Strona Główna

Czy Benefit Badgal lash jest tuszem pogrubiającym?

sobota, 10 lutego 2018


Benefit wypuścił niedawno swój najnowszy tusz do rzęs, a ja na przekór ostatnim nowinkom mam w zanadrzu BADgal lash. Miałam go kiedyś w postaci wersji mini, która niestety kompletnie się u mnie nie sprawdziła, ale jako że dostałam go w prezencie to szkoda byłoby żeby się zmarnował. Ogólnie jeśli chodzi o tusze tej marki to nie przepadam za nimi, ponieważ bardzo często rozmazują się, tworząc efekt pandy (w mniejszym bądź większym stopniu, ale jednak).


Zadaniem tuszu jest dodawanie rzęsom objętości, co przekładać ma się na super pogrubienie. Jest to jedna z dwóch rzeczy jakie od maskar oczekuję, drugą jest wydłużenie. Jeśli chodzi o tusz BADgal lash to jego formuła wcale nie jest taka zła. Jak na mój gust konsystencja mogłaby być bardziej mokra, bo odnoszę wrażenie, że przy próbie nakładania chociażby dwóch warstw, tusz zaczyna się w pewnym stopniu kruszyć. Z tego powodu chcąc-niechcąc, zmuszona jestem zadowalać się jedną warstwą co nie zawsze pozwala osiągnąć efekt na jaki liczę.
Natomiast o rezultatach jakie uzyskuję tym tuszem mogę powiedzieć krótko: są niezłe. Przy pojedynczym pociągnięciu szczoteczką, moje rzęsy w widoczny sposób nabierają głębokiego, czarnego koloru, ale z pogrubieniem jest już trochę słabiej. I tak szczerze to bardziej zauważalne jest u mnie wydłużenie, bo nie ważne ile się namacham, efektu zagęszczenia nie potrafię dostrzec.


Warto też wspomnieć o szczoteczce, która pomimo iż ma przyzwoity, w sumie klasyczny kształt i gęste włoski z tradycyjnego tworzywa, to niestety sam rozmiar sprawia, że przy każdym użyciu zastanawiam się czy moje oko nadal będzie w całości. No bo niech mi ktoś proszę wytłumaczy dlaczego ta szczoteczka musi być aż tak ogromna. Większość z nas nie ma przecież wielgachnych oczu. Nie zapominając jak trudno manewruje się tak sporych rozmiarów aplikatorem  chociażby w wewnętrznych kącikach. Sama mam z tym nie mały problem, tak samo jak chociażby z dokładnym wytuszowaniem rzęs od samej nasady. Jeden niewłaściwy ruch i odbite kropki gwarantowane, a wtedy szlag mnie trafia, bo makijaż oka jest spieprzony i gdy goni czas trzeba na szybko poprawiać. Szczoteczka co prawda ładnie rzęsy rozdziela, dzięki czemu efekt jaki uzyskuję nie jest przerysowany i gdyby tylko była drobniejsza to aplikacja zajmowałaby mniej czasu, a sam proces był bardziej przyjemny. I o ile z rozmiarem szczoteczki potrafię się jakoś pogodzić, to jeden istotny drobiazg sprawia, że BADgal lash nigdy nie trafi do moich ulubieńców. Otóż przymknąć oko mogę na ''drobne wady'', ale nigdy nie wybaczam gdy tusz rozmazuje się i tworzy szare plamy. A ten tak robi. Wystarczy odrobina wilgotnego powietrza i panda gotowa. Z tego powodu tusz używam jedynie w dni gdy jest w miarę ''sucho'', a nawet to nie zawsze gwarantuje, że nie odbije się na skórze.




Skład:

o różu wielofunkcyjnym... czyli MAC Trace Gold

piątek, 15 grudnia 2017


Trace Gold jest różem marki MAC, który ze względu na swój niepowtarzalny odcień z powodzeniem pełni także rolę rozświetlacza bądź cienia do powiek. Posiada wykończenie Sheertone Shimmer co oznacza, że  nie należy do grupy tych silnie napigmentowanych, tylko zdecydowanie jest różem mającym bezpieczną intensywność, czyli inaczej mówiąc nikt, ale to absolutnie nikt nie jest w stanie zrobić sobie nim brzydkich plam. Dzięki temu nadaje się nie tylko dla wprawionych osób, także amatorki makijażu, jak i wszystkie te z nas mające ciężką rękę do tego typu kosmetyków, śmiało mogą go używać. Oprócz delikatnej pigmentacji wykończenie Sheertone Shimmer posiada subtelne drobinki rozświetlające. W przypadku różu Trace Gold są one mikroskopijnych rozmiarów i po roztarciu na twarzy są bardzo słabo widoczne.



