Strona Główna

Giorgio Armani Lasting Silk UV Foundation

piątek, 23 września 2016



Podkład Giorgio Armani Lasting Silk mam stosunkowo niedługo ale po blisko dwóch miesiącach użytkowania bez problemu jestem gotowa wystawić mu swoją opinię. Byłam go niesamowicie ciekawa zwłaszcza, że zdanie na temat podkładów GA miałam do tej pory skrajnie różne. Luminous Silk to jeden z moich ulubieńców z kolei Designer Lift okazał się sporym nieporozumieniem dlatego nie wiedziałam czego tak naprawdę spodziewać się po Lasting Silk. Według obietnic, podkład ma zapewniać 14-sto godzinne, satynowo-matowe krycie bez uczucia ciężkości, a za sprawą SPF20 umożliwiać dodatkową ochronę przeciwsłoneczną. Został ponoć stworzony aby móc przetrwać w trudnych warunkach i kryzysowych sytuacjach. Jest podkładem na bazie wody, przeznaczonym dla cer normalnych, tłustych oraz mieszanych. Producent wspomina o średnim kryciu. Dostępny jest w 9 odcieniach ( na stronie Douglas.pl widziałam, że odcieni jest 7).


Jak wszystkie podkłady GA, Lasting Silk ma piękne, minimalistycznie zdobione opakowanie, które zdecydowanie cieszy oko. Buteleczka wykonana została z mrożonego szkła, przez które bez problemu można kontrolować ubywający produkt. Jest również smukła pompka co działa bez zarzutu i wzorowo dozuje potrzebną nam ilość.
Podkład ma dosyć lejącą się konsystencję, a to dlatego że jest na bazie wody, co w moim przypadku jest idealnym rozwiązaniem, ponieważ moja skóra lubi tego typu formuły. W trakcie aplikacji ma przyjemny poślizg i bardzo łatwo oraz szybko daje się rozprowadzić. 
Lasting Silk ma bardzo intensywny, perfumowany zapach. Jego największym minusem jest niestety silna woń alkoholu. To chyba pierwszy podkład z jakim się spotkałam, w którym tak bardzo go czuć. Ma to niestety wpływ na cerę, ponieważ w momencie kiedy występują u mnie jakieś podrażnienia, odczuwam lekkie szczypanie, co wiąże się z pewnym dyskomfortem. W związku z tym, w dni gdy jestem na przykład po peelingu czy stosowaniu kwasu zwyczajnie unikam nakładania tego podkładu.
Mój odcień to 6.5(medium,warm), który miał być moim letnim kolorem. Po powrocie z wakacji i tak okazał się trochę za jasny, jednak opalenizna z twarzy znika mi niesamowicie szybko więc spokojnie mogłam się nim nacieszyć. Z nadchodzącymi tygodniami będzie stawać się za ciemny, ale wtedy wystarczy, że będę mieszać go z jakimś jaśniejszym podkładem. Odcień 6.5 jest ogólnie średnio opalonym beżem z ciepłymi tonami. Brakuje mi w nim trochę więcej żółtych akcentów, ale i tak w miarę dobrze komponuje się z moją karnacją i nie odznacza się zbytnio od koloru mojej szyi. Dużym plusem jest fakt, że nie utlenia się w trakcie dnia, co na przykład robił Designer Lift (brrr, nie cierpię kiedy podkład oksyduje, z resztą kto lubi wyglądać jak oompa loompa?...no właśnie).



