Strona Główna

GlamBOX edycja 1 | limitowana paleta z cieniami do powiek GlamShadows

piątek, 6 stycznia 2017


W momencie kiedy dowiedziałam się, że ma pojawić się pierwsza limitowana paleta cieni do powiek GlamShadows byłam bardzo podekscytowana. Po zobaczeniu zdjęć promocyjnych zapragnęłam ją kupić i w momencie którym pojawiła się w sprzedaży szybko złożyłam swoje zamówienie. Na samą dostawę czekałam bardzo długo i nie ukrywam, że byłam trochę zaniepokojona gdy widziałam, że inne osoby swoje palety dawno przez kuriera dostarczone miały, a moja jeszcze nie przyszła, ale nie pozostawało mi nic innego jak cierpliwie czekać. W międzyczasie zaczęłam się zastanawiać, że może zbyt pochopnie podjęłam decyzję o zakupie, ponieważ kolory znajdujące się w palecie takie moje do końca nie są. Ale jednak doszła. Cała i nieuszkodzona. Moja. 
Najpierw był pierwszy zachwyt, potem przyszła pora na pierwsze testy. I emocje nieznacznie zaczęły opadać. Kilka cieni GlamShadows posiadam i jestem z nich bardzo zadowolona. Nauczyłam się, że pracuje się  nimi ciut inaczej niż przywykłam cieniami się bawić, ale są dobrej jakości i pięknie wyglądają na powiekach. Przyznaję, że paleta skomponowana jest bardzo ciekawie, ale nie z każdego cienia jestem w pełni zadowolona. Jest w niej zdecydowanie więcej kolorów neutralnych oraz chłodnych i nie każdy zgrywa się z moją karnacją. Czy żałuję zakupu? Hmm...nie, ponieważ większość cieni używam, ale następnym razem porządnie zastanowię się nad zakupem kolejnej gotowej palety bo dobieranie cieni indywidualnie sprawia, że bardziej świadomie wybieram kolory.



Odnośnie opakowania stwierdzić  mogę, że wyglądem przypomina Z Palette, jest może nieznacznie lżejsza i różni się odrobinę rodzajem przeźroczystego plastiku, ale wykonanie jest w porządku. Osobiście wolałabym aby była czarna lecz nie sądzę aby miało to dla kogoś większe znaczenie. 


Górny rząd: JOGURT/BALERINA/LAMBADA/BLADA BRZOSKWINIA
Środkowy rząd: COCA COLA/JAŚ FASOLA/BURSZTYNEK,BURSZTYNEK/CAPUCCINO
Dolny rząd: ORZECH KOKOSOWY/NUDZIARA/PANTOFELEK/WINNY!!!


Tutaj moje trzy grosze na temat każdego cienia:
JOGURT -  w opakowaniu wygląda na blady, słomkowy odcień w neutralnych tonach, natomiast na moich powiekach staje się prawie niewidoczny, jest również trochę chłodniejszy. Ma satynowo-matowe wykończenie, bardziej zwartą konsystencję, ale jest wystarczająco miękki i rozciera się przyjemnie, bez osypywania.
BALERINA - odcień złamanej bieli z bardzo mocnym chłodnym tonem, przypomina mi masę perłową. Cień ma bardzo miękką konsystencję i jest świetnie napigmentowany, bez problemu nakłada się pędzlem jak i palcem. nie osypuje się. Jego wykończenie to coś pomiędzy metalicznym połyskiem a perłą.
LAMBADA - morelowo-łososiowo-koralowy miks, który subtelnie opalizuje na złoto i posiada złotawe mikro drobinki. Kolor przepiękny lecz sprawiający nieco psikusów w trakcie nakładania. Ma bardzo miękką, kruchą formułę i zachowuje się różnie od sposobu aplikacji. Przy użyciu pędzla bardzo się osypuje i nie potrafię ukazać jego piękna, dlatego jedynie aplikacja placem wchodzi w rachubę. Cień rozciera się wtedy jak masełko i jest znaczne bardziej intensywny. Minus jest taki, że nawet z bazą lubi zbierać się w załamaniu powieki.
BLADA BRZOSKWINIA - jasny, brzoskwiniowo-morelowy odcień, który posiada matowe wykończenie. Ma średnio twardą formułę, ale jest wystarczająco miękki. Dobrze się rozciera, nie osypuje, jedynie słabo widać go na mojej powiece. Nawet nałożenie kilku warstw nie wiele podbija jego kolor. 