Trace Gold jest ciepłym różem w kolorze złocistej moreli, który w zależności od karnacji daje zróżnicowany rezultat. Na zupełnie jasnych przedstawia się bardziej brzoskwiniowo i nie sprawdzi się w roli rozświetlacza, ponieważ będzie za ciemny. U niektóych może nawet robić za ocieplający brązer. Natomiast na skórach bardzo ciemnych idealnie spełni funkcję złocistego rozświetlacza, ale już jako róż będzie za jasny. Najwięcej jego zastosowań wykorzystają za to osoby mające średnią karnacje. Wiem coś o tym, ponieważ sama zaliczam się do tej grupy. Trace Gold jako róż dodaje policzkom subtelnego koloru i bardzo fajnie sprawdza się w naturalnym dziennym makijażu. Z kolei gdy mam ochotę na bardziej wyraziste rumieńce aplikuję go na jakiś matowy róż, bowiem w roli topera spisuje się równie dobrze. Przy opalonej cerze często wykorzystywałam go jako rozświetlacz. 
Tymczasem bez względu na odcień skóry Trace Gold może z powodzeniem zastąpić cień do powiek, czy to na całej powiece, czy tylko w wewnętrznym kąciku oka, zawsze wygląda bardzo ładnie.


Trace Gold zapewnia łągodnie połyskujące wykończenie, które pięknie podkreśla skórę. To taki rodzaj naturalnego blasku, z którym ciężko przesadzić, więc użyty nawet w pośpiechu prezentować będzie się atrakcyjnie.
Lubię takie niejednoznaczne odcienie w kosmetykach, ponieważ dzięki temu stają się one produktem uniwersalnym i z łatwością mogą zastąpić kilka rzeczy, co szczególnie sprawdza się na wyjazdach kiedy nie chcemy bądź nie mamy możliwości zabrania dużego bagażu.



Smashbox Indecent Exposure Mascara

środa, 6 grudnia 2017


Wybór tuszu do rzęs Indecent Exposure marki Smashbox był zupełnym przypadkiem. Kupiłam go ponieważ spodobał mi się rozmiar i kształt szczoteczki. Małych rozmiarów, smukły z gęsto osadzonymi włoskami aplikator wzbudził moje zaufanie i chociaż nie wiedziałam jaką opinią cieszy się ten tusz, oczami wyobraźni widziałam ładnie wyczesane rzęsy.
Tusz dostępny był tylko w jednym kolorze -Deep Black, co mi zupełnie nie przeszkadzało bo zawsze stawiam na czerń. Tutaj jest ona przyzwoicie nasycona, ładnie intensyfikuje naturalny odcień moich rzęs bez przesadnego, sztucznego, smolistego efektu.


Tusz od samego początku miał dosyć gęstą konsystencję, przez co nie wymagał leżakowania. Na początku używało mi się go bez najmniejszego problemu, ale po ok 3 miesiącach formuła zrobiła się zbyt sucha, co znacznie zaczęło utrudniać aplikację. Żeby go uratować, po raz pierwszy postanowiłam do tuszu dodać kilka kropelek Duraline (3 lub 4, dokładnie nie pamiętam). Obawiałam się, że niekorzystnie wpłynie to na trwałość tuszu, jednak do takiej sytuacji nie doszło. Tusz nie tylko odzyskał pierwotną formułę, również nie rozpuszczał się w trakcie dnia, więc nadal mogłam cieszyć się z jego stosowania. Właśnie, przechodząc do stosowania. 
Maskarę polubiłam już po pierwszym użyciu, ponieważ za praktycznie jednym pociągnięciem, uzyskałam efekt ślicznie zaznaczonych oraz widocznie wydłużonych rzęs. Wykonując ruch typu zyg-zag szczoteczka precyzyjnie rozczesuje rzęsy, dlatego też o posklejaniu czy efekcie pajęczych nóżek nie ma mowy. Mnie jedna warstwa tuszu satysfakcjonuje w zupełności, ponieważ zapewnia naturalny, nieprzerysowany, niemniej jednak znakomity rezultat. Rzęsy są przy tym nadal miękkie,a tusz w trakcie dnia nie kruszy się.