Do aplikacji podkładu nadaje się zarówno pędzel jak i Beauty Blender (obecnie moim ulubionym jest wersja czarna), z tą różnicą że aplikacja pędzlem zapewnia bardziej matowy efekt, a BB nadaje bardziej satynowe wykończenie. Ja natomiast w 95% wybieram jajko, które jest moją ulubioną metodą nakładania podkładów i korektora. W każdym razie ma mojej suchej cerze, która od jakiegoś czasu przejawia też cechy cery mieszanej Lasting Silk  zapewnia wykończenie satynowe w kierunku naturalnego. Przy ilości jaką nakładam ( 2-2,5 pompki) efekt nie jest przerysowany, a twarz wygląda dosyć świeżo bez wrażenia maski. Krycie jest zdecydowanie średnie w kierunku lekko pełnego. Wszelkie drobne niedoskonałości i zaczerwienienia zostają przykryte, ale silne przebarwienia potrądzikowe nadal nieznacznie przebijają. Zauważyłam, że czasami w ciągu dnia twarz odrobinę zaczyna się świecić, dlatego nadmiar sebum muszę delikatnie odciskać, wtedy podkład trwa na swoim miejscu nienaruszony. Jeśli danego dnia mam więcej suchych skórek to niestety z upływem czasu stają się znacznie bardziej podkreślone, więc odpowiednio przygotowana cera jest w tym wypadku niezwykle ważna. Nie mniej podkład nie osadza się brzydko na buzi, a wręcz ładnie stapia się z cerą, ujednolicając jej koloryt. Przypudrowany delikatnym pudrem trzyma się na twarzy cały dzień, wymaga nie więcej jak dwie-góra trzy poprawki. 


Podkład Lasting Silk pozytywnie mnie zaskoczył, ponieważ obawiałam się, że będzie źle wyglądać na mojej skórze, a w rzeczywistości uzyskuję nim porządne krycie, które nie maskuje brzydko skóry. Buzia wygląda naturalnie, a koloryt jest przyzwoicie wyrównany. Jest również bardzo trwałym podkładem, który jednocześnie nie przesusza mi skóry (pomimo wysokiej pozycji alkoholu w składzie). Minus to oczywiście cena i nieprzyjemny zapach alkoholu. Ale ogólnie przyznaję- z podkładem polubiłam się bardzo i uważam, że spokojnie może stawać w rankingu z Luminous Silk, który bardzo dobrze wspominam. Nie wiem czy przypadkiem nie okazałoby się, że jest nawet lepszy.

Opakowanie: 10/10
Konsystencja: 9.5/10
Aplikacja: 10/10
Trwałość: 9/10
Krycie: 8.5/10
Zapach: 3/10
MOJA OCENA:8.5-9/10

w świetle dziennym słonecznym
          przed                                                             z podkładem

z lampą błyskową
       przed                                                                 z podkładem

              podkład z pudrem
w świetle dziennym słonecznym                                        z lampą błyskową

              przed                                                                        po             

Cena: 37£/ 259zł/ 62$
Pojemność: 30ml
Termin ważności: 12 miesięcy

Skład:

MAC Verve Lipstick

środa, 21 września 2016



Jesień to czas kiedy makijażem lubię bawić się najbardziej. Sprzyjająca aura tego okresu sprawia, że z przyjemnością sięgam po ciemniejsze kolory cieni do oczu, które świetnie współgrają ze zmieniającym się otoczeniem. Tej jesieni przyszło mi do głowy aby bardziej pobawić się także odcieniami na moich ustach. Wykorzystałam do tego akcję Back2Mac i w zamian za moje ostatnie sześć pustych opakowań, przygarnęłam iście jesienną szminkę w odcieniu Verve. Sądzę, że idealnie wpisze się w tą uroczą porę roku. Verve to kolor bardzo głęboki, który zdecydowanie przyciąga wzrok dlatego wciąż się z nim oswajam, ponieważ czasami odnoszę wrażenie, że mając go na ustach wyglądam zbyt mroczno. Przyznaję, takie odcienie należy lubić i chociaż szminka ta wygląda niesamowicie nie zawsze się dogadujemy.
Verve opisany jest jako przytłumiona brązowa śliwka. Na moich ustach jawi się zdecydowanie jako ciepły brąz, z którego przebija domieszka ceglastego akcentu. Moim zdaniem Verve to kolor neutralny idący odrobinę w kierunku ciepłych tonów. W związku z tym, że jest ciemny może mniejsze usta, jak na przykład moje, troszeczkę pomniejszać. Ale zbytnio się tym nie przejmuję, choć w erze pięknych,  pełnych (naturalnych bądź nie) ust może wydawać się to niektórym dziwne.
Verve jest szminką o wykończeniu Satin. Nie bez powodu zdecydowałam się właśnie na ten rodzaj, ponieważ z pośród wszystkich MACowych wykończeń właśnie to stało się moim ulubionym. Formuła jest bardzo kremowa i trwała, a na dobrze przygotowanych ustach siedzi przez długi czas. W wykończeniu Satin lubię również genialną pigmentację. Podobne jak w przypadku odcienia Spirit, Verve doskonale przenosi się na usta już za jednym pociągnięciem. Kolor rozprowadza się równomiernie, ale lepiej aplikować go powoli, żeby niepotrzebnie nie wyjechać poza kontur lub też nakładać na usta uprzednio obrysowane konturówką- ręczę, że bardzo ułatwia to pracę. A i jeszcze jedno- w trakcie cmokania kogoś w policzek radzę uważać, bo Verve lubi odbijać się na skórze, a nie każdy chce paradować z widocznym śladem szminki ;)

