, że nie ma co z tym pudrem przesadzać, bo chociaż osobiście bardzo lubię rozświetloną skórę, to nadmiar blasku w postaci iskrzących drobinek nie do końca wygląda właściwie. Kiedy go stosuję, preferuję buzię subtelnie  pędzlem omiatać, ponieważ właśnie w ten sposób mam pewność, że nie nałożę go za wiele. 
Co do efektu końcowego, wiele zależy od rodzaju oświetlenia, bowiem Over-Powder swoją moc najsilniej objawia w sztucznym oświetleniu. Wtedy właśnie zawarte drobinki połyskują najbardziej i efekt świetlistości jest najsilniejszy. Lżejszy blask zapewniony jest w słonecznym świetle. Jest zbliżony do tego w sztucznym oświetleniu, ale moim zdaniem trochę się jednak różni. Mnie natomiast najbardziej odpowiada wygląd skóry w dni kiedy słońca nie ma, ponieważ drobinek nie widać zanadto, a mimo wszystko wydaje się być promienna i trójwymiarowa.
Over-Powder z powodzeniem można mieszać na przykład ze zwykłym sypkim pudrem matującym lub śmiało stosować jako produkt wykończeniowy. To od nas zależy jaki rezultat pragniemy uzyskać. Ja lubię wykorzystywać go w zależności od potrzeb i jak na razie złego słowa nie mam zamiaru pod jego adresem kierować. Chociaż czytałam sporo opinii osób, które ze względu na występujące w pudrze drobinki bardzo z im się nie polubiły, sama do tego grona całe szczęście nie zaliczam się.




 
template design by designer blogs