Pomimo iż nie jest to tusz wodoodporny, to na rzęsach utrzymuje się wyjątkowo dobrze. W trakcie dnia nie odbija się na powiekach ani też nie tworzy efektu pandy. Zdarza się, że kiedy na przykład wieje wiatr i łzawią mi oczy (co niestety towarzyszy mi bardzo często) tusz minimalnie rozmazuje się w wewnętrznym kąciku oka, ale tragedii nie ma.
Na koniec dodam jeszcze, że podczas demakijażu zmywa się z łatwością.
Nie jest ideałem chociażby ze względu na konsystencję, która z upływem czasu podsycha, mimo wszystko szczoteczka zapewnia dokładne wyczesanie rzęs od nasady aż po same końce, gwarantując piękny efekt.


Tak jedna warstwa wygląda na moich rzęsach:



Skład:

Anastasia Beverly Hills, Lipgloss Toffee

czwartek, 30 listopada 2017


Zakup błyszczyka z Anastasia Beverly Hills zapoczątkował u mnie tegoroczną miłość do tych produktów. Błyszczyki były zresztą w przeszłości przeze mnie namiętnie zużywane i dopiero przekonanie się do pomadek zsunęło je na dalszy plan. Doskonale pamiętam, że moimi ulubieńcami były błyszczyki Bourjois, ale bezpowrotnie ich miejsce zajęły te z ABH. Pokochałam je między innymi za formułę, trwałość i zapach oraz wszystko inne. Kolor od którego rozpoczęło się zamiłowanie to tychże konkretnych mazideł to Toffee opisany jako jasny ciepły brąz. Jest on odcieniem czysto beżowym o brązowym zabarwieniu bez śladu tonów różowych czy innych. Dla mnie, fanki wszelkich nudziaków, kolor jest cudowny. Nie zgodzę się jedynie z tym że jest to błyszczyk o jasnym zabarwieniu, ponieważ ma zdecydowanie średni stopień nasycenia koloru, więc gdy zobaczyłam go po raz pierwszy byłam tym faktem nieco zaskoczona. Nie żeby odcień mi się nie spodobał, ale najzwyczajniej oczekiwałam, że będzie nieco jaśniejszy. Bardzo ładnie komponował się z moją wakacyjną opalenizną, natomiast w obecnej chwili częściej sięgam po inne kolory.


W pierwszym momencie ujął mnie prześliczny, słodki zapach, który na myśl przywodzi pyszne waniliowe ciasteczka. Bardzo lubię kiedy produkty do ust pachną tak przyjemnie, ponieważ jest to dodatkowym atutem w trakcie aplikacji. 
Jak na standardowy błyszczyk utrzymuje się wyjątkowo długo, chyba że piję bądź jem, wtedy rzeczą naturalną jest, że zanika.


Aplikator jest bardzo wygodny z użyciu i z łatwością przenosi produkt na usta. Nie mam potrzeby maczać go w tubce dwukrotnie, ponieważ to co znajduje się na nim po pierwszym wyjęciu w zupełności starcza na pełne pokrycie ust. Dodatkowo błyszczyk jest rewelacyjnie napigmentowany, więc naprawdę minimalna ilość zapewnia całkowite pomalowanie powierzchni warg, a i tak sporo pozostaje jeszcze na gąbeczce. Oprócz świetnej pigmentacji na słowa uznania zasługuje również formuła błyszczyka, która jest bardzo kremowa i dosyć gęsta, jednocześnie wspaniale nawilża przez długi długi czas, pozostawiając usta w uczuciu komfortu aż do całkowitego zniknięcia z nich. Pomimo swej bogatej konsystencji nie klei się, co uwielbiam, ale jeśli nałożę go odrobinę zbyt dużo to czasami zbiera się w wewnętrznej części ust, tworząc taką jakby linię. Spokojne można tego uniknąć, jeśli używam błyszczyka w minimalnych ilościach, bo sam kolor jest wystarczająco intensywny, ale zdarza się, że w pośpiechu byle jak użyty robi mi coś takiego.