A co Wy sądzicie o intensywnych kolorach szminek? 
Czy Verve zagościłby również na Waszych ustach?
Jakie kolory ogólnie polecacie na jesień? 



theBalm Meet Matt(e) Trimony eyeshadow palette

piątek, 16 września 2016



Kolejna paleta, kolejne cienie. Dla mnie, fanki tego typu produktów zdaje się, że wciąż brakuje jakiegoś koloru, bo przecież wachlarz barw jest tak ogromny, a odcieni do wyboru setki, że odczuwam potrzebę posiadania nowych, czy to pojedynczych cieni czy w formie gotowych palet. Jakiś czas temu marka theBalm wypuściła na rynek paletę Meet Matt(e) Trimony, która bardzo przekonała mnie kolorystycznie. Znajdujące się w niej cienie są bardzo w moim guście, ponieważ należą do grupy ciepłych barw, dodatkowo wszystkie dziewięć sztuk to maty, a tych nigdy za wiele. Paleta Meet Matt(e) Trimony jest ogólnie moim pierwszym produktem marki theBalm więc brak mi jakiegokolwiek porównania do ich innych dostępnych palet, ale jeśli wszystkie są na tyle dobre jakościowo jak Trimony to jestem skłonna w przyszłości zakupić jeszcze jakąś jedną. Powracając do dzisiejszego głównego bohatera, muszę stwierdzić, iż miałam drobne opory w trakcie zakupu, ponieważ do tej pory nie posiadałam palety cieni zamkniętych w kartonowym opakowaniu i obawiałam się nieco jak będzie z przechowywaniem tego typu materiału. Po kilkunastu tygodniach wszystko jednak przebiega pomyślnie i opakowanie nie uległo zniszczeniu, jest poręczne w użytkowaniu, a za sprawą lekkiej wagi można z powodzeniem zabierać paletę w podróż. Minusem jaki zauważyłam jest lubiący brudzić się permanentnie materiał opakowania, bowiem z czasem nie da się go doczyścić i nie wygląda już tak schludnie jak zaraz po zakupie. To by było wszystko na temat mniej istotnych zagadnień. 



Czas na przeanalizowanie samych cieni. Jak wspomniałam jest ich w palecie 9 sztuk, są dosyć spore dzięki czemu mogą posłużyć na dłużej. Są to:
Matt Lin -bardzo jasny cielisty beż, może służyć jako cień bazowy oraz do zagruntowywania korektora, dla mnie jest odrobinę za jasny, ale przy bardzo jasnych cerach spisze się idealnie
Matt Thomas -bardzo jasny pudrowy róż, który niestety nie do końca odpowiada mi pod względem tonacji, w związku z tym nie często z niego korzystam.
Matt Rossi - średni szarawy beż, taki trochę w kierunku koloru taupe
Matt Lopez -średni brąz łamany pomarańczem, kolor odrobinę herbaciany, ładnie podkreśla załamanie powieki
Matt Kumar -intensywny kolor bordowo burgundowy, lekko rdzawy
Matt Moskowitz -ciemnofioletowa oberżyna
Matt Evans -średni, mleczno kawowy beż, nieco chłodniejszy niż Matt Lopez, idealny do zaznaczania załamania powieki
Matt Reed -ciemny czekoladowy brąz
Matt Ahmed -głęboka, intensywna czerń