COCA COLA - śliwkowy, ciemny odcień fioletu z domieszką brązu, który na powiece jest trochę podobny do cienia Winny!!! Posiada miękkie matowe wykończenie. Ma przyzwoitą pigmentację, a sam kolor można budować tyle tylko, że trudno się rozciera, jest jakby oporny i z tego powodu średnio go lubię. 
JAŚ FASOLA - purpurowo-karminowy, nieco oberżynowy odcień. Śliczny, ale jakoś rzadko po niego sięgam. Ma satynowe, delikatnie połyskujące wykończenie. Posiada aksamitną konsystencję i dobrą pigmentację, intensywność koloru można łatwo wzmacniać, a przy tym ładnie się rozciera.
BURSZTYNEK,BURSZTYNEK - złocisto bursztynowy kolor, obok którego nie da przejść się obojętnie. Ma średnio-perłowe połyskujące wykończenie. Dla mnie okazał się zbyt intensywny, dlatego nie sięgam po niego za często ( jest przeznaczony do bardziej wyjściowych, intensywnych makijaży). Ma przyjemnie aksamitną formułę oraz rewelacyjną pigmentację, Jest tak nasycony, że wręcz sam przenosi się na powieki, nakładanie na mokro jest zbędne. Można nakładać go także palcem, rozciera się wzorowo, nie osypuje. 
CAPPUCINO -cień którym jestem rozczarowana. Plus należy się za świetnie skomponowany odcień będący połączeniem średniego beżu z szarością, jednak to wszystko. Ma on strasznie twardą formułę, dziwnie zbitą i niechcącą współpracować z pędzlami (nawet swatch sprawił mi wiele trudności). Na powieki mogę go nakładać warstwa za warstwą i prawie go nie widać, dlatego nie pojmuję w czym tkwi problem. 



ORZECH KOKOSOWY - bardzo ciemny odcień głębokiego brązu ze złotymi drobinkami, mieniący się po roztarciu na metaliczne złoto. Jest to cień do którego mam mieszane uczucia. z jednej strony posiada niezwykle miękką, kremową, wręcz kruchą formułę, a aplikowany pędzlem traci cały swój urok. Osypuje się bardzo i powstaje z niego brzydka, bura plama. Aby wydobyć jego piękno muszę korzystać z aplikacji palcem, gdyż tylko wtedy pigment właściwie się rozciera. Trochę z nim zachodu, ale efekt końcowy wynagradza trud wniesionej pracy. 
NUDZIARA - uroczy szarawy beż opalizujący na różowo i srebrno. Ma przyjemnie miękką konsystencję i rozciera się z łatwością. Wolę aplikować go palcem, chociaż efekt na oku i tak daje delikatny, dlatego idealnie nadaje się do dziennych makijaży. Ma subtelnie połyskujące, satynowe wykończenie.
PANTOFELEK -  to cień nieoczywisty, trochę taupe, trochę zgaszony róż wymieszany z fioletem, posiadający liczne drobinki. Jego formuła jest aksamitnie miękka, a pigmentacja bardzo dobra. Poprawnie aplikuje się zarówno palcem jak i pędzlem, chociaż przy pędzlu drobinki lubią się minimalnie osypywać. Naniesiony palcem ma intensywniejsze, metaliczne wykończenie, roztarty staje się subtelniejszy, lekko perłowy.
WINNY!!! - piękny burgundowy odcień, z którym muszę uważać, ponieważ tego typu kolory źle użyte lubią sprawiać, że wyglądam na chorą. Jest to cień matowy mający miłą, satynową formułę. Jego intensywność łatwo i szybko można zbudować, rozciera się bardzo dobrze.