Skład:

RCMA Over-Powder

niedziela, 26 listopada 2017


Puder transparentny No-Color ((>>recenzja <<) znany jest chyba większości z nas, ale marka RCMA posiada w ofercie jeszcze inny mniej popularny, jednak równie dobry Over-Powder, który dostępny jest w dwóch wersjach kolorystycznych: Warm Gold i Pure Pearl.
Over-Powder to sypki puder, który przeznaczony jest do nadawania miękkiego rozświetlenia wybranych miejsc. Może być z powodzeniem stosowany na obojczykach, ramionach, kościach policzkowych łuku kupidyna oraz wszędzie tam gdzie pragniemy skórze dodać blasku. Ze względu na zawarte drobinki nie wszystkim przypadnie do gustu, bo przyznać trzeba że jest dosyć specyficzny, a przesadnie nałożony, w mig zrobi ze skóry kulę dyskotekową. Natomiast użyty w odpowiednich proporcjach zapewni cudowny efekt rozświetlenia.


Początkowo miałam odcień Warm Gold, który posiada złote drobinki i dzięki temu świetnie komponuje się z moją karnacją, dlatego też nie wiedząc czemu dokupiłam Pure Pearl, a ten niestety nie do końca współgrał z tonem mojej skóry. Powód był prosty, zawarte w nim srebrne drobinki odznaczały się na mnie za bardzo, powodując, że moja skóra wyglądała sztucznie. Kolor sam w sobie był ładny, ale przeznaczony raczej dla osób o chłodnym typie urody, dlatego też bez żalu rozstałam się z tym odcieniem pozostawiając sobie Warm Gold.


Opakowanie jest identyczne jak w przypadku  No-Color Powder, czyli tutaj też dostajemy lekki, plastikowy pojemniczek z dosyć kiepskim zamknięciem i solniczką o zbyt dużych oczkach. Aby ułatwić aplikację, pozostaje przesypywać puder do zastępczego słoiczka, albo radzić sobie na własny, nam odpowiadający sposób.



Lubię ten puder za to, że pomimo swych rozświetlających właściwości, skórę jednocześnie matuje, a przy tym jest lekki i nie wysusza jej przesadnie. Świetnie współgra z podkładami, które lubią w trakcie dnia po skórze się przemieszczać, zatem jego właściwości gruntujące są jak najbardziej zapewnione. Dobrze spisuje się również przy podkładach bardziej matujących, kiedy twarz wygląda płasko, ponieważ zawarte w nim drobinki pięknie całość ożywiają. 
Nie raz przekonałam się, że nie ma co z tym pudrem przesadzać, bo chociaż osobiście bardzo lubię rozświetloną skórę, to nadmiar blasku w postaci iskrzących drobinek nie do końca wygląda właściwie. Kiedy go stosuję, preferuję buzię subtelnie  pędzlem omiatać, ponieważ właśnie w ten sposób mam pewność, że nie nałożę go za wiele. 
Co do efektu końcowego, wiele zależy od rodzaju oświetlenia, bowiem Over-Powder swoją moc najsilniej objawia w sztucznym oświetleniu. Wtedy właśnie zawarte drobinki połyskują najbardziej i efekt świetlistości jest najsilniejszy. Lżejszy blask zapewniony jest w słonecznym świetle. Jest zbliżony do tego w sztucznym oświetleniu, ale moim zdaniem trochę się jednak różni. Mnie natomiast najbardziej odpowiada wygląd skóry w dni kiedy słońca nie ma, ponieważ drobinek nie widać zanadto, a mimo wszystko wydaje się być promienna i trójwymiarowa.
Over-Powder z powodzeniem można mieszać na przykład ze zwykłym sypkim pudrem matującym lub śmiało stosować jako produkt wykończeniowy. To od nas zależy jaki rezultat pragniemy uzyskać. Ja lubię wykorzystywać go w zależności od potrzeb i jak na razie złego słowa nie mam zamiaru pod jego adresem kierować. Chociaż czytałam sporo opinii osób, które ze względu na występujące w pudrze drobinki bardzo z im się nie polubiły, sama do tego grona całe szczęście nie zaliczam się.




Charlotte Tilbury K.I.S.S.I.N.G. Lipstick Penelope Pink

czwartek, 23 listopada 2017


O pomadkach Charlotte Tilbury wiedziałam tyle co nic. Orientowałam się jedynie, że występują w trzech seriach: Matte Revolution, Hot Lips oraz K.I.S.S.I.N.G. Samych odcieni do wyboru jest całkiem sporo, ale nie każdy był na stanie w czasie gdy robiłam zakupy. Zdecydowałam się więc na Penelope Pink z linii K.I.S.S.I.N.G kierując się jedynie kilkoma zdjęciami na blogach oraz informacją ze strony producenta, że jest to kolor nude z różowymi tonami.