Cienie mają rewelacyjną pigmentację i dosyć przyjemną konsystencję. Łatwo można nimi wypracować wszelkie makijaże, zarówno od zwykłych dziennych do tych bardziej wieczorowych. Tworzenie prostych smoky eyes to sama przyjemność nawet dla takiego amatora jakim jestem ja. Cienie są nieznacznie suche jednak nie mają nieprzyjemnej pudrowej formuły. W kontakcie ze skórą odczuwa się ich lekką konsystencję, która swobodnie przylega do powiek. Pigmentacja cieni nie budzi zastrzeżeń, w zależności od wybranego pędzla można szybko zbudować bardziej dramatyczny efekt, albo powoli wypracowywać sobie makijaż nad którym mamy pełną kontrolę. Intensywność koloru w prosty sposób da się budować, a same cienie pięknie się ze sobą łączą. W kontakcie z pędzlem nieznacznie pylą, natomiast nie jest to nic uporczywego, gdy cienia nabierze się zbyt wiele na włosie warto nadmiar delikatnie otrzepać, pozwoli to uniknąć niepotrzebnego osypania się pod oczami. Cienie trwają na powiekach przez cały dzień, nie tworzą  żadnych prześwitów i nie płowieją. Zdecydowanie polubiłam się z paletą Meet Matt(e) Trimony i z zakupu jestem zadowolona ;)

Ponżej prezentacja cieni na moich powekach, użyłam: Matt Rossi, Matt Evans, Matt Moskovitz, jak widać stworzyłam deliktane smoky na co dzień


Makeup Geek Full Spectrum Eye Liner Pencil

środa, 14 września 2016



Kredki do oczu nigdy specjalnie mnie nie fascynowały, dlatego też zazwyczaj nie zawracam sobie głowy ich zakupem. Owszem, jakieś dwie sztuki lubią zalegać w mojej kosmetyczce, są to najczęściej jakiś cielaczek oraz ciemniejszy brąz, ale to by było na tyle. Jednak gdy w ofercie Makeup Geek pojawiły się nowe kredki do oczu stwierdziłam, że czas na uzupełnienie dotychczasowych zasobów i przygarnęłam 3 kolory. Postawiłam na sprawdzone i uniwersalne odcienie beżu i brązu, a że tego lata naszło mnie na turkusowe akcenty, dorzuciłam jeszcze jeden ''szałowy'' kolor. Z pośród dziesięciu dostępnych odcieni wybrałam Nude, Spice oraz Mint. Nude to przyjemny cielisty kolor, będący połączeniem kości słoniowej z jasną brzoskwinią. Spice jest brązem, a ściślej to takie szarobrązowe kakao. Mint czyli jasna delikatna zieleń, jest pięknym seledynowo-pistacjowym kolorem. 
Wszystkie trzy są dosyć dobrze napigmentowane dzięki czemu można uzyskać bardzo ładny kolor na powiece. Jednak jakieś minusy też można zauważyć. Z pośród całej trójki najtrudniejszy we współpracy jest odcień Nude, trzeba się dosyć mocno napracować aby uzyskać nim jednolitą kreskę bez prześwitów, a i tak przeważnie po wykonaniu całej pracy coś zwykle nie do końca mi pasuje. Z kolei najsuchszą konsystencję posiada kolor Spice i w trakcie aplikacji odrobinę naciąga skórę powieki, z drugiej strony najlepiej  z całej trójki spisuje się on na linii wodnej. Trwa tam przez prawie cały dzień bez rozmazywania się i zbierania w kąciku oka. W związku z tym częściej ląduje  właśnie na linii wodnej, a nie jako tradycyjna kreska. Chociaż u mnie takowej i tak się nie dopatrzy, raczej jest to zwykłe zaznaczenie górnej linii rzęs. Mint, który jest zdecydowanie weselszym odcieniem bardzo dobrze sprawdził się w czasie wakacyjno-urlopowym. Nie trzeba specjalnie kombinować z makijażem oka, bo ten kolor załatwia większą część pracy. Jest trochę miększy od Spice dlatego też przyjemniej rozciera się na powiece. Konsystencją bliżej mu do Nude, jednak znacznie lepiej wybija kolor bez widocznych prześwitów, jak ma się to w przypadku właśnie Nude. 
Nie dopatrzyłam się informacji czy kredki można stosować również na linię wodną, ale i tak przeprowadziłam takowe testy i Spice spisuje się w tym wypadu bardzo dobrze. Niestety podobnie nie można powiedzieć o dwóch pozostałych. Mint jest kiepsko widoczna, a Nude prawie wcale nie widać i szybko spływa z tej strefy oka, więc po kilku próbach darowałam sobie aplikację tych kolorów na linii wodnej. Trwałe są natomiast gdy zastosuje się je na ruchomej powiece i tam wytrzymują długie godziny. Są w miarę wydajne, łatwo dają się zatemperować i nie łamią się w trakcie stosowania.
Uważam, że kredki Makeup Geek są dosyć fajne jednak szału nie ma, a i serce nie bije mi szybciej gdy mam je użyć. Znacznie bardziej polubiłam się z kredkami Zoeva i to po nie sięgam częściej.