Makeup Geek Eyeshadows część 2

wtorek, 3 stycznia 2017


Dzisiaj o tym co lubię najbardziej, czyli o cieniach do powiek. W tej kategorii moimi niekwestionowanymi ulubieńcami są cienie z Makeup Geek, które za sprawą genialnej formuły i wspaniałej pigmentacji oraz szerokiej gamie kolorystycznej skradły moje serce. Praca z nimi to sama przyjemność dlatego też sięgam po nie najczęściej. O innych kolorach jakie posiadam pisałam jakiś czas temu, dlatego zainteresowanych zapraszam do >> tego << posta. Żeby jednak nie rozpisywać się za wiele przechodzę szybko do opisu poszczególnych odcieni jakie mam do zaprezentowania w części 2:

Rapunzel -  jasny, lekko połyskujący na złoto, szampański odcień, który ma metaliczno-perłowe wykończenie, ale nie posiada żadnych drobinek. Pięknie wygląda w wewnętrznych kącikach oczu. Świetnie napigmentowany, posiada miękką, kremową konsystencję.
Cupcake - jasno-średni przybrudzony róż w neutralnych tonach, który ma wykończenie matowe. Jest bardzo dobrze napigmentowany i ma miękką konsystencję.
Latte - średni odcień neutralnego brązu o matowym wykończeniu. Idealny do podkreślania załamania powieki lub jako kolor przejściowy, jest mniej miękki w konsystencji od pozostałych matów, ale nie jest suchy. Należy do kolorów których intensywność trzeba budować.
Hipster - średni kolor będący mieszanką piaskowego beżu i szarego brązu. Posiada minimalne drobinki, które na powiekach widoczne nie są. Ma subtelne, satynowe wykończenie. Jest dobrze napigmentowany, ale mniej intensywny lecz zupełnie mi to nie przeszkadza. Kolor fajny do codziennych makijaży.
Taupe Notch -  ciemny taupe będący połączeniem brązowoszarego odcienia ze srebrnym i fioletowym kolorem. Ma bardzo ładne satynowe wykończenie, w konsystencji jest przyjemnie miękki, świetnie napigmentowany i intensywny. Lubię go wykorzystywać w makijażu typu smoky.
Homecoming - ciepły, połyskujący złoty brąz, który ma metaliczne wykończenie. Należy do cieni o miękkiej, masełkowej konsystencji, który równie dobrze można nakładać palcem.
Mocha - ciemny, kawowy odcień czekoladowego brązu, który ma wykończenie matowe. Jest bardzo dobrze napigmentowany, chociaż posiada formułę odrobinę twardszą niż inne maty, nie jest z kolei suchy i z łatwością się rozciera.
Cocoa Bear - średnio-ciemny, bardzo intensywny odcień kakaowego brązu, mat. Rozciera się bezproblemowo, formułą przypomina odrobinę Latte, ponieważ jest ciut twardszy, ale bardziej nasycony.