Kolor okazał się być prawie takim jak liczyłam, aczkolwiek istnieje różnica pomiędzy tym jak wygląda w opakowaniu, a jak prezentuje się na ustach. Penelope Pink jest całkiem jasną pomadką i tutaj opis producenta jak najbardziej odpowiada temu co widzimy w rzeczywistości. Połączenie delikatnego beżu z kremową nutą różu to jedyne co ciśnie mi się na myśl kiedy na nią spoglądam. Ma stosunkowo neutralny w kierunku ciepłego ton, co czyni ją bardzo uniwersalnym kolorem. Nie wiem dlaczego ale bywa, że na moich ustach jednego dnia wygląda bardzo ładnie i kiedy już zaczynam się do niej przekonywać przy kolejnym użyciu zdaje się być zupełnie innym odcieniem. Z tego powodu mam co do niej mieszane uczucia, ponieważ raz się lubimy, a raz jest tak sobie.



Pomimo że formuła pomadki jest kremowa to na ustach nie odczuwam większego nawilżenia, wręcz przeciwnie kiedy mam gorszy dzień wszelkie suchości stają się podkreślone, więc bez dodatkowego produktu w postaci balsamu bądź czegoś podobnego raczej się nie obejdzie. Trochę szkoda, ponieważ byłam przekonana, że jest to pomadka w miarę nawilżająca i sama z siebie zapewni dostateczny komfort, ale niestety nie podołała zdaniu. Przypominam, że moje usta są bardzo kapryśne i być może ktoś nie mający aż takich problemów jak ja uzna tę pomadkę za wystarczająco komfortową.
Nasycenie koloru jest tutaj przeciętne , przy jednym pociągnięciu uzyskuję półtransparentne krycie, które można zbudować do lekkiego średniego. Wygląda to bardzo naturalnie dlatego uważam, że jest doskonałą pomadką do użytku codziennego, ale ze względu na wysoki wskaźnik zjadania się z ust wymaga częstych poprawek. Zapewnia ładnie połyskujące wykończenie, nic nachalnego, ale wystarczająco odbija światło, dzięki czemu usta są ładnie podkreślone.


Bardzo podoba mi się opakowanie, które na myśl przywodzi pomadki retro, jest szalenie eleganckie, solidnie zamykane, a jego kolor zdecydowanie wyróżnia się na tle mojej, nazwijmy to ''mini kolekcji''. Problem mam jedynie przy wykręcaniu szminki, ponieważ pomimo że nie jest złamana ani w jakikolwiek sposób uszkodzona, to za każdym razem zahacza o krawędź tubki i brzydko ''nadgryza'' się wciąż w tym samym miejscu. Dodam, że absolutnie nie naciskam jej w trakcie aplikacji, więc nie wiem czym jest to spowodowane, ale nigdy nie uświadczyłam takiej usterki.
Na plus zasługuje zapach, który jest słodki (pachnie trochę jak aromat waniliowy) ale wystarczająco subtelny, więc raczej ne powinien nikogo drażnić. Mnie bardzo umila aplikację.



Missha, M Perfect Cover BB Cream

poniedziałek, 20 listopada 2017


Z Perfect Cover BB Cream pierwszy raz miałam styczność kilka lat temu, kiedy na koreańskie kremy BB był niemały szał. Pomijając ton, który był dla mnie nieodpowiedni, wspominałam ten kosmetyk nawet dobrze, dlatego też gdy odkryłam, że marka Missha ma w ofercie dwa ciemniejsze kolory, postanowiłam odnowić znajomość z tym BeBikiem.


W przeszłości używałam odcienia 21 oraz 23. Ze względu na ich jasną jak dla mnie kolorystykę korzystałam z nich w okresie zimowo-wiosennym, ale nie dało się ukryć, że ciężko stapiały się z moją skórą, głównie przez zbyt chłodny ton. I chociaż numerki te mają zabarwienie beżowe, bez szczególnych różowych podtonów, to niestety są za bardzo ziemiste, przez co moja cera zawsze wyglądała na poszarzałą i pomimo pomocy brązera, różu bądź pudru, zauważalnie odcinała się od reszty ciała. Natomiast kolor 27 Honey Beige, na którym pragnę się skupić jest zupełnie inny. Po pierwsze jest sporo, ale to sporo ciemniejszy, nawet dla mnie, dlatego też korzystać mogę z niego jedynie latem bądź w okresie gdy jestem mocno opalona(co wcale nie jest tak częste). Ma zdecydowanie ciepłe tony, z których wybija się delikatny brzoskwiniowy kolor. Nie jest niestety idealnym odcieniem, ale potrafię pokombinować z nim na tyle, żeby wystarczająco stapiał się z moją karnacją.