SPICE
 MINT
NUDE


MAC Lipstick | Morange, Spirit

wtorek, 13 września 2016


Dzięki akcji Back2Mac mogę bezkarnie cieszyć się posiadaniem darmowych pomadek do ust. Szkoda tylko, że pustych opakowań po kosmetykach MAC już prawie nie mam żadnych, ale nie zmienia to faktu, że w kwietniu trafiły do mnie dwa nowe mazidła. Wybór pomadki jak zwykle nie był prosty, wszak kolorów jest multum, ale mniej więcej wiedziałam czego chcę, więc decyzję podjęłam dosyć szybko. Tym razem do mojej skromnej pomadkowej gromadki dołączyły kolory Morange i Spirit.



Morange w planach miałam już od dawna, ponieważ zawsze marzył mi się odcień bardziej żywy, który idealnie sprawdzałby się w letnim okresie. Producent opisuje ten kolor jako krzykliwy pomarańcz i taki też wydaje się na większości zdjęć widniejących w internecie. Ja zauważam w nim dodatkowo subtelne tony czerwieni. W dni kiedy Morange nie do końca podoba mi się na ustach lubię zmieszać tą pomadkę z jakimś innym jaśniejszym kolorem i w ten sposób uzyskuję satysfakcjonującą barwę. Ogólnie Morange jest dosyć intensywny i nie zawsze czuję się w nim w pełni komfortowo, ale uważam że jest to bardzo ciekawy kolor. Pomadka czasami bywa kłopotliwa w aplikacji i nie zawsze równomiernie pokrywa usta, wolę nałożyć jej mniej bo zdecydowanie wygląda wtedy ładniej. Ma wykończenie Amplified, które lubię, ponieważ charakteryzuje się ono mocnym kryciem, a przy tym jest kremowa i nadaje ładny, subtelnie połyskujący efekt na ustach. Jest także trwalsza niż chociażby te o wykończeniu Lustre czy Glaze, ale lubi nierównomiernie schodzić z ust. 
Spirit z kolei opisany jest jako zgaszony różowo-beżowy brąz co jest jak najbardziej trafne. Na moich ustach wygląda bardzo ładnie, szczególnie w obecnym okresie czuję się w tym kolorze komfortowo i naturalnie. Kilka lat temu za nic nie zwróciłabym na taki odcień uwagi, ponieważ stwierdziłabym, że jest za ciemny. Wszystko zmieniło się w zeszłym roku kiedy to przekonałam się do ciemniejszych nudziaków, które latem idealnie współgrają z moja opalenizną. Spirit jest moją pierwszą pomadką o wykończeniu Satin. Charakteryzuje się ono kremowa teksturą, która ma przyjaźnie otulać usta. Ma krycie średnie do pełnego i oczywiście satynowe wykończenie. Zawsze myślałam, że pomadki z serii Satin będą moje podatne na pierzchnięca usta za bardzo przesuszać, ale okazało się, że tak wcale nie jest, ba na chwilę obecną wykończenie to stało się moim ulubionym. Po pierwsze kolor można fajnie budować, chociaż już jedno pociągnięcie daje mi pełne krycie, a poza tym pomadka utrzymuje się na ustach bardzo długo, w porównaniu do wszystkich wykończeń jakie posiadam- najdłużej (nigdy nie miałam jedynie matowych).
Z obydwu kolorów jestem zadowolona i nie żałuję dokonanego wyboru, ale moje serce zdecydowanie skradł kolor Spirit i to po niego sięgam częściej ;)