Charlotte Tilbury Airbrush Flawless Finish Skin Perfecting Micro-Powder

środa, 30 listopada 2016


Kosmetykami od Charlotte Tilbury przez długi czas w ogóle nie byłam zainteresowana i pomimo zachwytów wielu osób nie miałam w planach zapoznawać się z marką. Najzwyczajniej nie robiły one na mnie większego wrażenia. Dopiero całkiem niedawno, chyba po recenzji Katosu, która to serdecznie polecała puder Airbrush Flawless Finish coś pchnęło mnie w stronę tych produktów. Byłam akurat w trakcie rozglądania się za nowym pudrem, który nadawałby się dla mojej suchej skóry, a nie ukrywam że jest to nie lada wyzwaniem, ponieważ wiele z nich za bardzo odznacza się na mojej skórze, co wygląda źle. Ktoś mógłby pomyśleć natomiast, że skoro mam skórę suchą to pudry są w takim wypadku zbędne. Moja odpowiedź brzmi i tak i nie. Jeśli na przykład korzystam z bardziej matowego podkładu to z pudru korzystam zwykle w sytuacjach wymagających poprawek. Ja od pudru nie oczekuję super krycia, a jedynie zagruntowania podkładu, bo ten nawet na skórze suchej potrafi się ślizgać, czego staram się unikać, więc czymś utrwalić go muszę dlatego właśnie jest mi potrzebny. Airbrush Flawless Finish Skin Perfecting Micro-Powder reklamowany jest jako wyjątkowo drobno zmielony prasowany produkt, który w przeciwieństwie do tradycyjnych pudrów często wyglądających na skórze ciężko i płasko, ma ją delikatnie otulać, bez efektu ''ciastka'' i bez odznaczania się w załamaniach czy zmarszczkach.



Dostępny jest jedynie w trzech odcieniach Fair, Medium i Dark. Ja zdecydowałam się na środkowy, czyli Medium, który jak nazwa wskazuje ma być średnim odcieniem, chociaż tak naprawdę puder nie daje za wiele koloru na skórze, dlatego z powodzeniem mogę stosować go przez większą część roku. Ma tony beżowe, jest w miarę neutralny i w przyzwoity sposób stapia się z odcieniem mojej skóry. Nie ma żadnego wpływu na zmianę koloru podkładu, bo działa bardziej jak puder transparentny.


Zamknięty jest w złotawym opakowaniu wykonanym z plastikowego tworzywa które lubi łapać odciski palców i jest podatne na zarysowania. Niemniej jednak wykonanie jest ładne, z drobnymi detalami i dobrej jakości lusterkiem ale tak szczerze, nie wzbudza moich zachwytów. Jest to oczywiście kwestią gustu i komuś innemu może podobać się znacznie bardziej. 


Z pudrem polubiłam się już od pierwszego użycia, a każde następne utwierdziło mnie w przekonaniu, że dokonałam właściwego wyboru. Ma on zaskakująco delikatną formułę, która pomimo sprasowanej postaci nie pyli, ale krucha też nie jest. Został tak drobno zmielony, że pod palcami jest niewyczuwalny jak jakiś pyłek . Puder potulnie przylega do pędzla i w subtelny sposób otula twarz, co sprawia że aplikacja jest czystą przyjemnością. Nie sądziłam, że może być aż tak aksamitny i niezauważalny na skórze ale producent w tym wypadku się nie mylił. Jestem z tego faktu niezmiernie zadowolona, ponieważ produkt nie przeciąża mojej suchej skóry, a jedynie gruntuje podkład na czym mi zleżało. Musi być coś w tym, że posiada właściwości wygładzające, ponieważ za jego sprawą rysy zostają optycznie zmiękczone a cera nabiera miękkiego, ładniejszego wyglądu. Warto wspomnieć, że nie podkreśla suchych skórek, nie osiada w widoczny sposób na skórze i raczej nie da się go nałożyć zbyt wiele. Jest produktem lekkim, bez silnego krycia więc musiałabym się naprawdę nasilić żeby zrobić nim sobie jakąś krzywdę. Zapewnia naturalny, świeży efekt z matowo-satynowym wykończeniem. Oprócz tego, że idealnie nadaje się do utrwalania makijażu, lubię wykorzystywać go także do drobnych poprawek w trakcie dnia. Nie wpływa raczej na przedłużenie żywotności podkładu ale nie tego po nim oczekiwałam. Robi dokładnie to na czym mi zależało dlatego też z chęcią zakupię go ponowne. Dodam jeszcze, że w sytuacjach gdy mam mało czasu aplikuję go po oczy i tam również świetnie się spisuje. Bałam się, że będzie mało wydajny, bo takie chodzą o nim glosy ale ja denka jeszcze nie zauważyłam, a korzystam z tego pudru bardzo często, więc pod tym względem źle nie jest. Zatem pierwszy produkt od Charlotte Tilbury dostaje ode mnie ocenę pozytywną.