Krem posiada bardzo wygodne, miękkie opakowanie, które wyposażone w dobrej jakości pompkę świetnie dozuje potrzebną ilość produktu. Jest dodatkowo perfumowany, jego zapach zaliczyć można do średnio intensywnych i zakwalifikować do tych raczej przyjemnych.


Pomimo gęstej i bardzo kremowej konsystencji nie przeszkadzało mi stosowanie kremu latem. Najprawdopodobniej wpływ na to ma moja sucha cera, bo jednak przy tłustej mogłoby nie być tak kolorowo. W każdym razie nie miałam problemów ze spływającym produktem, ale też nie nakładałam go na twarz w nadmiernej ilości. Perfect Cover ma wszak masełkową formułę i aplikowany nawet cieniutką warstwą, na skórze jest dosyć wyczuwalny. Liczyć trzeba się z tym, że ma on postać bogatego kremu nawilżającego, który świetnie wtapia się w skórę, ale nigdy na niej nie zastyga, więc tym bardziej jeśli zależy mi na trwałości warto go czymś przypudrować. U mnie najlepiej sprawdza się każdy sypki bądź sprasowany puder wykańczający. Przy próbach utrwalenia BeBika czymś bardziej napigmentowanym prawie zawsze makijaż prędzej czy później ciastkował się i całość wyglądała zbyt ciężko. 
Co do aplikacji, u mnie sprawdza się wszystko. Zarówno pędzel jak i gąbeczka świetnie radzą sobie z rozprowadzaniem kremu BB, ale najczęściej nanoszę go palcami, co przyznaję jest moją najmniej ulubioną metodą już od bardzo dawna, jednak w tym przypadku daje najlepszy efekt. Perfect Cover ogólnie aplikuje się bardzo szybko i przyjemnie, zupełnie tak jak miałabym do czynienia z jakimś gęstym, odrobinę lepkim kremem odżywczym. Zaletą jest brak widocznych smug, dodatkowo bardzo dobrze łączy się ze skórą nie podkreślając porów. Z uwagi na silnie kremową formułę lubi zbierać się w zmarszczkach bądź wszelkich załamaniach, dlatego nie wyobrażam sobie nie utrwalać go. 
Stopień krycia jest wbrew pozorom niczego sobie. Przy jednej cienkiej warstwie, czego zawsze jestem zwolenniczką, uzyskuję pół średnie, generalnie porządne krycie. Skóra staje się mocno świetlista, dlatego stosowanie dodatkowych baz czy rozświetlaczy jest zbędne. I tu nawet ja odczuwam potrzebę delikatnego zminimalizowania owego blasku coby zanadto się nie świecić. 
Szkoda, że gama kolorystyczna jest mocno okrojona, bo niestety ciężko jest mi dopasować właściwy odcień. Krem sam w sobie moim zdaniem jest godny uwagi i gdyby tylko dostępny był jakiś fajny pośredni żółtek to chętnie bym do niego regularnie wracała. 
Trwałość ma przeciętną, w zależności od warunków atmosferycznych i tempa dnia po ok. 4 godzinach skóra zaczyna się bardziej wyświecać. Mniej więcej po takim też czasie lubi zanikać, szczególnie z nosa i okolic, ale wygląda to w miarę naturalnie. 
Dla mnie jest to przyzwoity krem BB do stosowania w zwykłych, niezobowiązujących sytuacjach, kiedy mam ochotę na wyrównanie kolorytu cery, a jednocześnie zakrycie drobniejszych niedoskonałości i wiem, że makijażu nie będę nosić przez wiele godzin. Nie lubię go jedynie za łatwość transferowania na wszystko co będzie miało kontakt z twarzą, krawędź ubrania czy ekran telefonu momentalnie brudzą się, więc zawsze uważam, żeby nie dopuścić do takich sytuacji.

Pojemność: 50ml
Termin ważości: 12 miesięcy

Skład:
 
template design by designer blogs