SPIRIT
MORANGE

EX1 Invisiwear Compact Powder

poniedziałek, 12 września 2016


Powrót do pisania po długiej przerwie, po raz kolejny okazał się nie tak łatwym zadaniem jak chciałabym tego oczekiwać. Z drugiej strony bardzo doskwierał mi brak załączania nowych postów, więc postanowiłam ogarnąć jakoś temat i powoli zabrałam się do tworzenia notek, bo zdjęcia zalegają mi jeszcze ze stycznia. Na początek może opinia na temat pudru do twarzy, ponieważ tych nigdy za wiele. 
EX1 Invisiwear Compact Powder nie jest raczej zbyt popularny i gdyby nie pochlebne opinie osób, których zdanie sobie cenię być może nie zawracałabym sobie nim głowy. Z ciekawostek, firma EX1 Cosmetics swoje produkty dedykuje szczególnie tym osobom, które posiadają oliwkowe i żółte tony, dlatego też ja bardzo szybko odnalazłam się w ich asortymencie. Ich podkład chociażby jest jednym z lepszych jakie miałam, ale o nim innym razem. Dziś skupię się na pudrze, który posiadam w odcieniu P100, będącym najjaśniejszym kolorem z trzech dostępnych w ofercie. Pomimo to odcień taki zupełnie jasny nie jest, wręcz przeciwnie, moim zdaniem dla bardzo jasnej karnacji P100 będzie zdecydowanie za ciemny. Puder ma piękny, średni, oliwkowo piaskowy kolor o ciepłym zabarwieniu, bez jakichkolwiek pomarańczowych tonów. Bardzo ładnie stapia się z moją cerą, nadając jej naturalnie dziewczęcego uroku. Za sprawą lekkiej jak piórko konsystencji nie osiada brzydko na skórze ani nie podkreśla porów czy suchych skórek. Choć puder jest silnie zbity w kontakcie z pędzlem nie pyli, ale jednocześnie z łatwością przylega do włosia, co przekłada się na szybką i przyjemną aplikację. Ma miłą w dotyku, wręcz aksamitną formułę, która niepotrzebnie nie obciąża skóry. W związku z tym można nakładać go do woli, ponieważ nie ma takiej opcji że zrobi nam się jakaś maska czy brzydka skorupka. Jednak nie jest to puder silnie kryjący, dlatego też aplikowanie kolejnych warstw jest zbędne, bowiem w ten sposób traci się jedynie produkt. Zatem puder pod względem krycia plasuje się jako subtelnie wyrównujący koloryt cery produkt, który optycznie zniweluje ziemisty odcień skóry, ale znacząco nie zakryje tego i owego. Jest to produkt w pełni matowy, który na twarzy daje naturalny efekt drugiej skóry. Jak większość tego typu kosmetyków wymaga drobnych poprawek, ponieważ w zależności od trybu jaki prowadzimy może delikatnie znikać z twarzy, jednak ogólnie jest dosyć trwały i nieznacznie przedłuża żywotność podkładu. 
Ma proste, wykonane z plastiku opakowanie, które jest w kolorze miedzi. W środku dołączone jest wygodne lusterko, przydatne do wykonywania poprawek. Blokada/zatrzask kompaktu po prawie roku użytkowania nadal działa bez zastrzeżeń więc nie mam do czego się przyczepić.
Jedynym minusem jest ilość dostępnych kolorów, ponieważ trzy to trochę za mało aby odpowiednio dopasować odcień. Wiem, że marka wprowadziła nowe odcienie do linii podkładów, więc kto wie czy podobnego kroku nie zrobią z pudrami, co uważam byłoby rewelacyjnym posunięciem. 
Ze swojej strony, puder mogę polecić wszystkim osobom, które poszukują kosmetyków z żółtymi tonami, ponieważ idealnie komponuje się on z cerą nie zmieniając jej odcienia. Jest wydajny, ma miłą dla skóry formułę, nie podrażnia i ładnie na buzi wygląda.