 Pojemność: 8g
Termin ważności: 30 miesięcy

Skład:


Makeup Geek Foiled Eyeshadow | Pegasus, Fantasy

poniedziałek, 28 listopada 2016


Latem miałam wizję jak to tworzę wakacyjne makijaże ale, że ja neutralna raczej jestem zabrakło mi w moich paletkach bardziej zwariowanych kolorów.  A że ten rok zdominowały cienie Makeup Geek wiedziałam gdzie mam takowych szukać. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie są to barwy wpisujące się w obecną porę roku, ale dodając dzisiejszy post zbrodni przecież nie popełniam ;) Z resztą mam takie zaległości, których niestety nie udało mi się nadrobić w tym roku, że aż wstyd przyznawać się jaka ze mnie marna blogerka.
Co do samych cieni uważam, że warto je zaprezentować. Dwa papuzie kolory jakie mam to Pegasus oraz FantasyPegasus czyli jaskrawy, dosyć jasny odcień niebieskiego, kojarzy mi się z czystym błękitnym niebem w słoneczny dzień. Fantasy z kolei jest jaskrawym jasnym kolorem zieleni ze srebrnym poblaskiem. Są to moje pierwsze i jak na razie jedyne dwie sztuki z serii cieni foliowych, które charakteryzują się silnym metalicznym blaskiem. Ich formuła jest nieco inna od cieni tradycyjnych, bardziej mokra i taka jakby cięższa/mięsista. W żadnym wypadku nie są przez to gorsze, co to to nie. Za sprawą tej formuły można z powodzeniem aplikować je palcem, co daje jeszcze mocniejszy efekt lśnienia i nawet nie ma większej potrzeby aplikować ich na mokro, ponieważ już na sucho biją po oczach. Ich minusem może być częstsze zbieranie się w załamaniach powiek, ale spowodowane jest to kremową konsystencją, dlatego bez dobrej bazy raczej się nie obędzie. Po własnych doświadczeniach wiem jednak, że właściwe przygotowanie powiek nie zawsze gwarantuje kilkugodzinną trwałość tych cieni. Można im to natomiast wybaczyć, bo w prosty sposób zebrany nadmiar daje się rozetrzeć i makijaż powraca do prawie wcześniejszego stanu. Zobaczcie z resztą sami jak śliczne są to kolory :)  
↓↓↓Zapraszam↓↓↓






Mario Badescu Drying Lotion

czwartek, 24 listopada 2016


Drying Lotion z Mario Badescu to najprościej rzecz ujmując środek wspomagający wysuszanie pryszczy. A te goszczą na mojej twarzy regularnie, więc wszelkiego rodzaju preparaty mające przyśpieszyć ich proces wymarcia są u mnie mile widziane. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam jakim sposobem dowiedziałam się o istnieniu tego produktu, prawdopodobnie było to wtedy gdy przeszukiwałam ofertę jednego ze sklepów internetowych do których regularnie zaglądam. W każdym razie jestem w trakcie zużywania drugiej buteleczki, co oznacza, że DL w pewien sposób na stałe zagościł w mojej pielęgnacji. Uprzedzam, że nie jest preparatem, który zrewolucjonizował mój proces dbania o skórę, ale ze względu na działanie lubię go mieć pod ręką i sięgam w sytuacjach tego wymagających (czytaj: bardzo często).
 Należało by jednak wspomnieć o samej formule Drying Lotion, ponieważ jest ona trochę inna. Mamy tu postać ciekłą oraz bladoróżowy osad, wygląda to trochę jak dwufazowy preparat, ale przed użyciem nie należy obydwu warstw ze sobą mieszać. Chodzi właśnie o to, żeby były odseparowane. Jeśli buteleczka stoi sobie spokojnie na półce, bądź innym stabilnym miejscu to bez problemu poszczególne warstwy są od siebie oddzielone, z kolei gdy opakowanie doświadczy wstrząsów trzeba trochę odczekać aby osad osiadł na dnie. No dobrze, ale ktoś może zapytać jak to coś stosować. Zapewniam, że na w tym nic skomplikowanego, wystarczy patyczek kosmetyczny albo jemu coś podobne zanurzyć, dotykając osiadłej warstwy i bezpośrednio pokryć wybrane miejsca na twarzy. Oczywiście twarzy uprzednio oczyszczonej. Tworzy się wtedy coś w rodzaju papki/pasty, która szybko zastyga. Pozostaje tylko odczekać kilka godzin i zmyć wszystko wodą. Ja lubię stosować DL na noc, ponieważ tak mi najwygodniej, ale bez problemu można aplikować go w dzień, tyle tylko, że musi to być w czasie gdy spędzimy go w domu, ponieważ DL to nie preparat który się wchłania, a taki co pozostaje na skórze widoczny. Posiada także wyczuwalny zapach kamfory, który całe szczęście szybko się ulatnia, nie jest wprawdzie nachalny, ale fiołkami to nie pachnie.