Pojemność: 9.5g
Termin ważności: 24 miesiące

Skład:

Becca, Perfect Skin Mineral Powder Foundation

piątek, 5 sierpnia 2016


Kosmetyk, o którym jest dzisiejszy wpis plasuje się na szczycie moich ulubionych podkładów w formie pudrowej. Ze względu na posiadanie cery suchej zwykle unikam takich form produktów, jednak z tym pudrem jest zupełnie inaczej. Perfect Skin Mineral Powder Foundation marki Becca jest jak nazwa wskazuje mineralnym podkładem w formie pudrowej i póki co nie spotkałam się z lepszym. Według opisu zapewniać ma krycie, które można wzmacniać, zachowując przy tym naturalne wykończenie. Puder za sprawą drobno zmielonej formuły nie powinien obciążać skóry, która przez cały dzień ma wyglądać świeżo. Dzięki rozświetlającemu wykończeniu jej powierzchnia ma zostać optycznie wygładzona. Wodoodporna formuła pudru wzbogacona jest w antyoksydanty jak wit. A, B,C oraz E, dodatkowo nie zawiera parabenów, talku, oleju i alkoholu. Puder nadaje się dla wszystkich typów skóry, w tym wrażliwej i skłonnej do trądziku. Ma nie podrażniać skóry, oprócz tego został przebadany klinicznie, alergicznie i dermatologicznie. Dostępny jest w 15 odcieniach także bez problemu można znaleźć właściwy kolor.


Puder przychodzi w standardowym kartonowym pudełeczku, do którego dołączony jest ochronny pokrowiec oraz gąbeczka. Bardzo podoba mi się takie rozwiązanie, ale z czasem uznałam to za zbędny gadżet i pozbyłam się zarówno pokrowca jak i gąbeczki, bo jej akurat nie używałam. Samo opakowanie może kojarzyć się z latającym spodkiem, ponieważ tak też odrobinę wygląda. Mnie przypadło do gustu, choć należy zaznaczyć, że wykonane jest z gumowego tworzywa, podobnego do tych co kosmetyki NARS, a wiem że nie każdy lubi ten rodzaj materiału, bo trudniej go domyć z zabrudzeń. W środku, na ruchomej części znajduje się dobrej jakości lusterko, które świetnie nadaje się do poprawek ''na mieście''. Całość według mnie na plus.
Kolory jakie do tej pory miałam, bądź mam to Nude, Sand i Buttercup. Z racji tego, że kosmetyki Becca zmuszona jestem zamawiać przez internet, odcienie chcąc nie chcąc dobierałam w ciemno, co w przypadku tego produktu okazało się wcale nie tak prostą sprawą. Początkowo wybrałam Buttercup, który w okresie wczesnej wiosny okazał się za ciemny, jednak formuła spodobała mi się na tyle, że postanowiłam kupić jaśniejszy aby móc z niego w pełni korzystać. Tym razem postawiłam na odcień Sand i to jego zdenkowałam pierwszego. Gdy moja skóra zaczęła powoli łapać pierwsze promienie słońca, obydwa kolory ze sobą mieszałam i w ten oto sposób korzystałam z obydwu. Jako ostatni trafił do mnie odcień Nude, który kolorystycznie plasuje się pomiędzy dwoma poprzednimi.
Sand- (pale beige, yellow/golden undertones) opis ma jak najbardziej trafiony, to jasny beż z ciepłymi tonami, który ładnie wtapiał się w moją skórę, na zimę idealny.
 Nude- (light to medium beige, neutral to yellow/golden undertones), tutaj opis jest częściowo właściwy, ponieważ pod względem jasności bliżej mu do średniego, piaskowego beżu. Nude ma w sobie żółte tony dzięki czemu przyjemnie komponuje się z moją skórą.
Buttercup- (medium beige, medium/golden undertones), ten opis mnie zmylił i nie do końca się zgadzam, że kolor jest średni. Co prawda ciemny też nie jest, bo najlepsze określenie to nasycony średni, który ma tony idące bardziej w kierunku ciepłej brzoskwini aniżeli złotych piasków, ale o tym przekonałam się dopiero na żywo. Teraz gdy jestem bardziej opalona jest odrobinę za jasny, ale na początku lata nawet nieźle wtapiał się w moją skórę.