Z owym specyfikiem znam się wystarczająco długo i mogę wystawić mu pozytywna ocenę. Rzeczywiście można zaobserwować, że pomaga w procesie zasuszania pryszczy, ale w moim przypadku tylko tych zwykłych. Nie jestem tą szczęściarą, u której już po jednej nocy delikwent znika zupełnie, ale po kilku zastosowaniach widzę różnicę. Niestety od tradycyjnych syfków częściej goszczą u mnie tak zwane wulkany, czyli bolące podskórne wykwinty, które nie znikają przez długi, długi czas. Ten preparat ich nie niweluje, jednak pomaga zażegnać istniejący ból, co i tak jest dla mnie połową sukcesu. W sytuacjach gdy zdarza mi się majstrować przy twarzy i coś tam sobie wycisnę (tak wiem, że nie powinnam, ale czasami mam dzień słabości) DL przychodzi z błyskawiczną pomocą. Zasusza podrażnione miejsce, w którym pojawia się strupek i po dwóch dniach strefa ta jest całkowicie zagojona.
Sądzę, że osoby borykające się ze słabszym trądzikiem lub od czasu do czasu pojawiającymi się niespodziankami, mogą odnaleźć w tym produkcie pewien rodzaj pomocy, ponieważ to że ma on wpływ na szybsze niwelowanie drobnych nieprzyjaciół jest pewny. Nie należy jednak oczekiwać, że poradzi sobie z każdym rodzajem wykwintów, wiem to po sobie, ale zawsze warto wypróbować. Myślę, że w walce z tym uporczywym problemem sięgamy po różne środki a DL jest swego rodzaju kołem ratunkowym w sytuacjach awaryjnych.
Ps. Drying Lotion dostępny jest w opakowaniu szklanym jak i plastikowym, osobiście wolę to drugie, ponieważ nie ryzykuję rozbiciem, a bywa, że leci mi z rąk dosłownie wszystko ;)

Pojemność: 20ml
Termin ważności: 24 miesiące

Skład:

KIKO, Long Lasting Stick 8 Hours No-Transfer Eyeshadow

poniedziałek, 21 listopada 2016


 Wystarczyło pierwsze zetknięcie z cieniem w sztyfcie marki KIKO w odcieniu 38, abym zakochała się w takiej formie kosmetyku. W bardzo krótkich odstępach dołączyły do niego niego inne kolory i tak oto stałam się posiadaczką niemałej gromadki cieni z serii Long Lasting Stick. Ich zaletą jest nieskomplikowana aplikacja, która przebiega błyskawicznie, co pozwala wykonać efektowny makijaż oka w kilka chwil bez użycia zbędnej ilości produktów. Cienie te są wyjątkowo kremowe dlatego też z łatwością aplikują się na powiekach, a rozcierać je można zarówno pędzlem jak również palcem. Do takiej formy kosmetyku do oczu przekonałam się bardzo szybko, ponieważ jest ona świetną opcją w sytuacjach gdy nie mam za wiele czasu na wykonanie makijażu, a jednak zależy mi aby spojrzenie było w jakiś sposób bardziej zaznaczone. Największą zaletą tych kredek jest moim zdaniem ich trwałość, bowiem kiedy już zastygną trwają na powiekach w stanie nienaruszonym przez wiele godzin i nie trzeba martwić się o zbędne poprawki. Wśród odcieni jakie posiadam jedynie dwa są odrobinę bardziej wymagające, być może dlatego bo posiadają wykończenie matowe i z tego powodu należy w trakcie aplikacji poświęcić im ciut więcej uwagi, ale właściwie użyte również prezentują się bardzo ładnie. Poza tym nie sądzę żeby posiadały jakieś cechy, które je dyskwalifikują zarówno pod względem właściwości jak i użytkowania. Uważam, że warte są swojej ceny, a tym z Was które ich nie znają polecam obadać te kredki na żywo. ;)


Do zaprezentowania mam 7 kolorów, ale w ofercie są aż 32 odcienie, więc wybór jest spory i z powodzeniem można sobie coś upatrzyć. Mam jeszcze jedną kredkę od której wszystko się zaczęło, a pisałam o niej w >>tym<< poście, więc zainteresowanych odsyłam właśnie tam, natomiast poniżej krótka prezentacja pozostałych kolorów:
05 Rosy Brown - to taki trochę odcień taupe pomieszany ze zgaszonym różem z domieszką brązu, ma sporo połyskujących na srebrno drobinek. Nie wiem od czego zależy, ale potrafi inaczej wyglądać na moich powiekach, dlatego nigdy nie mam pewności jaki uzyskam efekt końcowy. Niemniej jest śliczny.
06 Golden Brown - to ciepły złocisty brąz, którego drobinki wspaniale połyskują, ale nie są nachalne i wykończenie jest przez to bardziej metaliczne, mój faworyt.  
07 Golden Beige - jasny odcień piaskowego beżu, w którym zatopione są połyskujące na złoto drobinki, jest to kolor bardzo intensywny, który idealnie nadaje się jako akcent na środku powieki lub w jej wewnętrznej części. Ma wykończenie perłowe i bardzo lubię po niego sięgać.
21 Passion Fruit - soczysty, brzoskwiniowo-morelowy kolor posiadający ciepłe tony i satynowe wykończenie, przepięknie wygląda latem gdy skóra jest muśnięta słońcem
25 Light Taupe - niby szaraczek, ale tak naprawdę jest kolorem trudnym do określenia, ma zdecydowanie chłodne tony i dostrzec można w nim subtelne drobinki lecz te na moich powiekach giną i wykończenie staje się matowe. Ma suchszą formułę niż pozostałe kolory, przez co nie jest tak komfortowy w aplikacji i ciężej się go rozciera. Poza tym może stanowić bazę pod inne cienie.
28 Bright Ivory - jaśniutki, beżowo-kremowy odcień z minimalnymi różowymi tonami. Ma mikroskopijne złote drobinki, które niestety nie są widoczne na moich powiekach. Posiada matowe wykończenie, a  konsystencją przypomina 25 Light Taupe. Z powodzeniem może być stosowany jako baza. Niestety przez suchawą formułę nie jest moim ulubieńcem.
36 Golden Mauve - różowo-fiołkowy połyskujący na złoto kolor, który ma ciepłe tony. Jest dosyć jaskrawy i nie zawsze ukazuje się na moich powiekach tak jak tego oczekuję, ponieważ gdy mam gorsze dni wyglądam za jego sprawą na chorą lub przemęczoną. U mnie najlepiej prezentuje się w cieplejszych miesiącach. 







 
template design by designer blogs