Moje doświadczenia z mineralnymi podkładami w przeszłości nie należały raczej do przyjemnych. Te które miałam okropnie wyglądały na twarzy, ciastkowały się w błyskawicznym tempie, a niektóre strasznie zapychały pory powodując więcej szkód niż korzyści. Podkład-puder Becca to pierwszy mineralny produkt w wersji prasowanej jaki miałam, który okazał się być stworzony dla mojej skóry. Bardzo przypadła mi do gustu jego konsystencja. Kosmetyk jest rewelacyjnie miałki i chociaż ma postać pudru nie jest typowo suchy czy kredowy, dzięki czemu nie podkreśla drobnych zmarszczek ani też nie wchodzi brzydko w pory. Jest lekki, pomimo to potrafi przyzwoicie kryć, chociaż nie należy spodziewać się, że zakryje silne przebarwienia potrądzikowe, ponieważ takowe posiadam, ale zapewniam że stają się one mniej widoczne. Zniweluje natomiast wszelkie drobne niedoskonałości i zaczerwienienia oraz ładnie wyrówna koloryt cery. Można nakładać go na twarz stopniowo, bez obawy o efekt tynku, ale należy pamiętać że pełnego krycia raczej  nie zapewni, jest ono średnie, a skóra nadal wygląda jak moja własna. Puder zarówno przy jednej warstwie jak i kilku, zapewnia naturalne wykończenie, które jest satynowo-matowe, typowego płaskiego matu nie daje co dla mnie jest na plus. Z odpowiednią pielęgnacją nie daje uczucia ściągnięcia, jednak w gorsze dni kiedy mam silnie przesuszoną skórę muszę twarz spryskać jakąś mgiełką aby odczuwać pełen komfort. Do aplikacji najlepiej nadaje się silnie zbity pędzel typu kabuki lub flat top, za pomocą takiego narzędzia można uzyskać najbardziej kryjący efekt. Przyznaję, że najprzyjemniej korzysta mi się z tej metody gdy jest ciepło, ponieważ w przeciwieństwie do tradycyjnych fluidów, nic nie spływa mi wtedy z twarzy. Jednak w związku z tym, że pogoda w Anglii raczej nie rozpieszcza, dużo częściej korzystam z tego produktu jak ze zwykłego pudru. W tym celu spisuje się równie dobrze. Do aplikacji używam wtedy bardziej puchatego pędzla, żeby makijaż tylko zagruntować, bez tworzenia zbyt grubej warstwy. Lubię go za to jak ładnie wtapia się w skórę stwarzając bardzo naturalny, nieprzerysowany wygląd oraz że nie podkreśla suchych partii, oczywiście jeśli mam widoczne skórki to nie znikną one w magiczny sposób dlatego ważne jest aby skórę wcześniej odpowiednio przygotować. Utrzymuje się przez wiele godzin i raczej nie wymaga zbyt wielu poprawek. Minusem jest dla mnie dostępność, ponieważ dobór koloru przez internet bywa zgubny i ja na przykład nie od razu trafiłam właściwie. Oprócz tego jeśli stosuje się go jako podkład to zużycie następuje stosunkowo szybko, jednak jako puder starcza na dłuższy okres. Zdarza się, że minimalnie pyli, ale tylko jeśli stosuje się go jako podkład. Innych wad nie dostrzegam.
Perfect Skin Mineral Powder Foundation to produkt, który na stałe zagościł w mojej kosmetyczce, a możliwość korzystania z niego na różne sposoby tylko wzmacnia jego pozycję. efekt jaki tworzy na mojej skórze jest naturalny, sam produkt nosi się komfortowo i nie dochodzi do wysypu niespodzianek, więc jest super.

Opakowanie: 9.5/10
Konsystencja: 10/10
Aplikacja:10/10
Trwałość:9.5/10
Intensywność krycia: 6-6.5/10

MOJA OCENA:9/10




Poniżej Perfect Skin Mineral Powder Foundation w sztucznym oświetleniu (zdjęcie z lampą błyskową) odcień Buttercup
         na twarzy tylko krem                                                                                         z pudrem              
 Poniżej Pefect Skin Mineral Powder Foundation w naturalnym oświetleniu w słoneczny dzień, odcień Buttercup
na twarzy tylko krem                                                                                z pudrem               
 
template design by designer blogs